Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Nasze mordy kochane' Kategorie


Kompromitacja za dwa miliardy złotych

Wysłane przez: admin w dniu: 09/02/2012

Prawie dwa miliardy złotych, a dokładnie 1 915 mln, kosztował Stadion Narodowy w Warszawie, czyli obiekt kompromitujący Polskę od września zeszłego roku. Miejmy nadzieję, że rzeczywisty koniec sagi pt. „Otwarcie Stadionu Narodowego” dobiegnie wreszcie końca 29 lutego. W innym razie koszty, nie tylko finansowe, będą o wiele większe.

Główna arena na Euro 2012 zamiast być wizytówką całego turnieju, staje się naszym największym koszmarem, a każdy wydana złotówka zaczyna odbijać się czkawką. Głównie na wizerunku naszego kraju jako organizatora. Całe szczęście, że europejskie federacje nie wykazywały żadnego zainteresowania meczem o Superpuchar Polski, który właśnie został odwołany.

Mało kto już pamięta, że pierwszym meczem na Stadionie Narodowym miał być ten z Niemcami, który ostatecznie został rozegrany w Gdańsku. Ale kiedy to było? We wrześniu 2011 roku. Żeby dolać oliwy do ognia dodać trzeba, że pierwotna data oddania warszawskiego stadionu do użytku wyznaczona została na…30 czerwca 2011.

Opóźnienia w rozwijaniu infrastruktury to rzecz, do której zdążyliśmy niestety przywyknąć. Jednak analizując wszystkie inwestycje związane z organizacją Euro 2012, wnioski nie napawają optymizmem. Jeśli dodać do tego zorientowanie w tematyce piłkarskiej Pani Minister Muchy, której nie odpowiadał „wybór drużyn” mających wziąć udział w meczu o Superpuchar Polski, sytuacja na 120 dni przed meczem otwarcia, zaczyna powoli przypominać grecką tragedię.

Oby nie spotkało nas właśnie to, co Greków, którzy w 2004 roku byli organizatorem Igrzysk Olimpijskich, czy Portugalczyków organizujących Euro 2004. Opóźnienia w przygotowaniach do olimpiady rozwścieczyły MKOL. Postawienie ultimatum doprowadziło do sytuacji, w której Grecy musieli pracować na trzy zmiany. Robiono wszystko na ostatnią chwilę, nie licząc się z kosztami. A te sięgnęły ostatecznie 12 mld dolarów.

Dziś greckie areny sportowe, wybudowane z myślą o Igrzyskach i nadzieją na dalsze wykorzystywanie, to obraz nędzy i rozpaczy. A jednego z powodów greckiego kryzysu można doszukiwać się właśnie w fatalnej organizacji Olimpiady i późniejszych oczekiwań, kompletnie oderwanych od rzeczywistości.

Oczywiście mistrzostwa europy w piłce nożnej to nie ta sama skala przedsięwzięcia, co Igrzyska. Mimo to pozostaje żałować, że odpowiedzialne za organizację czempionatu w Polsce osoby, zamiast uczyć się błędach innych, postanowiły koniecznie uczyć się własnych. Szkoda też, że wszyscy musimy być tego naocznymi świadkami. (bankier.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | 1 Komentarz

Masa krytyczna Tuska w Tusku

Wysłane przez: admin w dniu: 30/01/2012

Jeśli chodzi o przepowiednię, że koniec rządów partii obywatelskiej jest na wyciągnięcie ręki, to ja jestem raczej sceptyczny. Nie tylko dlatego, że zachłysnął się taką perspektywą Marek Migalski, co jest oczywiście czynnikiem ważnym, lecz niedecydującym. Przypomnę jednak, że to jest ten sam doktor politologii, który chyba w styczniu 2011 oznajmił światu ostateczny i marny koniec partii Palikota. Z jednoczesnym wskazaniem na bliski i nieubłagany sukces swojego Pejotenu. Gdzie są dzisiaj oba ugrupowania, każdy widzi. To tyle, jeśli chodzi o sukcesy europosła Migalskiego w dziedzinie jasnowidzenia politycznego.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że sypie się dotychczasowy wizerunek Donalda Tuska, a co za tym idzie, również Platformy. Po pierwsze Tusk przestał być nietykalny dla mainstreamowych mediów. Z prostej przyczyny – doszedł do takiej granicy piarowskiego fałszu, że grozi to spadkiem wiarygodności popierających go dotychczas bezkrytycznie dziennikarzy. A oni minimalnej granicy wiarygodności przekroczyć nie mogą, bo stąd mają swój chleb powszedni, a niektórzy i konfitury.

Po drugie, na przełomie obu kadencji Tusk zadarł ze wszystkimi, którzy mu się nawinęli. W języku wojskowym mówi się, że otworzył zbyt wiele frontów. Ostatnio z ludźmi bardzo młodymi, którzy nie tylko stanowią grupę potężną liczebnie, ale też – co być może ważniejsze – najbardziej „wyrywną” do publicznego protestu. Przy czym wcale nie musiał z nimi zadzierać. Umowę ACTA podpisał z czystej arogancji i złych emocji, które biorą w nim górę przy lada sprzeciwie lub obnażeniu jego niekompetencji.

I tu dochodzimy do „po trzecie”. A po trzecie jesteśmy świadkami spiętrzenia problemów Tuska, które to spiętrzenie jest rezultatem sumy niekompetencji. Ta suma właśnie zbliża się do masy krytycznej – wszystko się sypie w jednym czasie. Kompromitująca klapa z ustawą refundacyjną, wyhamowanie modernizacji infrastruktury, finansowanie przez niebogaty przecież kraj zamożnych bankrutów ze strefy euro, tragikomedia w rzekomo zreformowanej prokuraturze, nieprawdy raportu Millera, nieszczęsna umowa ACTA, paliwo po 6 złotych.

A przecież wszyscy mają jeszcze w pamięci serial drogowo-kolejowy Grabarczyka zakończony nagrodą w postaci wicemarszałkostwa. Pamiętamy uchwaloną nocną porą poprawkę ograniczającą dostęp do informacji publicznej. Dopiero co zapadły wyroki za wałbrzyskie fałszerstwo wyborcze partii Tuska. Cyrk z tłumaczeniem raportu Millera. Świeżo zakonotowaliśmy jego przedwyborczą obietnicę deregulacji państwa, a tuż po wyborach ruch w przeciwną stronę - utworzenie nowego ministerstwa cyfryzacji dla faworyta. Jawna hucpa z fasadową prezydencją unijną za sto dziesięć milionów euro. Seria ignoranckich nominacji rządowych. (…)

Jednak do końca partii obywatelskiej jeszcze daleko. Jeszcze przed nimi wiele posunięć. Mogą zreorganizować rząd raz i drugi, klasyczne zagranie. Wywalić z sań Grasia, Niesiołowskiego i kogo tam jeszcze. Zmienić koalicję. W nieskończoność boksować się w parlamencie korzystając z konstytucyjnych sztuczek. Mogą wreszcie odsunąć w cień swoje słoneczko z Sopotu. Zastąpić go jakimś innym słoneczkiem. Mogą się jeszcze szamotać w swoim bajorze. Jednak woda nad nimi już zaczyna zamarzać. (seaman)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Nasze mordy kochane | Komentarze: 4

Panie Prezydencie oburz sie Pan święcie!

Wysłane przez: admin w dniu: 24/01/2012

Znajomy przesłał mi maila następującej treści: „ Pan rzecznik Graś mówiąc, że rządowy serwer został zablokowany z powodu wielkiego zainteresowania treściami tam zawartymi, ma tak samo rację jak wyimaginowany rzecznik Polskiej Izby Turystyki, który - hipotetycznie - oświadczył, że we wrześniu 1939 roku polska oferta wypoczynkowa została zablokowana z powodu nadzwyczajnego zainteresowania turystyką ze strony Wehrmachtu”

Skrzywiłem twarz w nerwowym uśmiechu, by za chwilę - na poważnie - zajść w głowę nad pierwszym miesiącem 2012 roku.

A Rok Ów zaczął się spektakularnie, tak jakby Najwyższy postanowił urządzić Polakom festiwal filmu burleskowego na żywo.

Mamy 23 stycznia, a już pan premier Donald Tusk zdążył (eksponując wdzięcznie słynna twardą szczękę) ogłosić, że jego minister Sikorski jest ni mniej ni więcej tylko cymbałem, bowiem teraz to musimy powstrzymywać Niemcy.

Niezwykły sukces polskiej prezydencji okazał się szczególnym sukcesem panów Wojewódzkiego i Materny (było nie było Polaków), bo ci przynajmniej kaskę za modernistycznie purnonsensowy koncert inauguracyjny do piersi przytulili.

Pan minister Jan Vincent oznajmił, że w ekonomii tak naprawdę niewiele znaczą takie terminy jak „inflacja”, „deflacja”, a liczy się jedynie swobodna “wariacja” – nie na własny koszt naturalnie.

Pan pułkownik Przybył, z oblicza wrażliwy jak Marcel Proust, prężny jak polska marynarka i ofiarny jak prywatna kieszeń Jerzego Owsiaka, popełnić raczył samobójstwo, wróć! - uczynił skuteczny zamach na własne dziąsło deklamując przy tym coś o honorze oficera – co, jak się okazało, z honorem miało tyle wspólnego co poezja Lopeza Mausere ze strofami Rilkego. Gdzies koło siebie, na pólce leżały…

Do tego mamy jeszcze doskonałe relacje niezależnych Mediów Głównych z Budapesztu i Moskwy, tu szczególnie TVN wynalazł metodę aproksymacji Tomcia Palucha polegająca na tym, że jeśli widzimy manifestanta manifestującego przeciwko Orbanowi to w istocie widzimy tysiąc manifestantów, gdy zaś manifestanci mają czelność pokrzykiwać przeciwko Władymirowi Władymirowiczowi Putinowi, to zauważamy kogoś dopiero wtedy gdy nie ma gdzie skierować obiektywu kamery bo zewsząd wyłażą tłumy – wtedy, wg szkoły TVN, mówimy że co prawda manifestacje w Kraju Zaprzyjaźnionym maja miejsce, ale są nie tylko nie na miejscu, ale cóż to w ogóle za manifestacje. (…)

Do tego jeszcze raport MAK okazał się tyle wart co telewizor „Junost” i Zaporożec po odcinku specjalnym.

Panie Prezydencie niech Pan wprowadzi jak najszybciej ten stan wyjątkowy, bo jak się jakiemuś zastępowi skautów piwnych z Boliwii zachce opanować stolycę i siedzibą TVP zawładnąć, to jeszcze przyjdzie nam po hiszpańsku bałakać i Bolivara z Chavezem opłakiwać, o Evo Moralesie nie wspominając !

Styczeń się jeszcze nie skończył a tu, aż strach pomyśleć co przyniesie nam o Rok Ów, jeśli Prezydent nie wstrzyma słońca i nie poruszy ziemi, jak ma w zwyczaju, dla dobra kraju, co rano czynić w namaszczeniu, przy goleniu, gdy goleń powabna małżonki patriotki jeszcze z pościeli wystaje. (Witold Gadowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Nasze mordy kochane, Wpadka Komorowski | 1 Komentarz

Broniąc raportu, bronią swoich karier i życiorysów

Wysłane przez: admin w dniu: 17/01/2012

Nie ma powodu, by pracować nad nowym raportem o przyczynach katastrofy - uważa Edmund Klich, były akredytowany przy MAK. Jego zdaniem, na przebieg katastrofy nie miało wpływu to, czy gen. Andrzej Błasik był w kokpicie Tu-154M czy go tam nie było.

Piękne ujęcie tematu. Błasik jest - znaczy wywierał presję, i zmusił pilotów do “lądowania” (choć wiemy, że nie lądowali, a odchodzili). Błasika nie było - zbudowana na fałszywej przesłance teoria jest podtrzymywana dalej. Czy Edmund Klich równie NAUKAWO buduje wszystkie swoje teorie? Może pochwali się gdzieś na świecie nowatorskim podejściem do sprawy, zgodnie z którym oficjalny raport nie jest sfalsyfikowany nawet wówczas, gdy jest?

Ale, jak już wiemy, najważniejszy problem leży gdzie indziej: w słowach, które przypisano gen. Błasikowi, a które wypowiedział drugi pilot major Robert Grzywna. Słowach, które opisywały właściwą wysokość - 100 metrów, według właściwego wysokościomierza. A więc załoga przypisywanego jej błędu nie popełniła - chyba, że założyć, że komunikat majora Grzywny nie dotarł do kapitana Protasiuka. Ale to założenie bez żadnych podstaw, a przeczy mu podjęta właśnie na owych 100 metrach decyzja o odejściu.

Teza o pomyleniu wysokościomierzy przez załogę była osią, sednem raportu Millera. Gdyby rzecz sprowadzić do prostego pytania: dlaczego, padłaby odpowiedź: bo popełnili błąd odczytując zły wysokościomierz. Dobry miał rzekomo odczytać gen. Błasik. Dziś wiemy, że odczytał członek załogi. Pytana o to podczas konferencji prasowej prokuratura robiła uniki. Trudno się dziwić - nie ona pisała raport.

Raport Millera jest dziś co najmniej niepełny i nielogiczny. Minister (dziś wojewoda) Miller powinien zabrać głos i odnieść się do sprawy.

To jest rzecz oczywista dla każdego z odrobiną dobrej woli. Ale nie dla Edmunda Klicha, który - jak wiemy ze stenogramów “Gazety Polskiej” - już na sam widok niezadowolonej miny ówczesnego szefa MON Bogdana Klicha gorliwie wycofał się z pierwotnej wersji o winie Rosjan. Dziś Edmund Klich broni podupadłego raportu, nie tłumacząc nawet z jakiego to powodu dokument nadal wart jest obrony.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że o ile dotąd do zamulenia sprawy Smoleńska dążyli ci, dla których sprawa była niewygodna lub ci, którzy mieli coś do ukrycia, to teraz doszedł kolejny dynamiczny czynnik: ci, którzy sprawę “wyjaśniali” i “badali”. Broniąc raportu bronią swoich karier i życiorysów. Bronią wszystkiego, co mają. I wiele zrobią, by bronić jak najdłużej. I nie chodzi tylko o polityków czy urzędników, ale także o owych “ekspertów”, arcyMAKowskich ekspertów.

Patrząc na - niby inny, ale podobny - przypadek szefa BOR gen. Janickiego można się spodziewać, że im żarliwiej będą raportu bronili, tym szybciej otrzymają awanse i odznaczenia. W ramach budowania jeszcze bardziej “solidarnej” grupy zainteresowanych podtrzymywaniem tego gmachu. (Jacek Karnowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Brak komentarzy »

Nienaganna dykcja Pułkownika Przybyła

Wysłane przez: admin w dniu: 12/01/2012

Nie daje mi od przedwczoraj spokoju konfrontacja jednego obrazu i jednego zapisu dźwiękowego. Obraz to komputerowa symulacja toru pocisku, który przestrzelił policzek prokuratora Przybyła, emitowana przez TVN24. Symulacja pokazuje jak pocisk wnika w policzek od wewnątrz i wychodzi na zewnątrz. Zapis dźwiękowy to króciutki wywiad pułkownika Przybyła dla Radia Zet oraz dla dziennikarza PAP, p. Rafała Pogrzebnego.

Każdy, kto wysłucha zapisów dźwiękowych tych wywiadów musi zwrócić uwagę na nieganną dykcję i artykulację głosową prokuratora Przybyła. I tu mamy problem. Problem ten skonsultowałem z moim prywatnym konsultantem społecznym, byłym funkcjonariuszem jednostki antyterrorystycznej, który z racji zawodu na broni palnej i obrażeniach, jakie ona powoduje, zna się dobrze. (…)

Jeśli prawdziwa jest hipoteza(…) o strzale z przyłożenia od zewnątrz policzka, to generał prokurator Parulski znajduje się w nader trudnej sytuacji. Kto, jak kto, ale prokurator wojskowy z trzydziestoletnim dokładnie stażem, powinien umieć przeprowadzić takie właśnie rozumowanie, jakie ja, od zawsze cywil, powyżej przeprowadziłem. Jeśli przeprowadził takie rozumowanie, a mimo to wystawił swoistą laurkę pułkownikowi Przybyłowi, to wprowadził w błąd nie tylko opinię publiczną, ale i Prezydenta Rzeczpospolitej. I powinien ponieść konsekwencje.

Dlatego nie tylko ja, ale też: Prezydent RP, Prezes Rady Ministrów, Minister Sprawiedliwości, Minister Obrony Narodowej oraz Prokurator Generalny powinni domagać się jednoznacznego komunikatu medycznego i opinii biegłych, która odpowie na pytanie: z jakiego przyłożenia postrzelił się w policzek prokurator pułkownik Przybył? (Ludwik Dorn)

Kategoria: Analiza, Nasze mordy kochane | Brak komentarzy »

Radość na zadupiu

Wysłane przez: admin w dniu: 25/12/2011

Boże Narodzenie to święto wiochy, oszołomstwa i obciachu. W ogóle, całe chrześcijaństwo ma taki właśnie sens.

Kamieniem węgielnym stał się ten właśnie kamień, którym budowniczowie wzgardzili i który odrzucili. Pan świata urodził się na zadupiu ówczesnej cywilizacji, w pogranicznym kraiku, a i tu nie w stolicy prowincji, tylko na wsi, w jakimś zapyziałym chlewie, w rodzinie słabo wykształconej i utrzymującej się z pracy fizycznej. Anioł poinformował o tych narodzinach tylko jakichś pastuchów, nie racząc się w ogóle pofatygować do środowisk opiniotwórczych. A i potem, kiedy Jezus dorósł i zaczął działalność publiczną, do samego końca nie było przy nim ani jednego intelektualisty, liczącego się działacza czy lidera biznesu, tylko zbieranina rybaków, celników i podobnej gołoty, nawet jakaś prostytutka.

Taki jest duch świętującego dziś chrześcijaństwa: ostatni będą pierwszymi. Można to różnie przekładać na pojęcia współczesne. Można na przykład tak: drugi obieg będzie pierwszym. A potem, z czasem (jak stało się niegdyś z kontestatorami „salonu warszawskiego”) w ogóle jedynym.

Tak, to oczywiście aluzja do filmu „Przebudzenie”, który podarowała nam pod choinkę Joanna Lichocka, i do wczorajszego artykułu Łukasza Warzechy. Nie będę dziś się wdawał ani w recenzję, ani w polemikę. Film jest zapisem zjawiska, którego tzw. elity nie zamierzają widzieć, a jeśli przyjmują coś do wiadomości, to tylko swój komentarz o nim. Zjawiska nie z tylko dziedziny polityki, z której je − co oczywiście stanowi podejście uprawnione − rozliczał Łukasz. Przede wszystkim, jest to zapis pewnego ludzkiego odruchu. Odruchu sprzeciwu wobec, jak to przy święcie ująć najdelikatniej, łajdactwa.

Przy betlejemskim żłóbku pewne sprawy powinny być proste. Żyjemy w kraju, w którym uczciwe reguły sporu, debaty publicznej i polityki, zostały złamane i są łamane coraz bardziej. W kraju do głębi niesprawiedliwym, rządzonym przez cwaniaków z wyrosłej na PRL nomenklatury. Rządzący szabrują tu dobra, które powinny być wspólną własnością i wspólnym pożytkiem wszystkich, a że granice rabunku zostały już osiągnięte, wysługują się za materialne korzyści obcym potęgom, wyprzedając dobrobyt przyszłych pokoleń. Społeczeństwo, zdemoralizowane i zagonione za zaspokojeniem najprostszych potrzeb, utrzymywane jest w bierności przekupstwem (nie wiedząc, że za pozory dobrobytu przyjdzie kiedyś zapłacić z lichwiarskim procentem) i kłamstwem. Media, zwłaszcza te najbardziej masowe, zmieniły się w jeden wielki seans nienawiści i pogardy pod adresem opozycji, w nieustające szczucie, judzenie, szydzenie i straszenie, które dzień po dniu łamać ma odruchy uczciwości i pogrążać rządzonych w apatycznym przekonaniu, że trzeba się pogodzić z podłą, głupią, nieudolną oraz złodziejską władzą, bo może być tylko jeszcze gorzej. Masa tzw. autorytetów kolaboruje w tym dziele, kłoni się przed rządzącym Towarzyszem Szmaciakiem „cnotę i mądrość jemu przypisując”, i jest za to wynagradzana. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Nasze mordy kochane | Komentarze: 6

Pogarda

Wysłane przez: stroszek w dniu: 04/12/2011

31 milionów złotych wydał ratusz na umowy o dzieło i zlecenie. Z kim? Na co? Tego nie chce ujawnić, mimo, że przed miesiącem zobowiązał go do tego sąd apelacyjny. Urzędników wyrok nie przekonał. Zapowiedzieli, że będą wnioskować o kasację przed sądem najwyższym.

Radny PiS, Jarosław Krajewski od ponad dwóch lat walczy o szczegółowe informacje dotyczące wydawania publicznych pieniędzy. Dane osób, którym ratusz dał zarobić utrzymywane są w tajemnicy przed nim, jak i mieszkańcami. - Mogą być hipotezy, że są to osoby zatrudnione w urzędzie miasta, a otrzymujące dodatkowe umowy czy osoby spokrewnione, z tymi które wydają takie decyzje – dywaguje Krajewski.

Kuriozalna tajność

- Sytuacja, w której radny musiał zwracać się aż do sądu, aby uzyskać dane, które w mojej opinii powinny być jawne, jest kuriozalna – twierdzi Adam Sawicki z Fundacji Batorego - Jest oczywiste, że to, jak wydawane są publiczne pieniądze, powinno być jawne. Nie ma znaczenia, czy podmiotem podpisującym umowę z miastem jest firma czy osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą – dodaje.
Do transparentności zobowiązuje urzędników m.in. ustawa o dostępie do informacji publicznej. (tvnwarszawa.pl)

Tak władza gardzi prawem i swoimi wyborcami. Ale w sumie słusznie, przecież i tak znów na nią zagłosują.

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 2

Mała afera hazardowa w Warszawie?

Wysłane przez: stroszek w dniu: 02/12/2011

Kto tak naprawdę stoi za podmiotem Casino Mirage? Czy bohaterowie afery hazardowej nie próbują agresywnie wejść na rynek warszawskiego hazardu? Jak w tym wszystkim wygląda Urząd Miasta? I najważniejsze pytanie: na jakiej podstawie urzędnicy zarekomendowali pozytywne zaopiniowanie złożonego wniosku?

Na Radzie Miasta stołecznego Warszawy w czwartek 1 grudnia 2011 r., w porządku obrad, pojawił się projekt uchwały dotyczący wyrażenia opinii w sprawie lokalizacji kasyna gry. Obowiązek uzyskania opinii Rady Gminy o lokalizacji ośrodka gier wynika z art. 35 pkt. 15 ustawy z dnia 19 listopada 2009r. o grach hazardowych. Aby Minister Finansów mógł udzielić koncesji, musi być POZYTYWNA opinia lokalizacji dla wnioskującego podmiotu wydana przez radę gminy, w tym wypadku Radę Warszawy. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie to, że przepisy prawa przewidują funkcjonowanie w mieście st. Warszawa nie więcej niż siedmiu kasyn gry. I siedem kasyn w Warszawie już w tej chwili funkcjonuje. Nie ma prawnej możliwości wydania następnej koncesji na prowadzenie w stolicy następnego kasyna gry. Należy zaznaczyć, że opinia wydawana przez Rade dotyczy nie tylko lokalizacji, ale też firmy, która ubiega się o udzielenie koncesji na prowadzenie gier hazardowych w kasynie.

Przedłożony do opinii Rady wniosek przewidywał umiejscowienie kasyna w hotelu „InterContinental Warszawa” usytuowanym w przy ul. Emilii Plater 49, w podziemiach w miejsce funkcjonującego obecnie drink baru Hemisphere. Wniosek o opinię złożyła tajemnicza Casino Mirage Sp. z o.o., z siedzibą w Bielanach Wrocławskich przy ul. Słonecznej 1. Brak jakichkolwiek informacji o niej w dostępnych w internecie bazach danych KRS, nawet googlowanie nie przynosi spodziewanych efektów. Władze, udziałowcy czy prokurenci spółki pozostają tajemnicą. Widać, że jest to podmiot w organizacji, utworzony pośpiesznie, najprawdopodobniej na potrzeby konkretnego postępowania, w celu uzyskania koncesji na prowadzenie kasyna przy Emilii Plater w Warszawie. (warszawskipis.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 5

Minister bez gaci na oczach całej Polski. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle

Wysłane przez: admin w dniu: 18/08/2011

Co chciała pokazać minister edukacji Katarzyna Hall przez swoją ustawkę z Super Expressem? Domyślić się można, że miało być pięknie, wyszło niestety jak zwykle, żenująco.

Katarzyna Hall godząc się na „rozbieraną sesję” w jednym z wiodących tabloidów – bo zdjęcia ewidentnie nie były robione z ukrycia - pokazała jak daleko można się posunąć przed wyborami. Przekaz miał być jasny – „nawet minister leczy się w zwyczajnym polskim szpitalu”. Uśmiechnięta pani doktor, szczęśliwy pacjent i wspaniała opieka – to widok rzadko spotykany w dzisiejszej rzeczywistości. A pani minister? Pani minister siedzi uśmiechnięta, ze spuszczonymi spodniami, prawdopodobnie ucina sobie miłą pogawędkę z lekarzem i nie przejmuje się, że jej prywatne problemy „poruszą” niektórych. Bo poruszyły, a może raczej obruszyły. Niewątpliwe internauci są oburzeni:

to już szczyt głupoty, zrobić sobie sesję zdjęciową w majtkach, bravo p.minister, prosimy o więcej !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

…a po co tam była kamera? za zgodą ani minister??? żenujący widok

Jak można sobie pozwolić na taką fotkę? Upokarzające dla kobiety. A co dopiera dla Pani Minister…

Dzisiaj w Realu podeszła do mnie obca kobieta z SE w ręku . Była tak zszokowana zdjęciem, że musiała się tym z kimś podzielić. No cóż, jaki rząd taka ministerka. Szkoda tylko szkoły. A tak na marginesie, czym kierowała się Halowa. To pełny odlot i pokaz własnej mizerii tak dosłownie jak i w przenośni.

To tylko kilka z wielu komentarzy, które można znaleźć pod tekstem w „SE”. Nieprzychylne komentarze pojawiają się także na facebooku. Czyżby pani minister nie przewidziała takich reakcji? I kto jej doradza? Jak wiele można zrobić dla władzy? Czy uzewnętrznianie swoich osobistych problemów zdrowotnych i pokazywanie się półnago w jednym z tabloidów wypada na stanowisku urzędnika państwowego? Nasuwa się jedna odpowiedź – NIE!

Pani minister zapomniała chyba, że wiek już nie ten, ciało już nie takie. …a widok żenujący.

W internecie pojawiają się też komentarze, że do specjalistów są olbrzymie kolejki, że ministrowie w ramach wakacji mogą skorzystać z rehabilitacji, i że to wszystko odbywa się kosztem zwykłych ludzi. I mają rację. A co gorsze, warto zwrócić uwagę, że dzisiaj, żeby dostać się do specjalisty - nawet prywatnie - trzeba odczekać swoje. Podsumowanie jest proste - służba zdrowia nie wygląda tak pięknie jak to miała pokazać minister Hall. (wPolityce.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 3

PO tonie w Wałbrzychu. Politycy żądali pieniędzy od MPK?

Wysłane przez: admin w dniu: 01/08/2011

Byli prezesi dwóch wałbrzyskich zakładów komunalnych twierdzą, że byli zmuszani do wypłacania z kas swoich firm pieniędzy politykom Platformy. Złożyli już doniesienia do prokuratury - informuje “Dziennik Gazeta Prawna”.

Pieniądze miały trafiać do byłego prezydenta miasta Piotra Kruczkowskiego. Miały też zasilać konta komitetów wyborczych posłanki Katarzyny Mrzygłockiej, senatora Romana Ludwiczuka oraz byłego szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego.

Ireneusz Zarzecki, były szef Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji i Wojciech Czerwiński, były wiceszef Miejskiego Zarządu Budynków, twierdzą, że Kruczkowski pojawiał się osobiście w ich biurach, jednorazowo żądając wpłat 20, 30 lub 40 tys. zł. Z MPK Platforma miała dostać 500 tys. zł.

Kruczkowski odpiera zarzuty, twierdząc, że to Zarzecki wyprowadził z MPK pół miliona i teraz stara się sprawę zatuszować. - To bzdura. W poniedziałek składam przeciwko Zarzeckiemu doniesieni do prokuratury - zapowiada z kolei Mrzygłocka. (gazeta.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Nasze mordy kochane | Komentarze: 4