Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Nasze mordy kochane' Kategorie


Chińska draka Michała Tuska

Wysłane przez: admin w dniu: 26/07/2011

Michał Tusk, syn premiera Donalda Tuska, gościł przez kilka dni w Chinach nie tylko za publiczne pieniądze z PKP, ale też na koszt firmy budującej do niedawna w Polsce autostradę A-2. Tymczasem firma brata prezesa PKP, który zabrał Tuska do Chin, wykonuje prace energetyczne i telekomunikacyjne na tej samej autostradzie.

W grudniu 2010 r. media ujawniły skandal związany z wyjazdem do Chin Michała Tuska. Syn premiera Donalda Tuska został zabrany wraz z oficjalną delegacją na Światowy Kongres Kolei Dużych Prędkości. Za przelot zapłaciła spółka PKP S.A. Na miejscu pobyt Tuska juniora opłacili chińscy organizatorzy imprezy.

Z informacji, do których dotarła „Gazeta Polska” wynika, że współorganizatorem i sponsorem kongresu była firma China Railway Group Limited, do której należy firma COVEC, budująca do niedawna w Polsce autostradę A-2 oraz Bank of China udzielający COVEC-owi gwarancji bankowych przy przetargu na budowę autostrady.

Afera z grudnia zeszłego roku, związana z wyjazdem do Chin Michała Tuska, dotyczyła głównie opłacenia przez PKP przelotu do Chin. Spółka tłumaczyła, że został on w ten sposób nagrodzony jako laureat dorocznego konkursu „Człowiek roku – przyjaciel kolei”, na najlepszy tekst dziennikarski związany z problematyką kolejową. Tusk jest dziennikarzem lokalnego trójmiejskiego dodatku „Gazety Wyborczej”.

Kilka dni później okazało się, że PKP kłamie, ponieważ syn premiera nigdy nie był laureatem konkursu, a jedynie brał w nim udział. Media skupiły się wówczas przede wszystkim na wątku podróży za publiczne pieniądze.

Nikt wówczas nie zadał jednak kluczowego pytania dotyczącego pobytu Tuska juniora w Chinach. Michał Tusk stwierdził w jednym z wywiadów, że nie był to jego pierwszy pobyt w Chinach i z wielu atrakcji przygotowanych przez stronę chińską dla gości skorzystał jedynie z możliwości zwiedzenia Chińskiego Wielkiego Muru. Co w takim razie robił przez kilka kongresowych dni? Program wyjazdu polskiej delegacji obejmował udział w Zgromadzeniu Ogólnym Związku Kolei, udział w panelach i dyskusjach Światowego Kongresu Kolei Dużych Prędkości i rozmowy z administracją państwową Chin oraz firmami specjalizującymi się w budowie linii kolejowych. W trakcie tych wydarzeń prowadzone były rozmowy dotyczące szerszego wejścia kapitału chińskiego na polski rynek w obszarach związanych z kolejami i budownictwem.

Do dziś nie wiadomo, czy uczestniczył w nich Michał Tusk. Chcieliśmy zapytać go o to osobiście. Niestety mimo wielu prób, nie udało nam się z nim skontaktować. (niezalezna.pl)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Nasze mordy kochane | Komentarze: 3

Premier Tusk wyczyścił partię z Drzewieckiego, Chlebowskiego i Misiaka. Na jak długo?

Wysłane przez: admin w dniu: 29/06/2011

Mirosław Drzewiecki, Zbigniew Chlebowski, Tomasz Misiak - wszystkich łączy jedno, w Platformie są teraz spaleni. I chociaż jeszcze niedawno byli na politycznym szczycie, a pierwszy z nich nawet zaliczał się do dworu premiera, to dzisiaj nie ma już dla nich miejsca w projekcie. To już pewne kandydować do parlamentu z list PO teraz nie będą.

Donald Tusk przed wyborami, jednym prostym cięciem pozbył się aferzystów, wyczyścił partię. Na jak długo? Historia na przykładzie SLD pokazuje, że do polityki mogą wrócić wszyscy, nawet ci za którymi ciągną się afery. Tylko czekać, aż w oczach szefostwa Sojuszu zrehabilituje się Aleksandra Jakubowska. Przecież od ponad roku politycy lewicy wmawiają nam, że afery Rywina nie było, więc i wszystkie osoby, które były w nią zamieszane są niewinne. Tym samym nic nie stoi na przeszkodzie by znów zasiadali w Sejmie.

W Platformie może być podobnie. Bo chociaż Mirosław Drzewiecki zapewne zajmie się teraz biznesem, Zbigniew Chlebowski być może pracą w swoim regionie, a Tomasz Misiak będzie startował do Senatu, jako kandydat niezależny, to za kilka lat ich winy w PO mogą zostać przebaczone. Pod warunkiem oczywiście, że partia w przyszłości, tak jak teraz SLD będzie miała kłopoty z odnalezieniem własnej tożsamości. I zacznie ściągać do siebie na ratunek wszystkich, którzy będą wyborcom przypominali czasy świetności partii. W końcu Mirosław Drzewiecki pytany, czy ostatecznie żegna się z partią Tuska mówi:

Platforma to wciąż najlepszy projekt dla Polski. Zawsze będę służył moim kolegom z partii pomocą, jeśli o taką poproszą.

(Joanna Miziołek)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Kampania parlamentarna 2011, Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 4

Afera wokół “Orlików”. “To woła o pomstę do nieba”

Wysłane przez: admin w dniu: 28/12/2010

PiS i SLD wskazują na nieprawidłowości przy tworzeniu projektów boisk “Orlik”. PiS wysłało we wtorek list do Prokuratora Generalnego w sprawie sztandarowego projektu PO. SLD chce, aby zajęła się nią NIK.

Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN.

W poniedziałkowym wydaniu programu Superwizjer TVN zwrócono uwagę, że przy budowie
“Orlików” doszło do wielu nieprawidłowości - m.in. zmieniano parametry nawierzchni użytej w projekcie, przez co faworyzowano w przetargach niektóre prywatne firmy. Zwrócono uwagę także na to, że niektórzy przedsiębiorcy uczestniczyli w zamkniętych spotkaniach z osobami związanymi ministerstwem sportu, jeszcze na etapie omawiania projektu “Orlik” - przed ogłoszeniem przetargów. (…)

Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w liście do Seremeta podkreślił, że informatorzy reporterów Superwizjera stwierdzili, że jeszcze przed powstaniem projektu architektonicznego w ministerstwie sportu odbywały się spotkania, w których udział brali m.in. poseł PO Andrzej Biernat, podsekretarz stanu w ministerstwie sportu
Tomasz Półgrabski oraz właściciel firmy dostarczającej nawierzchnię dla tego typu obiektów Filip Kenig.

“Na tych spotkaniach Filip Kenig mógł zapoznać się z propozycją projektu architektonicznego i wnosić swoje uwagi. Co ciekawe, Kenig mógł zapoznać się z projektem na kilka miesięcy przed innymi przedstawicielami branży. W wyniku tych spotkań w finalnym projekcie architektonicznym przekazanym samorządom do realizacji znalazły się konkretne parametry trawy dla boisk, która znajdowała się w asortymencie firmy wspomnianego Filipa Keniga” - napisał w liście Błaszczak. (dziennik.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 9

Kryminał górą

Wysłane przez: admin w dniu: 06/12/2010

Polityczne wnioski z wyborów samorządowych nie są jednoznaczne. Po II turze mam wrażenie, że sukces odniosła filozofia “naszości” kandydata. Dla partii politycznych to rzecz ponad wszystko, a wyborcy nie krępują się głosując na ludzi, którzy mają problem z wymiarem sprawiedliwości.

Wiem, wygrał tylko Karnowski w Sopocie. Małḱowski w Olsztynie, Bartyla w Bytomiu - przegrali. Ale minimalnie! Oskarżony o gwałt i molestowanie niezależny kandydat z Olsztyna, podejrzani o korupcję z Sopotu (medialne poparcie PO, premiera) i Bytomia (oficjalne poparcie PiS) radziliby sobie chyba nieco gorzej, gdyby główne partie zadeklarowały, że domniemanie niewinności w tej sferze nie obowiązuje, że do polityki wracać wolno po prawomocnym uniewinnieniu.

Jeszcze Łódź, sztab PO i migawka: Mirosław Drzewiecki przedziera się ku Hannie Zdanowskiej, by triumfalnie rzucić się jej na szyję. Wiem, to formalnie inna bajka: Drzewiecki nie jest o nic podejrzany. Ale stenogramy powinny były wystarczyć, by zniknął ze sceny. Jego obecność w mediach i w klubie poselskim PO to sygnał czytelniejszy nawet niż sopocki. Aczkolwiek Sławomir Nowak zrobił wczoraj wiele, by zmienić te proporcje: po triumfie Karnowskiego radośnie opowiadał do kamer, że “progres jest wyraźny”, a ludzie “chcą spokoju i wybierają stabilność”.

W kategoriach politycznych po II turze, tak jak po I, żadna z głównych partii nie ma powodów do radości. PiS poniosło spektakularne porażki na Ścianie Wschodniej. Platforma - mniej głośne, ale liczne na Śląsku i w Zagłębiu. Ważne, że nie były to rywalizacje “peowca” z “pisowcem”, nieliczne w II turze. Jedni i drudzy przegrywali z niezależnymi i kandydatami SLD. To z lewicą PiS przegrało w Łomży i Włocławku, a Platforma poniosła klęskę w Częstochowie oraz porażki w Koninie, Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej. (Krzysztof Leski)

Kategoria: Analiza, Nasze mordy kochane | Komentarze: 5

Marszałek łzę osuszy

Wysłane przez: admin w dniu: 15/10/2010

To straszne, z czym borykać się musi władza nasza. Nie dość, że opozycja wsadza krzyż w szprychy, że ekonomiści od Gierków wyzywają, to jeszcze profesura ciemna jak tabaka w rogu. Oczywiście centralnie nie jest najgorzej, tu zawsze można liczyć na Króla czy Głowińskiego, ale lokalnie jest wręcz, państwo wybaczą rym, fatalnie.

Oto w Opolu, mieście wydawałoby się wojewódzkim, Senat Uniwersytetu Opolskiego – ludzie więc z maturami, czytaci – rekomendował do rady nadzorczej tamtejszego radia publicznego… czerwonych. No jako żywo! Bogusław Nierenberg był tam już i prezesem oddziału telewizji, i radia, był radnym SLD i w ogóle ma wąsy jak, nie przymierzając, Czarzasty. Ten drugi, Lech Rubisz, też zresztą kolega pana Włodka. I już w tej radzie zasiada.

A prawda, bo państwo nic nie wiedzą. Otóż teraz jest nowa ustawa o radiu i telewizji i do władz mediów publicznych już się żaden polityk nie prześliźnie. Serio, sam słyszałem, jak poseł Grupiński zapewniał, że po to ją pisali. Uniwersytety będą kandydatów zgłaszać, stowarzyszenia twórcze, różne takie – po prostu kwiat apolitycznych fachowców trafi do mediów.

A tu w tym Opolu taka skucha. Jakże to tak, nie wybrać nikogo z Platformy Obywatelskiej?! – Przecież umowa była inna – bez niepotrzebnego wstydu żali się lokalny baron PO Leszek Korzeniowski. A Senat nic. Cóż się dziwić, że pan baron jest oburzony. – Uczelnie źle zrozumiały ustawę – zagrzmiał i pogroził paluszkiem: – Rozmawiałem już o tym z marszałkiem Schetyną.

No bo jak, drodzy panowie? Litera ustawy jej literą, ale duch, panowie, duch się liczy! Przecież nie po tośmy tę ustawę zmieniali, nie po to media odpolityczniali, by tam teraz swoich ludzi nie mieć! Jasne? Żali się więc baron w Opolu, a jesienny wiatr jego szloch niesie. Grzegorz “Ja cię zniszczę” Schetyna nad łkającym się pochyli, pocieszy, jeszcze nie wszystko stracone, rzuci. I wyjdzie pan Leszek z oczami zaczerwienionymi od płaczu, ale i z uśmiechem na licu. I już wie. I ogłasza: Teraz zgłosimy nasze kandydatury Senatowi Politechniki Opolskiej.

I zobaczymy, gdzie lepiej rozumieją ducha ustawy: na uniwersytecie czy na politechnice. A poza tym ten się śmieje, kogo na to stać. Zobaczymy, kto za rok będzie miał fajniejsze granty! (Robert Mazurek)

Kategoria: Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 3

Prawda ofiarą pacyfizmu Mirosława Sekuły?

Wysłane przez: admin w dniu: 29/07/2010

Szef komisji hazardowej mówi, że chce zakończyć wojnę polsko-polską. Czy za szumnymi słowami kryje się zwykła chęć zamiecenia afery hazardowej pod dywan

Mirosław Sekuła (PO) zapowiedział wczoraj, że w piątek, na najbliższym posiedzeniu komisji, złoży poprawki do swego raportu z jej prac. Posłowie będą musieli od razu zapoznać się z nimi i zgłosić swoje. Również w piątek Sekuła chce głosowania nad ostateczną wersją raportu. Na zgłoszenie zdań odrębnych posłowie będą mieli tylko 24 godziny.

– To zamach na komisję – mówił wczoraj wiceszef komisji poseł Bartosz Arłukowicz (Lewica). – Przestrzegam, żeby pan Sekuła aż tak się nie spieszył, bo już tyle razy się potknął, że w końcu może się przewrócić.

– To skandal – ocenia Beata Kempa (PiS) i mówi o „poniewieraniu prawdą”.

Choć Sejm dał komisji czas na prace do końca września, to poseł PO chce zrobić to jeszcze w sierpniu. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wcale nie chodzi tu o ustalenie prawdy w aferze hazardowej, ale o to, by poseł Sekuła jak najszybciej mógł zamiast szefowaniem komisji zająć się przygotowaniami do kampanii wyborczej w Zabrzu. Nie ukrywa bowiem, że chce startować na prezydenta tego miasta.

Jak oficjalnie swój pośpiech uzasadniał Sekuła? Dość nieoczekiwanie. Mówił, że musi jak najszybciej zakończyć prace komisji, by w polityce zapanował spokój. Dlaczego? – Komisja stała się jednym z frontów wojny polsko-polskiej, a chciałbym, żeby takich frontów było jak najmniej – mówił. To niepokojący sygnał. Zadaniem szefa komisji śledczej jest dochodzenie do prawdy, a nie zasypywanie podziałów politycznych. Chyba że według Sekuły próba poznania prawdy o kontaktach polityków PO z biznesmenami branży hazardowej to już wyraz „wojny polsko-polskiej”. Jeśli tak, polityczny pacyfizm Sekuły miałby bardzo wysoką cenę: aferę hazardową trzeba zamieść pod dywan.

Czy Sekuła naprawdę wierzy w tę retorykę czy po prostu wykonuje polecenia kierownictwa partii? Warto przypomnieć słowa premiera Donalda Tuska z października 2009 r. Po ujawnieniu przez „Rz” kulisów afery hazardowej zapowiedział w Sejmie wielki „bój” o wiarygodność PO podczas „wojny” z opozycją.

Tę wojnę wypowiedział Donald Tusk i tylko on może ją zakończyć. Nie Mirosław Sekuła. (Michał Szułdrzyński)

Kategoria: Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 18

Hazard w komisji hazardowej

Wysłane przez: admin w dniu: 15/07/2010

Komisja śledcza do zbadania afery hazardowej jeszcze nie skończyła dochodzenia, a jej przewodniczący (i zarazem poseł Platformy Obywatelskiej) Mirosław Sekuła już przedstawił jej członkom projekt sprawozdania z jej prac

Z jednej strony mamy więc wnioski członków komisji o przesłuchanie świadków i dostarczenie dokumentów, zbliża się też termin spotkania posłów śledczych z prokuratorami, a na wyjaśnienie czeka mnóstwo wątpliwości, natomiast z drugiej szef komisji naciska na zakończenie prac.

Wygląda to tak, jakby posłowie śledczy zamiast być przez niego mobilizowani do mozolnego dociekania prawdy, byli zachęcani do obstawienia którejś z wersji wydarzeń, czyli – w istocie – do hazardu.

Jak wytłumaczyć ten pośpiech? Zanim znajdziemy odpowiedź na to pytanie, poszukajmy odpowiedzi na inne.

Jak długo pracuje komisja śledcza do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy (za czasów rządów PiS)? Od grudnia 2007 roku, czyli 31 miesięcy. A jak długo pracuje sejmowa komisja śledcza do zbadania nacisków polityków na prokuratorów i funkcjonariuszy służb specjalnych (za czasów rządów PiS)? Od stycznia 2008 roku, czyli 30 miesięcy. No dobrze, a w takim razie jak długo pracuje komisja śledcza do zbadania afery hazardowej (za czasów rządów PO)? Od listopada 2009 roku, czyli osiem miesięcy z okładem.

Ale to właśnie ta komisja, działająca najkrócej z wymienionych, powinna – zdaniem posłów Platformy – czym prędzej, czyli już, zaraz, natychmiast, zakończyć swą działalność i przyjąć sprawozdanie. Czyż nie jest – w tym kontekście – oczywistą oczywistością, że politykom PO chodzi o zamiecenie afery hazardowej pod dywan?

No, chyba że wszystko, czym się zajmuje komisja, to nieprawda. Chyba że nie było żadnej afery hazardowej. Chyba że nie było żadnego Zbyszka, Mira i Rysia, tylko zacni posłowie i biznesmeni. Chyba że Zbyszek nie spotkał się na cmentarzu z Rysiem i nie usiłowano – w przedziwny sposób – ulokować córki Rysia w zarządzie Totalizatora Sportowego. Chyba że politycy PO nie parli do zmiany przepisów z korzyścią dla branży hazardowej. Chyba że…, chyba że…, chyba że…

Ale w takim razie dlaczego Donald Tusk – właśnie w związku z tą aferą – zwolnił ze swego rządu sześciu bliskich współpracowników i zgodził się na powołanie sejmowej komisji śledczej? A może to też się nie wydarzyło? (Piotr Gabryel)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Nasze mordy kochane | Komentarze: 23

Billingi topią bohaterów afery hazardowej

Wysłane przez: admin w dniu: 28/06/2010

Kiedy cała Polska żyła katastrofą smoleńską, a potem kampanią wyborczą, posłowie z hazardowej komisji gromadzili nową amunicję. Warszawska prokuratura okręgowa przysłała im komplet billingów bohaterów afery. Efekt jest taki, że PO doniesie śledczym na “swojego” człowieka.

W raporcie końcowym z prac hazardowej komisji śledczej znajdzie się wniosek o sprawdzenie wiarygodności zeznań Marcina Rosoła i Ryszarda Sobiesiaka. Z ostatnich bilingów bohaterów afery wynika, że asystent Mirosława Drzewieckiego kontaktował się z “królem hazardu” i jego córką tuż przed ich przesłuchaniami przez komisję.

Prokuratorzy sprawdzili też połączenia telefoniczne polityków Platformy z Ryszardem Sobiesiakiem i jego córką. I właśnie te billingi – w zadziwiająco zgodnej opinii posłów PiS i PO – stawiają pod znakiem zapytania wiarygodność Marcina Rosoła, asystenta byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. A także czarnego charakteru afery – Ryszarda Sobiesiaka, biznesmena branży hazardowej, z którym spotykał się Zbigniew Chlebowski, były szef klubu parlamentarnego. (…)

Billingi to niejedyny nowy oręż posłów z komisji śledczej. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego opracowała prezentację, z której jasno wynika, z kim i kiedy spotykali się Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki i Zbigniew Chlebowski. ABW sprawdziła, w jakich stacjach bazowych (BTS) od października 2007 roku do sierpnia 2009 logowały się m.in. telefony komórkowe głównych bohaterów afery hazardowej, m.in. ówczesnego wicepremiera Schetyny. Na tej podstawie można wywnioskować, kto się z kim spotykał. (dziennik.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 9

Doradca Tuska zainkasował gigantyczną odprawę

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Najbardziej zaufany współpracownik premiera Igor Ostachowicz otrzymał prawie 280 tys. zł od firmy Polskie Sieci Elektronergetyczn - ustalił tygodnik “Newsweek”. W spółce tej — która dziś nosi nazwę Polska Grupa Energetyczna — Ostachowicz pracował do lata 2007 r., tuż przed związaniem się z ekipą Donalda Tuska.

Ta historia bardzo przypomina skandal z udziałem szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, który pracując dla rządu rówocześnie otrzymywał setki tysięcy od swego poprzedniego pracodawcy — sieci Era GSM.

Ostachowicz jest postacią tajemniczą, czy wręcz tajemną. Cała, dość płytka zresztą, wiedza o nim nosi zastrzeżenie „podobno”. Podobno to on jest owym głównym, mitycznym specem, który kształtuje wizerunek premiera. Podobno to ona ma największy wpływ na Tuska i jego decyzje. Podobno to on wymyślił masę politycznych i retorycznych sztuczek, dzięki którym premier jest wciąż na topie.

Przy tym wszystkim jest Ostachowicz postacią obsesyjnie skrytą. Nie wypowiada się publicznie, a gdy widzi kamerę, odwraca się plecami. (wp.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Nasze mordy kochane | Komentarze: 6

Dom przy wale, czyli jak się buduje poseł PO

Wysłane przez: admin w dniu: 26/05/2010

Czy można postawić dom tuż przy wale przeciwpowodziowym? Nie jest to niemożliwe, mimo że prawo tego zabrania. Bo jest furtka: inwestycja może ruszyć, jeśli zgodzi się na nią starosta czy marszałek województwa. Taką zgodę dostał Stanisław Huskowski, poseł PO, były prezydent Wrocławia.

Jego nowa willa, której budowa zaczęła się w 2005 r., stoi w strefie ochrony wałów. Zgodnie z przepisami na tym terenie nie wolno sadzić drzew, kopać studni, sadzawek, wbijać pali czy nawet jeździć konno. Nie wolno robić niczego, co mogłoby osłabić wał lub grunt obok niego.

Te zastrzeżenia nie dotyczą jednak domu byłego prezydenta Wrocławia. “To prawda, że mój dom stoi w strefie ochrony wałów, ale eksperci dokonywali odwiertów na mojej działce i sprawdzali, czy budowa nie naruszy gruntu. Ich badania wykazały, że jest wręcz odwrotnie. Budowa wzmacnia stabilność tego terenu” - przekonuje Stanisław Huskowski.

Dokonanie odwiertów było warunkiem otrzymania zgody na budowę. Ostatecznie wydał ją Dolnośląski Urząd Marszałkowski, który zmienił miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Zmiana była konieczna, bo w 2003 r. miejsce, w którym stanął dom Huskowskiego, miało być parkiem.

Wszystko jest więc zgodne z prawem. Tyle tylko, że na sąsiednich działkach nowe domy nie powstały. Przy ul. Wojtkiewicza we Wrocławiu wille co prawda stoją, ale były one budowane zanim w 2001 r. zostało uchwalone prawo wodne. Dodatkowo władze miejskie wyjątkowo niechętnie patrzą na inwestycje przy wałach od czasu powodzi z 1997 r. “Prawda jest taka, że przepisy są nieścisłe. W okolicach wałów jedni dostają pozwolenia na budowę, a inni nie. Maluczcy zwykle nie dostają” - mówi wprost Ryszard Majewicz, były dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

Huskowski tłumaczy, że gdy kupował działkę na Biskupinie, w jednej z najbardziej luksusowych dzielnic miasta, była ona już zakwalifikowana jako budowlana. “Gdybym nie mógł na niej budować poniósłbym stratę” - mówi.

Rzeczywiście kilka działek przy tej ulicy zostało zakwalifikowanych jako budowlane, ale jeszcze przed powodzią z 1997 r. Po niej władze Wrocławia chciały zabronić stawiania tam domów. Właściciele parceli zaczęli jednak głośno protestować, a gmina ustąpiła. Urzędnicy obawiali się, że będą musieli wypłacić setki tysięcy złotych odszkodowań. (dziennik.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 19