Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Media (po)mogą' Kategorie


Ścierwolityka

Wysłane przez: admin w dniu: 14/05/2012

Nie po raz pierwszy zobaczyliśmy posła Niesiołowskiego obrażającego, obelżywego, uciekającego się do przemocy wobec dziennikarzy – w piątek wobec niezależnej producentki i reżyserki Ewy Stankiewicz, której usiłował wyrwać kamerę. Krzyczał do niej: „Won stąd!”, a do zebranych posłów miał wołać: „PiS-owskie ścierwo”. Nie po raz pierwszy padły też epitety pod adresem naszych kolegów. „Ziemkiewicz, Wildstein, Zaremba, Mazurek czy Karnowscy. To są pisowskie lizusy” – powiedział poseł PO w rozmowie z portalem Gazeta.pl.

Do niedawna puentowaliśmy podobne objawy prostactwa kpinami, a dziennikarze sprzyjający koalicji rządzącej kontratakowali – PiS-owscy też potrafią być niemili.

Pewnie rację mają ci, którzy twierdzą, że arogancja jest ponadpartyjna. Antoni Macierewicz, Janusz Palikot – to wszystko ta sama liga. Bezczelność elit władzy. Zamkniętego środowiska ludzi przekonanych o swojej nietykalności. Posłów takich jak Niesiołowski, którzy swój wybór zawdzięczają pokracznej metodologii systemu wyborczego, gdzie do minimum ograniczona została odpowiedzialność przed wyborcami, a punkty i miejsca na liście partyjnej dostaje się za właśnie za lizusostwo, panie pośle. Za odgrywanie roli szalonego staruszka. Okładającego laską po kostkach przechodniów, w czasie kiedy kieszonkowcy mogą robić swoje. Odwracającego uwagę od debaty politycznej, protestów, głosów organizacji społecznych, dziennikarzy zadających niewygodne pytania. To człowiek, w którym jest nieporównanie więcej służalczości niż u jakiegokolwiek dziennikarza, którego znam.

Żałosne upartyjnienie, którego nijak nie da się porównać z konserwatywnymi, ale stabilnymi, poglądami Roberta Mazurka, Piotra Zaremby, Rafała Ziemkiewicza, po wielokroć demaskującymi hipokryzję zarówno PO, jak i PiS. Dziennikarzy „Uważam Rze” Jacka i Michała Karnowskich, Bronisława Wildsteina, którym na pewno nie można przypisać wiotkości poglądów posła Niesiołowskiego. Uczciwość, wierność wartościom to nie są dziś cechy polityków.

Ale pal licho idee. Tu chodzi o zwykły polityczny oportunizm. Polityk, którego dziś nie sposób złapać na jakiejkolwiek merytorycznej wypowiedzi, okazuje się głosem sumienia największego ugrupowania w parlamencie. Im mniej ma wyborcom do zaproponowania, im mniej sam rozumie z tego, co dzieje się wokół, tym staje się agresywniejszy i tym silniejsza staje się jego partyjna pozycja. Chamskie odzywki, a od niedawna przemoc mają przykryć ich intelektualną bezsilność, a służalstwo gwarantować im comiesięczną wypłatę w Sejmie, na którą na wolnym rynku pracy pewnie nigdy by nie zasłużyli.

Skoro poseł użył już słowa „ścierwo”, to może dobra okazja, żeby ukuć nowy termin w polskiej polityce – „ścierwolityka”. Służalstwo wobec politycznych bossów doprowadzone do granic upodlenia. Deptanie godności przeciwników politycznych czy dociekliwych dziennikarzy w zamian za stanowiska w rządzie czy miejsca w parlamencie. Jedyną pożywką ścierwolityki jest rozgłos. Oni już swoją godność dawno zastawili za stanowisko, także nie boli ich oburzenie wyborców i zniesmaczenie ulicy. Wszystko, z czego muszą się rozliczyć, to liczba prostackich zachowań na partyjne zamówienie. (Tomasz Wróblewski)

Kategoria: Media (po)mogą, Pitery, niesioły i inne palikoty, Polityka miłości stosowana | Komentarze: 2

Czuchnowski grozi świętującym rocznicę

Wysłane przez: admin w dniu: 11/04/2012

Gdy brak argumentów, gdy ma się świadomość, że środowisko zamotało się we własne kłamstwa pozostają groźby. I właśnie do tej metody ucieka się obecnie „Gazeta Wyborcza”, która piórem Wojciecha Czuchnowskiego zaczyna już grozić środowisku „Gazety Polskiej”. I nie ma co lekceważyć tych gróźb pamiętając, że środowiska zwolenników kłamstwa smoleńskiego mają już krew na rękach.

Metoda opisu wydarzeń jest w przypadku „Gazety Wyborczej” zawsze ta sama. Znajduje się jakiś napis, którego treść może się nie podobać (chociaż akurat te przytaczane przez Czuchnowskiego nie są przesadnie ostre, a i opinie uznawane za skandaliczne specjalnego skandalu nie wywołują), a potem wzorem mistrza Adama Michnika opatruje się je ostrym, oskarżającym i emocjonalnym komentarzem, który ma w czytelnikach wywołać wrażenie, że zło czai się u bram.

Tym razem owym złem jest środowisko „Gazety Polskiej”. A zarzuty jakie mu się stawia aż mrożą krew w żyłach. „Organizatorami smoleńskich miesięcznic i rocznic są środowiska skupione wokół tygodnika ”Gazeta Polska”. Odpowiadając na pytanie, ”kto zyskał na tragedii”, należy wskazać właśnie w ich stronę. Po 10 kwietnia 2010 r. osiągnęli rynkowy sukces - zwielokrotnili sprzedaż swojego pisma, uruchomili dziennik. Chwilami wydaje się, że podporządkowali sobie nawet Jarosława Kaczyńskiego” - opisuje Czuchnowski. I niestety nie wyjaśnia, dlaczego stworzenie dziennika ma być zbrodnią? Nie jest też jasne, co złego jest w zwielokrotnieniu sprzedaży, które opiera się na tym, że „GP” była jednym z nielicznych mediów drukowanych, który zwyczajnie szukał informacji o katastrofie, a nie zadowalał się przedrukami z postsowieckiej propagandy?

Dalej też jest po gazetowyborczemu. Dużo mocnych przymiotników i czasowników, które jasno pokazują stan emocjonalny piszącego. „We wtorek i w poniedziałek ze świętoszkowatym uśmiechem podjudzali tłum, by krzyczał jeszcze mocniej” - grzmi Czuchnowski, nie wyjaśniając jednak, czym różni się uśmiech świętoszkowaty od zwyczajnego, i na czym polegać miało podjudzanie (panie Czuchnowski, czy przypadkiem stosowanie takich słów nie jest antysemityzmem?). A na koniec zachowuje istotę swojego przekazu posuwając się już do groźby. „Widok tych władców dusz pod Pałacem i ambasadą przypomniał mi scenę zebrania rewolucjonistów z ”Biesów” Dostojewskiego, w której wykłada się teorię ”puszczania dreszczy” w lud, ”tak by jedni zaczęli pożerać drugich”. To właśnie oni robią. Z krzyżem w ręku i modlitwą na ustach rozpętują nienawiść między Polakami. Kiedyś ta nienawiść obróci się przeciwko nim” - oznajmia cyngiel z „Gazety Wyborczej”.

Te słowa można by traktować oczywiście jedynie jako publicystyczny chwyt, gdyby nie jeden drobny fakt. Otóż ponad rok temu też mówiono o rozpętanej przez PiS nienawiści, która zwróciła się przeciw PiS-owi. Jej ofiarą był Marek Rosiak. Czuchnowski zaś otwarcie wskazuje, że następne ma być środowisko „Gazety Polskiej”. Jeśli komuś rzeczywiście stanie się krzywda, jeśli wywoływana takimi tekstami nienawiść do części polskiej opinii publicznej rzeczywiście zwróci się przeciw środowisku „Gazety Polskiej” Czuchnowski nie będzie mógł udawać, że nie ma krwi na rękach… (Tomasz Terlikowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | Komentarze: 2

Wymyślić trolla

Wysłane przez: admin w dniu: 26/03/2012

W medialnych połajankach Salonu szerzy się jak pożar nowy obyczaj.

Oto, kiedy publicysta nie jest w stanie ukąsić przeciwnika, nie może podważyć jego argumentacji ani zdyskredytować osoby, skupia uwagę na komentarzach umieszczanych pod jego tekstem przez anonimów, zwanych internautami. Jeśli wynajdzie wśród nich coś głupiego albo chamskiego, a najlepiej antysemickiego, ma już właściwie tekst gotowy. Wskazawszy autora lub tytuł, z którym polemizuje, pomija całkowitym milczeniem meritum sprawy i błyskotliwie wykazuje, że głupota, chamstwo, a najlepiej antysemityzm zawarty w anonimowym komentarzu pod tekstem zasługują na jednoznaczne potępienie.

Wariantem tej metody jest propagandowe dyskredytowanie wrogiego medium poprzez cytowanie i krytykowanie znalezionych na nim komentarzy. Tą dość prymitywną metodą posłużyła się ostatnio „Gazeta Wyborcza”, atakując prawicowy portal Wpolityce.pl. W zacietrzewieniu posuniętym do straszenia prokuratorem redaktor z Czerskiej podłożył jednak niechcący własny portal, gazeta.pl, na którym zaraz po tej publikacji wskazano wiele wpisów nie tylko obrzydliwie antysemickich i nawołujących do zbrodni, ale, co najważniejsze, wiszących tam sobie spokojnie od prawie dwóch lat.

Prymitywne i chamskie komentarze w sieci są problemem takim samym jak pijacy wymiotujący w nocnych autobusach – sprawiają oni kłopoty wszystkim. Próba robienia z tego amunicji przeciwko ideowemu czy politycznemu przeciwnikowi jest żałosną tandetą. A może czymś gorszym, bo przecież anonimowość oburzających, a tak dla salonu poręcznych wpisów daje pole do podejrzeń, czy aby nie zostały one dokonane właśnie po to, by dać pretekst do łatwego ataku… Stara rzymska zasada każe przecież podejrzewać o sprawstwo tego, kto odnosi korzyść. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Media (po)mogą | Komentarze: 5

Znowu dorsz za 8,50…

Wysłane przez: admin w dniu: 19/03/2012

Jeśli zapowiedź, iż przed złożeniem wniosku o postawienie Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Staniu PO będzie jeszcze konsultować się z konstytucjonalistami oznaczać ma nie tylko odwleczenie sprawy, ale skazanie jej na śmierć gdzieś w szufladzie, to trzeba tę decyzję ocenić pozytywnie.

Bo decyzja o wycofaniu się z pomysłu, aby ponad pięć lat po zmianie władzy represjonować czołowych przedstawicieli opozycji, których w międzyczasie kolejne prokuratury i sądy oczyszczały z kolejnych podnoszonych przez obecnie rządzących zarzutów, jest niezależnie od przyczyn jej podjęcia decyzją dobrą. Tak jak dobre jest każde działanie bądź zaniechanie, łagodzące niszczącą kraj polsko-polską wojnę polityczną.

Stwierdziwszy to, zastanówmy się jednak nad przyczynami jej podjęcia.

Choć ostatnio rządzący dają nam kolejne przykłady braku komunikacji i chyba po prostu bałaganu, panującego w najwyższych kręgach obozu władzy (najnowszy przykład to stwierdzenie Jacka Rostowskiego, że nie zna pomysłu wprowadzenia odpisu podatkowego na Kościół) to mimo wszystko nie wierzę w to, aby inicjatywa Rafała Grupińskiego powstała naprawdę poza wiedzą Donalda Tuska. Skoro tak, to zasadne jest pytanie: dlaczego premier najpierw „wszedł w temat”, by po paru dnach z niego wyjść?

Można oczywiście powiedzieć, że cel i tak został osiągnięty. Bo w sytuacji spadających sondaży troszeczkę podsyciło się przygasający ogień „wojny ze strasznym PiS-em”, która przez kilka lat niosła Platformę, a nie trzeba było płacić kosztów autentycznego procesu przed Trybunałem Stanu. Chodzi przede wszystkim o możliwość powstania wrażenia, że Kaczyński i Ziobro są ofiarą prześladowań i nagonki. To by było z punktu widzenia PO ryzykowne, bo Polacy bywają przekorni.

Ale nie sądzę, aby była to główna przyczyna. Chociażby dlatego, że punkty zdobyte na podsyceniu atmosfery wojny łatwo mogą być utracone na skutek wrażenia niezdecydowania. Na skutek czego najbardziej antypisowscy wyborcy mogą łatwo poszukać sobie bardziej odpowiadających ich emocjom politycznych alternatyw.

Myślę, że istotną częścią odpowiedzi jest zachowanie Jarosława Gowina. Stanowczość, z jaką urzędujący minister zapowiedział, iż nie poprze wniosku swojego klubu, była bowiem zwiastunem poważnych kłopotów dla Tuska. Platforma i tak nie jest już tym monolitem, który pamiętamy sprzed niewielu lat. I tak w partii entuzjazmu mało, a sam premier nie jest już w niej postrzegany jako oczywisty motor zwycięstwa. W tej sytuacji lepiej nie zadrażniać wewnątrzpartyjnych stosunków.

Tak czy inaczej, zwolennicy rozliczenia IV RP mają kolejny powód do goryczy. Spodziewali się – wreszcie! – trybunałów, sądów doraźnych i ostatecznej demaskacji strasznych tajemnic kaczystowskich lochów, a zostali – jak zwykle – z kolejną edycją słynnego dorsza za 8,50… (Piotr Skwieciński)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | Komentarze: 5

Koniec bajki

Wysłane przez: admin w dniu: 12/03/2012

Jeśli zapowiedzi europejskiej komisarz ds. klimatu Connie Hedegaard, że polskie weto zostanie zignorowane, nie są rzucaniem słów na wiatr, to mamy kolejny dowód, że zjednoczona Europa niewiele ma wspólnego z uwodząco piękną bajką, opowiedzianą swego czasu przez Bronisława Geremka, w której polskie elity zakochały się do zupełnej zatraty zdrowego rozsądku.

Nie miejsce tu, by po raz kolejny udowadniać, iż rzekome decydujące znaczenie ograniczania emisji CO2 dla przyszłości Ziemi to gigantyczny humbug, ani że, gdyby nawet, dramatyczne jej obniżenie przez Europę zaowocuje tylko zwiększeniem w innych częściach świata. Nawet ideologiczni maniacy przyznają półgębkiem, że przyczyną, dla której Unia Europejska postanowiła prześcignąć cały świat w gorliwości „walki o klimat”, są interesy nie tyle „planety”, ile konkretnych europejskich rządów i korporacji.

Mówiąc najkrócej, „polityka klimatyczna”, podniesiona do rangi nowej religii, jest tylko dogodnym pretekstem do gospodarczego strawienia europejskich peryferiów przez europejskie centrum. Planeta może niekoniecznie na tym cokolwiek zyska, ale ci, którzy dysponują nowoczesnymi technologiami, skolonizują zawczasu potencjalnych konkurentów, a starzejące się i zadłużone ponad stan unijne społeczeństwa przerzucą część kosztów swej dekadencji na nowo przyjętych naiwnych.

Po pakiecie „fiskalnym” będzie zapowiadany pakiet „klimatyczny” drugim rażącym złamaniem wartości, na których teoretycznie opierać się miała Wspólnota. Z bajki o europejskiej solidarności wyszła cyniczna dominacja i ten sam „koncert mocarstw”, który zagrano na wiedeńskich salonach 200 lat temu, po upadku Napoleona. Niestety, elity III RP zupełnie takiej sytuacji nie przewidziały i nie mają cienia pomysłu, jak się w niej zachować. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Komentarze: 3

Skąd to zdziwienie?

Wysłane przez: admin w dniu: 05/03/2012

„Jaka szkoda, że o tych sprawach mówimy dopiero w obliczu takiej tragedii” – podsumowała refleksyjnie prezenterka jednej z całodobowych telewizji informacyjnych rozmowę z ekspertami opisującymi organizacyjne nonsensy na polskiej kolei, zaniedbania i zaniechania, zmarnowanie przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa środków unijnych i inne patologie. A ja przed telewizorem zakląłem tak samo, jak – pamiętam – klął przed laty mój tata przy komunistycznym „Dzienniku Telewizyjnym”. Właśnie, pani redaktor, dlaczegóż to nie mówiliście o tym wcześniej?

W ubiegłym roku mieliśmy cztery poważne wypadki w ruchu pasażerskim, z których każdy mógł skończyć się większymi ofiarami. Wypadków w ruchu towarowym nikt nie liczył i nie odnotowywał. Eksperci za każdym razem alarmowali o fatalnych skutkach podzielenia PKP na zbyt wielką liczbę spółek, decyzyjnych absurdach, ryzykownych oszczędnościach i marnowaniu środków unijnych. Opozycyjni dziennikarze pisali o tym wielokrotnie. Z jakiegoś powodu media elektroniczne nigdy nie szły tropem tych publikacji, a po wypadkach skwapliwie wracały do całodobowego zachwycania się władzą i bicia piany o zagrożeniu „powrotem IV RP”.

A teraz co usłyszymy? Że wypadki, niestety, wszędzie się czasem zdarzają i że państwo zdało egzamin, bo sprawnie zorganizowało pomoc dla rodzin i wypłaciło zasiłki pogrzebowe? Pochwały dla akcji ratowniczej i dla przygotowanej naprędce przez rządowych piarowców (jak należy się spodziewać) kolejnej specustawy? Ruganie prawicowych polityków i komentatorów za „granie tragedią”? Co jeszcze musi się w III RP zawalić, wybuchnąć albo spłonąć, żeby wyrwało to władzę z butnego samozadowolenia, a jej medialnych giermków skłoniło do zajęcia się dziennikarstwem zamiast propagandy? (Rafał A. Ziemkiewcz)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Komentarze: 4

Wielki Strach

Wysłane przez: admin w dniu: 04/03/2012

Jarosław Kaczyński odbył konferencję na temat przyjęcia faktu fiskalnego. Odbył ją na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie wynajęto na ten cel salę.

Na co dział promocji Zamku, a konkretnie p. Izabela Witkowska-Martynowicz wydała oświadczenie dla PAP. A w oświadczeniu tym raczyła napisać, że „o celu sobotniej konferencji i udziale w niej prezesa PiS dowiedzieliśmy się już po rozpoczęciu imprezy. Jako instytucja wypełniająca misję społeczną, kulturalną i oświatową, Zamek Królewski w Warszawie zawsze będzie zajmować neutralne stanowisko w kwestiach politycznych, bez względu na charakter spotkań organizowanych na jego terenie przez inne instytucje”.

Oczywiście, oświadczenie było niezbędne, bo bez tego wszyscy uznaliby, że dyrekcja Zamku pozostaje w zmowie z Kaczyńskim, który zaraz z zaskoczenia koronuje się w Sali Stanisławowskiej, albo co może jeszcze straszniejsze zbuduje na dziedzińcu pomnik smoleński. I nie ma się co dziwić, że np. dyrekcja Łazienek Królewskich nie wydała podobnego oświadczenia po słynnym odbytym niegdyś tamże posiedzeniu komitetu wyborczego Komorowskiego, bo to przecież zbieżność zupełnie pozorna, wydarzenia całkiem inne, a w ogóle jak można porównywać spotkanie kulturalnych ludzi do zbiegowiska kaczystów…

Nie ma też co pytać dyrekcji Zamku, czy nie czuje się zażenowana swoją skwapliwością, czy nie boi się, że owa skwapliwość będzie uznana za objaw obaw przed platformerskimi władzami państwa (Ministerstwo Kultury) czy też stolicy. Nie ma co tracić czasu, bo dyrekcja oczywiście zażenowana się nie czuje.

Warto jednak zastanowić się na moment nad tym, jak potworną siłę ma w pewnych segmentach społeczeństwa polityczna presja środowiskowa. Presja, która prowadzi do tego, że poważni, wydawałoby się, ludzie zachowują się niepoważnie, wręcz groteskowo. I wcale tego nie dostrzegają. Nie dlatego, żeby brakowało im inteligencji.

Po prostu – ze strachu. (Piotr Skwieciński)

Kategoria: Media (po)mogą | Brak komentarzy »

Tusk samotny? Czego jeszcze nie wymyślą?

Wysłane przez: admin w dniu: 09/02/2012

Gdy nadmierny dług publiczny zmusza rząd do gorączkowego szukania oszczędności w budżecie i podnoszenia podatków; gdy ilość bezrobotnych w Polsce przekracza ponownie dwa miliony osób; gdy pogarszają się wszystkie wskaźniki rozwoju cywilizacyjnego kraju, a ekipa Donalda Tuska okazuje się tak nieudolna w działaniu, iż właściwie nie potrafi rozwiązać najprostszych problemów, by przy okazji nie dyskredytować się do końca, to jeszcze zostaje propaganda, zwana u nas PR-em.

Pole manewru Platformy i współdziałających z nią mediów nie jest imponujące. Anty-PiS-owska ideologia ma się na wyczerpaniu, europejskie miraże pozostają już historią i kryzys ekonomiczny daje o sobie znać. Pozostała jeszcze, niewykorzystana dotąd, opowieść o stanie umysłu i ducha przywódcy. Sam D. Tusk w wywiadzie dla tygodnika “Wprost” mówi:

“Zawsze jestem sam i zdaję sobie z tego sprawę. (…) Im dłużej jesteś premierem, im więcej prób przeszedłeś, tym bardziej rośnie samotność. (…) Na końcu i tak zawsze ja ponoszę za wszystko odpowiedzialność. (…) Mam wrażenie, że uzyskałem status człowieka dojrzałego”.

Niedawno pisała “Gazeta Wyborcza” tak: “Donald Tusk jest hegemonem na scenie politycznej, ale nigdy nie był tak samotny. (…) W poprzedniej kadencji miał przy sobie dwór. (…) Ale dwór wymiotła afera hazardowa”.

Także “Polityka” zajmuje się psychiką premiera: “Sam Donald Tusk zmienił ton, stał się jakby nieco nonszalancki, często surowy, mniej zabiegający o sympatię i uznanie. (…) Tusk się do tego nie odnosi, opinii nie prostuje, gra niezrozumianego przez masy samotnika”. I dalej - podobne duperele.

Autor tej notki wyrażał już wielokrotnie swój krytyczny sąd o działalności D. Tuska i jego rządu, a także niepokój o konsekwencje tej polityki. Późna pora pisania tej notki nie sprzyja stylistycznemu ujęciu rozszerzenia opinii na temat samotności premiera, więc przytoczy wypowiedzi niezależnych fachowców:

— Prof. Jadwiga Staniszkis: “Premier Tusk wprowadził i utrwalił w Polsce manierę obietnic bez pokrycia, utrzymywania pozorów przy pomocy czczej gadaniny i przede wszystkim porażającej kombinacji braku kompetencji i uciekaniem od odpowiedzialności”.

— Artur Balazs: “Oceniam, że Tusk - nic nie robiąc przez cztery lata - wyczerpał limit tolerancji dla dryfu rządu. (…) Sprawa ACTA stała się wentylem rewolty społecznej, buntu powszechnego. Podglebie jest jednak szersze. Rząd wkrótce przekona się, że zasoby frustracji społecznej są dość głębokie”. (zygmuntbialas)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Komentarze: 5

Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Warto było do końca obejrzeć poniedziałkową wieczorną konferencję premiera Tuska i ministra Rostowskiego. Było kilkadziesiąt minut przed północą gdy zdesperowana nowomową mówców, a może przestraszona faktem iż niewiele rozumie, jakaś reporterka cieniutkim głosem poprosiła jednak o wskazanie dlaczego pan premier zdecydował się podpisać Pakt Fiskalny.

Pytanie było słuszne. Podstawowy przecież warunek przez tegoż premiera wyznaczony i głośno wyrażany - a więc prawo Polski do uczestnictwa w szczytach eurolandu choćby w roli obserwatora - nie został spełniony. Słowem - klapa. Dociskany pan premier najpierw zareagował ironią. Stwierdził, ze przecież już wszystko wyjaśnił. Ale rozejrzał się po sali i to samo niezrozumienie znalazł najwyraźniej w oczach pozostałych dziennikarzy, bo wreszcie zaczął wymieniać. Wskazał tak naprawdę dwa powody.

Po pierwsze obietnicę, że szczyty krajów strefy euro będą z pozostałymi konsultowane. To znaczy może zadzwonią, a może wyślą mejla. Po drugie, spotkania krajów euro będą się odbywać w bezpośredniej bliskości spotkań całej 27 - chyba, że zajdą szczególne okoliczności. A to pojemna formuła.

W sumie, mówiła to nawet mina premiera, mamy bolesną klęskę. Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem. Znaczymy mało. Propaganda twardej walki o polskie prawa skończyła się smutnym obrazem odesłania do kąta wraz z innymi biedniejszymi państwami. Ale nie to jest najgorsze.

Na naszych oczach konstytuuje się Europa dwóch prędkości. Pakt fiskalny tworzy tak naprawdę wewnętrzną strukturę polityczną w Unii Europejskiej, bez prawa wstępu dla tych spoza strefy euro. Wystarczy poczekać a pojawią się też instytucje tej struktury - jakiś sekretariat, zarząd itp. A potem konsekwencje - osłabienie polityki spójności, przeniesienie części funduszy unijnych na rozwój przedsiębiorczości w państwach bogatych, kosztem polityki wyrównywania rozwoju (m.in. u nas). Może nawet, zabójcze dla polskiej gospodarki, ujednolicone podatki narzucone całej Unii.

To wszystko jest bardzo niebezpieczne. Ale zupełną katastrofą jest koszt polityki europejskich złudzeń jakimi karmił nas Donald Tusk i jego ekipa przez ostatnie lata. Postawiliśmy wszystko na Berlin. Rozbiliśmy wszelkie regionalne i poziome koalicje, zgodnie zresztą z życzeniem Angeli Merkel. Polska jest traktowana w regionie jako kraj zależny do Niemiec, niezdolny za Tuska do samodzielnej akcji. Efekt? Berlin wziął sobie władzę, my zostaliśmy samotni. I słabi. Bez szans na zbudowanie koalicji państw słabszych, co pozwoliłoby może coś ugrać. Bez zaufania partnerów. Bez wiary we własne siły.

Dlatego właśnie Tuskowi podyktowano w Brukseli co chciano, a on to grzecznie podpisał. Kartkę z własnymi warunkami musiał chyba szybko schować do kieszeni. I udawać, że wygrał jakiś kompromis, choć nie dostał dosłownie nic. Smutne. I bardzo, bardzo kosztowne. Ale polityka złudzeń, wiara we własną propagandę tak się zazwyczaj kończy. Co nie oznacza, że jutro w mediach rządowych z poważnymi minami nie ogłoszą zwycięstwa. Ale to już zupełnie inna historia. (Michał Karnowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 1 Komentarz

Smoleńskie kłamstwa zaczynają palić jak rozżarzone kamienie

Wysłane przez: admin w dniu: 30/01/2012

W weekendowych audycjach politycznych skomentowano każde słowo z antyamerykańskich tyrad Palikota, oceniono każdą rządową wrzutkę propagandową o tym jak żyje nam się świetnie. No, niektórym na pewno, choć z tego co osobiście widzę i odbieram, to o pracę dawno nie było tak ciężko, a na rynku nieruchomości tak martwo. Ale skoro jest lepiej, naród zadowolony - to OK, tylko się cieszyć.

Tym razem jednak ważniejsze jest to, czego nie komentowano (a jeśli już to niezwykle pobieżnie) - o sypaniu się smoleńskiego kłamstwa. Temat to niewygodny bo w tych właśnie audycjach często utrwalano i powielano nieprawdy, na poważnie brano najgłupszą nawet wrzutkę rosyjskiej agentury wpływu (”tak lądują debeściaki” itp. kłamstwa). Wielu ma więc powody by teraz o Smoleńsku milczeć.

Nawet więc ujawnienie kolejnej porcji taśm Klicha, ze zdaniami wskazującymi na zaplanowaną od początku manipulację najważniejszym śledztwem w sprawie największej tragedii po 1945 roku, nie powoduje trzęsienia ziemi.

I trzeba sobie powiedzieć szczerze, że nic jej już nigdy nie spowoduje - prawda o Smoleńsku będzie przebijała się powoli, krok po kroku. Tam gdzie pęka jedna bariera kłamstw i manipulacji, tam natychmiast - tylko kilka metrów dalej - tworzona jest nowa zasłona dymna, kopane są kolejne propagandowe umocnienia. I kłamie się od nowa. Trudno. Nie ma innego wyjścia jak krok po kroku bić się o prawdę, pytać, zestawiać fakty. Obnażać fałsz. Czy tak będzie bez końca? Nie, choć długo.

Trzeba się niestety liczyć także z tym, że nawet oczywiste nieprawdy będą jeszcze przez jakiś czas powielane przez najbardziej zatwardziałych propagandzistów. Przykładem niedawne radiowe wystąpienia Radosława Markowskiego i Janiny Paradowskiej, twierdzących wbrew podstawowym ustaleniom, że piloci tupolewa w Smoleńsku… lądowali.

Ale mimo wszystko wyraźnie widać, że uparta presja, praca nad odsłonięciem tego co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, ma wielki sens. Pracę tę wykonują dziennikarze, eksperci, politycy (wbrew szyderstwom wielką rolę pełni tu Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza). Za wcześnie by ogłaszać sukces, ale jest już dziś pewne, że kiedyś także i rządowi dziennikarze będą nas przekonywać, że oni nigdy w tę rosyjską wersję, powieloną potem zasadniczo przez komisję Millera, nie wierzyli. Z wyjątkiem Paradowskiej, Markowskiego i ludzi “Wyborczej” oczywiście, oni zdania nie zmienią nigdy.

Ale większość smoleńskie kłamstwa zaczynają już dziś palić jak rozżarzone kamienie. Jeśli w końcu dołączą do tych, którzy odrzucają manipulację i domagają się prawdy, to dobrze. (Michał Karnowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | Brak komentarzy »