Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Media (po)mogą' Kategorie


Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Warto było do końca obejrzeć poniedziałkową wieczorną konferencję premiera Tuska i ministra Rostowskiego. Było kilkadziesiąt minut przed północą gdy zdesperowana nowomową mówców, a może przestraszona faktem iż niewiele rozumie, jakaś reporterka cieniutkim głosem poprosiła jednak o wskazanie dlaczego pan premier zdecydował się podpisać Pakt Fiskalny.

Pytanie było słuszne. Podstawowy przecież warunek przez tegoż premiera wyznaczony i głośno wyrażany - a więc prawo Polski do uczestnictwa w szczytach eurolandu choćby w roli obserwatora - nie został spełniony. Słowem - klapa. Dociskany pan premier najpierw zareagował ironią. Stwierdził, ze przecież już wszystko wyjaśnił. Ale rozejrzał się po sali i to samo niezrozumienie znalazł najwyraźniej w oczach pozostałych dziennikarzy, bo wreszcie zaczął wymieniać. Wskazał tak naprawdę dwa powody.

Po pierwsze obietnicę, że szczyty krajów strefy euro będą z pozostałymi konsultowane. To znaczy może zadzwonią, a może wyślą mejla. Po drugie, spotkania krajów euro będą się odbywać w bezpośredniej bliskości spotkań całej 27 - chyba, że zajdą szczególne okoliczności. A to pojemna formuła.

W sumie, mówiła to nawet mina premiera, mamy bolesną klęskę. Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem. Znaczymy mało. Propaganda twardej walki o polskie prawa skończyła się smutnym obrazem odesłania do kąta wraz z innymi biedniejszymi państwami. Ale nie to jest najgorsze.

Na naszych oczach konstytuuje się Europa dwóch prędkości. Pakt fiskalny tworzy tak naprawdę wewnętrzną strukturę polityczną w Unii Europejskiej, bez prawa wstępu dla tych spoza strefy euro. Wystarczy poczekać a pojawią się też instytucje tej struktury - jakiś sekretariat, zarząd itp. A potem konsekwencje - osłabienie polityki spójności, przeniesienie części funduszy unijnych na rozwój przedsiębiorczości w państwach bogatych, kosztem polityki wyrównywania rozwoju (m.in. u nas). Może nawet, zabójcze dla polskiej gospodarki, ujednolicone podatki narzucone całej Unii.

To wszystko jest bardzo niebezpieczne. Ale zupełną katastrofą jest koszt polityki europejskich złudzeń jakimi karmił nas Donald Tusk i jego ekipa przez ostatnie lata. Postawiliśmy wszystko na Berlin. Rozbiliśmy wszelkie regionalne i poziome koalicje, zgodnie zresztą z życzeniem Angeli Merkel. Polska jest traktowana w regionie jako kraj zależny do Niemiec, niezdolny za Tuska do samodzielnej akcji. Efekt? Berlin wziął sobie władzę, my zostaliśmy samotni. I słabi. Bez szans na zbudowanie koalicji państw słabszych, co pozwoliłoby może coś ugrać. Bez zaufania partnerów. Bez wiary we własne siły.

Dlatego właśnie Tuskowi podyktowano w Brukseli co chciano, a on to grzecznie podpisał. Kartkę z własnymi warunkami musiał chyba szybko schować do kieszeni. I udawać, że wygrał jakiś kompromis, choć nie dostał dosłownie nic. Smutne. I bardzo, bardzo kosztowne. Ale polityka złudzeń, wiara we własną propagandę tak się zazwyczaj kończy. Co nie oznacza, że jutro w mediach rządowych z poważnymi minami nie ogłoszą zwycięstwa. Ale to już zupełnie inna historia. (Michał Karnowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 1 Komentarz

Smoleńskie kłamstwa zaczynają palić jak rozżarzone kamienie

Wysłane przez: admin w dniu: 30/01/2012

W weekendowych audycjach politycznych skomentowano każde słowo z antyamerykańskich tyrad Palikota, oceniono każdą rządową wrzutkę propagandową o tym jak żyje nam się świetnie. No, niektórym na pewno, choć z tego co osobiście widzę i odbieram, to o pracę dawno nie było tak ciężko, a na rynku nieruchomości tak martwo. Ale skoro jest lepiej, naród zadowolony - to OK, tylko się cieszyć.

Tym razem jednak ważniejsze jest to, czego nie komentowano (a jeśli już to niezwykle pobieżnie) - o sypaniu się smoleńskiego kłamstwa. Temat to niewygodny bo w tych właśnie audycjach często utrwalano i powielano nieprawdy, na poważnie brano najgłupszą nawet wrzutkę rosyjskiej agentury wpływu (”tak lądują debeściaki” itp. kłamstwa). Wielu ma więc powody by teraz o Smoleńsku milczeć.

Nawet więc ujawnienie kolejnej porcji taśm Klicha, ze zdaniami wskazującymi na zaplanowaną od początku manipulację najważniejszym śledztwem w sprawie największej tragedii po 1945 roku, nie powoduje trzęsienia ziemi.

I trzeba sobie powiedzieć szczerze, że nic jej już nigdy nie spowoduje - prawda o Smoleńsku będzie przebijała się powoli, krok po kroku. Tam gdzie pęka jedna bariera kłamstw i manipulacji, tam natychmiast - tylko kilka metrów dalej - tworzona jest nowa zasłona dymna, kopane są kolejne propagandowe umocnienia. I kłamie się od nowa. Trudno. Nie ma innego wyjścia jak krok po kroku bić się o prawdę, pytać, zestawiać fakty. Obnażać fałsz. Czy tak będzie bez końca? Nie, choć długo.

Trzeba się niestety liczyć także z tym, że nawet oczywiste nieprawdy będą jeszcze przez jakiś czas powielane przez najbardziej zatwardziałych propagandzistów. Przykładem niedawne radiowe wystąpienia Radosława Markowskiego i Janiny Paradowskiej, twierdzących wbrew podstawowym ustaleniom, że piloci tupolewa w Smoleńsku… lądowali.

Ale mimo wszystko wyraźnie widać, że uparta presja, praca nad odsłonięciem tego co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, ma wielki sens. Pracę tę wykonują dziennikarze, eksperci, politycy (wbrew szyderstwom wielką rolę pełni tu Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza). Za wcześnie by ogłaszać sukces, ale jest już dziś pewne, że kiedyś także i rządowi dziennikarze będą nas przekonywać, że oni nigdy w tę rosyjską wersję, powieloną potem zasadniczo przez komisję Millera, nie wierzyli. Z wyjątkiem Paradowskiej, Markowskiego i ludzi “Wyborczej” oczywiście, oni zdania nie zmienią nigdy.

Ale większość smoleńskie kłamstwa zaczynają już dziś palić jak rozżarzone kamienie. Jeśli w końcu dołączą do tych, którzy odrzucają manipulację i domagają się prawdy, to dobrze. (Michał Karnowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | Brak komentarzy »

Ryba pruje się od głowy

Wysłane przez: admin w dniu: 27/01/2012

Trudno nie zauważyć, że oglądany od kilku dni spektakl ma w sobie logikę, która oglądana była w różnych zakątkach świata, w różnym natężeniu już nie jeden raz. Schemat można w skrócie przedstawić następująco. Oto okazuje się, że władza, która w niewzruszonym niczym stylu rządzi od lat, traci kontakt z rzeczywistością i zdolność obiektywnej oceny nastrojów społecznych. W związku z tym fasuje obywatelom jakiś mega prezent, który adresatom niezbyt albo i wcale się nie podoba, czemu daje, początkowo dość nieśmiało wyraz. W efekcie władza jasno i stanowczo daje do rozumienia, gdzie ma opinię społeczeństwa i posuwa się do gróźb („nie poddamy się szantażowi!”).

Skutkiem takiego zachowania jest najpierw zdecydowany wzrost napięcia z nieśmiałymi próbami reakcji, owocujący szczególnie widocznymi przejawami arogancji ludzi władzy („Dziękuję panom [i paniom] hakerom za test strony MSZ”.) a następnie wybuch. Tego, co dzieje się i pewnie jeszcze dziać się będzie na ulicach naszych miast, w kontekście Kielc a jeszcze bardziej Poznania, nazwać inaczej nie można.

Z tego wybuchu zaś bierze się panika. Jeśli wierzyć przekazom medialnym, za posiedzeniu rządu wszyscy byli „krytycznie nastawienie do ACTA” a jakiś rządowy ekspert oświadczył, ze wali to i idzie sobie. Tak usłyszałem w „zaprzyjaźnionej stacji” i od razu do głowy przyszła mi myśl „To kto, do cehauja, wcisnął nam ten podpisany „szit”?!!!!. Za co ta banda palantów bierze kasę?!!!” Tu przy okazji ujawnił się kawałeczek drobny tego mechanizmu, którego drugi koniec był w tych butelkach rzucanych w siedzibę „lepszej drużyny”. Ale wróćmy do paniki. W ekipach, które nagle ze stanu „jesteśmy najlepsi, wszyscy nas kochają, wolno nam wszystko” zjeżdżają do pozycji embrionalnej w okolicy parapetu, gdy wokół lecą szyby, pierwszym, i uważanym za załatwiający sprawę jest rzucenie wkurzonym jakiegoś ochłapu. Wytypowanego naprędce politycznego truchła.

Jak usłyszałem i wyczytałem, do tej roli sposobiony jest ponoć pan Minister Zdrojewski. (…)

Problem w tym, że jak dotąd nazwisko to wcale albo z rzadka tylko pojawiało się w kontekście ACTA. Było schowane za twardą miną Admina1 czy za bredzeniem pana Boniego. Zatem może się stać tak, jak stało się, gdy Ludwik XVI rzucił tłumowi Bruno Neckera. Nie chodzi mi o to, że Anonimowi zaraz poleca zdobywać jakąś Bastylię. Raczej o to, że odczytają rzecz całą jako dowód na to, co o nich myśli pan Donald Tusk.

Przy okazji pozwolę sobie zauważyć, że ten krzywy „dialog władzy ze społeczeństwem” odbywa się głownie na linii Platforma – jej najbardziej żelazny elektorat. I jeśli w wyniku tego „dialogu” ktokolwiek ucierpi, to raczej nie cała klasa polityczna. Tylko ta ryba, która pruje się właśnie w sposób spektakularny. I to pruje się od samej głowy. (rosemann)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Brak komentarzy »

Wpisy usunięte z profilu KPRM na Facebooku nie były wulgarne

Wysłane przez: admin w dniu: 26/01/2012

Nie pięć tysięcy, a 7774 - tyle wpisów internautów przeciwnych umowie ACTA usunęła kancelaria premiera ze swojego profilu na Facebooku. Takie informacje - które zaprzeczają twierdzeniom Centrum Informacyjnego Rządu - otrzymaliśmy od firmy zajmującej się monitorowaniem serwisów społecznościowych. Wbrew twierdzeniom rządowych urzędników, zdecydowana większość usuniętych wpisów nie była wulgarna.

Według firmy Fanpage Trender, z profilu KPRM na Facebooku usunięto w trzech wątkach 7774 posty, zamieszczone przez 3226 osób (tzw. unikalnych użytkowników).

Firma dokładnie prześwietliła wpisy także pod kątem wulgaryzmów. A to dlatego, że w piśmie, które otrzymaliśmy od Centrum Informacyjnego Rządu, urzędnicy tłumaczyli, że posty zostały usunięcie właśnie z powodu wulgaryzmów. Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane - przekonywali urzędnicy.

Analiza firmy, która się z nami skontaktowała, wykazała jednak, że te twierdzenia nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Wulgarne komentarze stanowiły jedynie ułamek wszystkich usuniętych postów - dokładnie 1,49 procent. Dla Jana Zająca z Fanpage Trender wniosek jest oczywisty: To pokazuje, że nie potrzeba ACTA, żeby wypowiedzi w internecie były cenzurowane. Co więcej, pokazuje to przede wszystkim, że kancelaria premiera ewidentnie mija się z prawdą w oficjalnych wyjaśnieniach, które przekazuje opinii publicznej. (rmf24.pl)

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA I JESZCZE WIĘCEJ KŁAMSTW… Ta ekipa kłamie nawet przez sen.

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | 1 Komentarz

To dziennikarze zapraszają Stefana Niesiołowskiego

Wysłane przez: admin w dniu: 26/01/2012

Od dawna zdumiewa mnie ten fakt. Dlaczego Stefan Niesiołowski nie schodzi z ekranów telewizyjnych ?

Wg zasad sztuki dziennikarskiej do programów tv i audycji radiowych zaprasza się gości z bardzo określonych powodów. Sam fakt, że ktoś pełni jakąś funkcję to za mało. Musi mieć szczególną wiedzę, kompetencje, być bohaterem, uczestnikiem, świadkiem jakiegoś aktualnego zdarzenia, o którym robi się dany program.

Marszałek Stefan Niesiołowski nigdy nie jest pytany o pracę Prezydium Sejmu czy Konwentu Seniorów. Co poza prowadzeniem obrad robi ? Nie wiemy.

Natomiast pytany jest o wszystko inne. W każdej sprawie, w każdej dziedzinie. Zabawne, gdy ostatnio miał się wypowiedzieć na temat ACTA i konsekwencji tych regulacji dla internautów. Człowiek, który publicznie przyznał, że ma kłopoty z obsługą telefonu komórkowego.

Jego wiedza i kompetencja zresztą nie mają znaczenia, bo marszałek to nagrana płyta. Przycisk - pytanie, wszystko jedno , jakie, bo za chwilę wystrzelą zbitki słowne o Kaczyńskim, Macierewiczu, nieukach z Ameryki, szkodniku, jakim jest PiS itp.

Poseł, który nie ma nic do powiedzenia poza wyrażaniem nienawiści do jednej konkretnej partii i jej prezesa zagospodarowuje swoimi wypowiedziami nasz czas. Każdy widzi, że to patologia. Dlaczego więc dziennikarze nam ją w tak silnej dawce serwują ? Oto jest pytanie. (Janina Jankowska)

Kategoria: Media (po)mogą, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 3

Panie Prezydencie oburz sie Pan święcie!

Wysłane przez: admin w dniu: 24/01/2012

Znajomy przesłał mi maila następującej treści: „ Pan rzecznik Graś mówiąc, że rządowy serwer został zablokowany z powodu wielkiego zainteresowania treściami tam zawartymi, ma tak samo rację jak wyimaginowany rzecznik Polskiej Izby Turystyki, który - hipotetycznie - oświadczył, że we wrześniu 1939 roku polska oferta wypoczynkowa została zablokowana z powodu nadzwyczajnego zainteresowania turystyką ze strony Wehrmachtu”

Skrzywiłem twarz w nerwowym uśmiechu, by za chwilę - na poważnie - zajść w głowę nad pierwszym miesiącem 2012 roku.

A Rok Ów zaczął się spektakularnie, tak jakby Najwyższy postanowił urządzić Polakom festiwal filmu burleskowego na żywo.

Mamy 23 stycznia, a już pan premier Donald Tusk zdążył (eksponując wdzięcznie słynna twardą szczękę) ogłosić, że jego minister Sikorski jest ni mniej ni więcej tylko cymbałem, bowiem teraz to musimy powstrzymywać Niemcy.

Niezwykły sukces polskiej prezydencji okazał się szczególnym sukcesem panów Wojewódzkiego i Materny (było nie było Polaków), bo ci przynajmniej kaskę za modernistycznie purnonsensowy koncert inauguracyjny do piersi przytulili.

Pan minister Jan Vincent oznajmił, że w ekonomii tak naprawdę niewiele znaczą takie terminy jak „inflacja”, „deflacja”, a liczy się jedynie swobodna “wariacja” – nie na własny koszt naturalnie.

Pan pułkownik Przybył, z oblicza wrażliwy jak Marcel Proust, prężny jak polska marynarka i ofiarny jak prywatna kieszeń Jerzego Owsiaka, popełnić raczył samobójstwo, wróć! - uczynił skuteczny zamach na własne dziąsło deklamując przy tym coś o honorze oficera – co, jak się okazało, z honorem miało tyle wspólnego co poezja Lopeza Mausere ze strofami Rilkego. Gdzies koło siebie, na pólce leżały…

Do tego mamy jeszcze doskonałe relacje niezależnych Mediów Głównych z Budapesztu i Moskwy, tu szczególnie TVN wynalazł metodę aproksymacji Tomcia Palucha polegająca na tym, że jeśli widzimy manifestanta manifestującego przeciwko Orbanowi to w istocie widzimy tysiąc manifestantów, gdy zaś manifestanci mają czelność pokrzykiwać przeciwko Władymirowi Władymirowiczowi Putinowi, to zauważamy kogoś dopiero wtedy gdy nie ma gdzie skierować obiektywu kamery bo zewsząd wyłażą tłumy – wtedy, wg szkoły TVN, mówimy że co prawda manifestacje w Kraju Zaprzyjaźnionym maja miejsce, ale są nie tylko nie na miejscu, ale cóż to w ogóle za manifestacje. (…)

Do tego jeszcze raport MAK okazał się tyle wart co telewizor „Junost” i Zaporożec po odcinku specjalnym.

Panie Prezydencie niech Pan wprowadzi jak najszybciej ten stan wyjątkowy, bo jak się jakiemuś zastępowi skautów piwnych z Boliwii zachce opanować stolycę i siedzibą TVP zawładnąć, to jeszcze przyjdzie nam po hiszpańsku bałakać i Bolivara z Chavezem opłakiwać, o Evo Moralesie nie wspominając !

Styczeń się jeszcze nie skończył a tu, aż strach pomyśleć co przyniesie nam o Rok Ów, jeśli Prezydent nie wstrzyma słońca i nie poruszy ziemi, jak ma w zwyczaju, dla dobra kraju, co rano czynić w namaszczeniu, przy goleniu, gdy goleń powabna małżonki patriotki jeszcze z pościeli wystaje. (Witold Gadowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Nasze mordy kochane, Wpadka Komorowski | 1 Komentarz

Kazany nie było, Błasika nie było

Wysłane przez: admin w dniu: 21/01/2012

Na opisane w dzisiejszej Rzepie “wątpliwości” związane z tym czy i kto rozpoznał na nagraniach głos generała Błasika trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, sięgając pamięcią do tego co się działo zaraz po opublikowaniu nieszczęsnych rosyjskich stenogramów. Bo przecież już wtedy było wiadomo, e coś tu bardzo nie gra. Generał Błasik nie był bowiem ani pierwszym, ani jedynym “błędnie” rozpoznanym.

Przypisane wtedy dyrektorowi Kazanie wypowiedzi “No to mamy problem” i “Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić” posłużyły - jak pamiętacie - do sformułowania hipotezy o winie prezydenta, do którego rzekomo miała należeć decyzja, ewentualnie jej brak - tak czy owak, to właśnie te słowa Kazany, uzupełnione słowami rzekomo pijanego Błasika, pozwoliły zbudować i utrwalić smoleńską narrację w której głównym winnym katastrofy był prezydent Kaczyński.

Jakby ktoś chciał dzisiaj szukać Kazany w najnowszych stenogramach krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, to uprzedzam - szkoda czasu. Kazana z ostatecznej wersji stenogramów zniknął, zupełnie jak Błasik. Błędem jest więc traktowanie (nie)obecności Błasika w polskich stenogramach jako jakiejś tam “rozbieżności” ze stenogramami rosyjskimi, nie w przypadku gdy w tajemniczych okolicznościach pojawiają się i znikają dwa ważne głosy, dziwnym trafem oba obciążające prezydenta, i w obu przypadkach nie wiadomo przez kogo rozpoznane. Za to świetnie wiadomo komu i do czego służące.

Po tym jak okazało się, że w “kokpicie” znaleziono 13 osób, ale niekoniecznie załogę, dotychczasowa narracja się posypała i trochę potrwa zanim uda się sklecić nową. Gdybym miała obstawiać, spodziewam się powrotu wątku “rozmowy braci”. Na tym etapie to chyba ostatnia deska ratunku, i zdaje się ktoś ją właśnie wyciągnął z lamusa. Wprost właśnie “dotarło” do informacji z…czerwca 2010, wtedy to Dania oficjalnie odpowiedziała polskim śledczym, że nie dysponuje nagraniem ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich. (…)

Dzisiaj dowiadujemy się, że rozmowy braci nie poznamy, w każdym razie nie oficjalnie. Nie dałabym jednak głowy za to, że nie zaczną się pojawiać przecieki z tego “co o rozmowie wiemy ale zdradzić źródeł nie możemy”. W ostateczności zaś będzie można w najlepsze spekulować co też by na tym nagraniu było, gdyby ono było. A kto wie, może nawet jest, tylko Dania się nad nami ulitowała? Jestem pewna, że “sekta smoleńska” coś wymyśli, i gdyby nie to, że moi współobywatele ciągle jeszcze te kłamstwa kupują, nawet bym się cieszyła na gimnastykę jaką będą teraz musiały wykonać tuzy prorządowego dziennikarstwa. Kazany nie było, Błasika nie było, rozmowy nie będzie. Jak lżyć, panie premierze? (Kataryna)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | Brak komentarzy »

W miejscu kokpitu… nie było pilotów

Wysłane przez: admin w dniu: 19/01/2012

Informacje otrzymane od prokuratorów wojskowych podważają kolejne dowody na obecność gen. Błasika w kabinie pilotów Tu-154

Wojskowa prokuratura poinformowała “Rz” o tym, gdzie znaleziono ciała członków załogi samolotu, który rozbił się 10 kwietnia pod smoleńskiem. Obalają one teorię według której w kabinie oprócz załogi przebywał dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik. Opierała się na rozpoznaniu jego głosu i miejscu znalezienia jego zwłok w sektorze pierwszym, obok ciała nawigatora Artura Ziętka.

– W sektorze tym znaleziono także 12 ciał i fragmentów ciał innych ofiar. Jedno z tych ciał należało do członka załogi (chodzi o nawigatora - red.) – poinformował „Rz” ppłk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Co więcej, okazuje się, że w tym sektorze nie znaleziono zwłok pilotów Arkadiusza Protasiuka i Roberta Grzywny oraz mechanika Andrzeja Michalaka. – Ciała pozostałych członków załogi znaleziono w sektorach 2 i 3 – informuje Rzepa.

W ubiegłym tygodniu “Rz” ujawniła, że w ekpertyzie wykonanej przez krakowski Instytutu Ekspertyz Sądowych, nie przypisano żadnej wypowiedzi z kokpitu Błasikowi. Czy ta informacja, która podważa obecność gen. Błasika w kokpicie? – Moim zdaniem nie – mówił wczoraj “Gazecie Wyborczej” Jerzy Miller, były szef komisji badającej okoliczności katastrofy. – Wiadomo, czyje ciała znaleziono w kokpicie. Sektor pierwszy to kokpit. I wśród znalezionych tam ciał był gen. Błasik.

Adwokat wdowy po gen.Błasiku Bartosz Kownacki: – Te informacje dowodzą, że to, co mówi Jerzy Miller nie jest spójne. Sam fakt znalezienia jednego ciała przy drugim nie upoważnia do stwierdzenia, że dana osoba była, lub nie, w kokpicie.

Dziś premier Donald Tusk po spotkaniu z członkami komisji Millera ma podjąć decyzję czy wznowić jej prace. (Cezary Gmyz)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | 1 Komentarz

Wiarygodni inaczej

Wysłane przez: admin w dniu: 17/01/2012

Konferencja prokuratury nie wnosi nic nowego – zawyrokowały „autorytety” i zdziwiły się, że niektóre media sądzą inaczej. A skoro wyrok „nic nie zmienia” nie zabrzmiał unisono trzeba tym głośniej go powtarzać.

Zbiór jednogłośnie brzmiących megafonów jest dość duży, począwszy od pewnej zgorzkniałej staruszki o niezbyt dźwięcznym głosie. Ale na szczególne wyróżnienie zasługuje parka autorów komentarza „Nic nowego o Smoleńsku” w gazecie, której nie jest wszystko jedno. Wydrukowanego na drugiej stronie, tak żeby wszyscy wiedzieli, że to wersja kanoniczna.

Dwójka pracowników owego periodyku zakomunikowała światu: „Ogólnonarodowa dyskusja, czy gen. Błasik był w kabinie pilotów, czy nie, przysłoniła najważniejsze fakty. Komisja ministra Jerzego Millera ponad pół roku temu ustaliła, co było przyczyną katastrofy prezydenckiego TU-154″.

Ta prawda objawiona została podparta twierdzeniami i pytaniami, z których kilka warto tu przypomnieć. Dwie pierwsze przyczyny katastrofy to: „piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu; nie reagowali na komendy „Pull up!” systemu TAWS”.

Ważne mają być też pytania. Szczególnie dwa są ciekawe: „dlaczego prezydent spóźnił się na lot w Warszawie, (…) o czym gen. Błasik rozmawiał przed odlotem z kapitanem samolotu Arkadiuszem Protasiukiem (po tej rozmowie to generał, a nie kapitan meldował samolot prezydentowi)”.

To ostatnie pytanie wynikało z doniesień własnych gazety, której nie jest wszystko jedno. Czas temu na pierwszej stronie trąbiła, że generał nakrzyczał na kapitana tuż przed lotem. Dowodem miało być nagranie z kamery przemysłowej. Odpowiedź dała nam komisja Jerzego Millera, która szukała nagrania, czy jakiegokolwiek innego dowodu w tej sprawie. I im bardziej szukała, tym bardziej go nie mogła znaleźć.

Pytanie o spóźnienie prezydenta też jest ciekawe, bo zdaje się, że Lech Kaczyński nie spóźnił w ogóle na lotnisko. Przyjechał – jak zeznał gen. Janicki – punktualnie. Samolot wystartował z opóźnieniem nie z powodu prezydenta. „27 minut opóźnienia nie jest niczym szczególnym. Dla przykładu: tupolew, który 7 kwietnia wiózł do Smoleńska Donalda Tuska, miał 50 minut poślizgu” – napisali autorzy książki o katastrofie smoleńskiej Michał Krzymowski i Mariusz Dzierżanowski.

Te pytania to jednak nic z twierdzeniami o przyczynę katastrofy. Opublikowane w poniedziałek stenogramy pokazują, że piloci jednak użyli wysokościomierza barycznego i prawidłowo odczytali wysokość. Oraz, że zareagowali na komendę „Pull up!”. Media trąbią o tym już od kilku dni i tylko ktoś, kto nie ogląda i nie czyta niczego innego niż tylko gazetę, której nie jest wszystko jedno, może myśleć inaczej.

Według zapisu z czarnej skrzynki komenda „Pull up!” włączyła się o godzinie 8.40:45. O godzinie 8.40:51 kapitan Protasiuk wydał komendę: Odchodzimy na drugie. Tylko tyle i aż tyle. Sześć sekund różnicy.

Osobom zorientowanym w twórczości pracowników gazety, której nie jest wszystko jedno nie ma sensu przypominanie „dorobku” dwójki autorów cytowanego tu elaboratu. Nazwisk też nie ma sensu przypominać, aby nie sprawiać przykrości ludziom, którzy przez nieszczęśliwy traf również je noszą. A nie są odpowiedzialne za pojawienie się powyższego tekstu w obiegu publicznym.

Warto jednak, aby zapoznały się z nim osoby, które planują zajmować się zawodowo manipulacją, propagandą i czarnym PR. Mamy tu bowiem do czynienia z przykładem wyjątkowo nieudolnym. Jeśli więc uczyć się na błędach, to nie na swoich, lecz cudzych. Najlepiej popełnianych przez ludzi, których nie lubimy i nie cenimy. (Piotr Gursztyn)

Kategoria: Media (po)mogą | Komentarze: 2

Kto przeprosi generałową i rodziny pilotów

Wysłane przez: admin w dniu: 17/01/2012

Ze stenogramów krakowskich ekspertów jasno wynika, że gen Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa nie było, a drugi pilot prawidłowo podawał wysokość

Uważna analiza stenogramów sporządzonych przez biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna obala tezę, że presja gen. Błasika była jednym z czynników mogących mieć wpływ na katastrofę. Nic bowiem nie wskazuje na obecność dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie Tu-154M. Trudno wszak wyobrazić sobie, iż pojawienie się w kabinie pilotów dowódcy Sił Powietrznych nie wywołuje żadnej reakcji załogi. Tymczasem reakcji takiej w krakowskich stenogramach nie sposób się dopatrzyć.

Kluczowe znaczenie ma odkrycie, że słowa przypisywane wcześniej gen. Błasikowi wypowiedział drugi pilot. Konstatacja ta obala drugą istotną tezę raportu Jerzego Millera: że załoga nie miała pojęcia, na jakiej wysokości się znajduje, bo odczytywała wskazania z niewłaściwego wysokościomierza. Okazuje się, że drugi pilot mjr Robert Grzywna prawidłowo podawał wysokość. Co więcej, komenda “odchodzimy” padła na właściwej tzw. wysokości decyzji, czyli na 100 m.

Ze stenogramu jasno też wynika, że piloci natychmiast zareagowali na komunikat systemu TAWS “pull up” (”do góry”). Tymczasem Tatiana Anodina, szefowa MAK, wspierana przez Aleksieja Morozowa, szefa rosyjskiego komitetu śledczego, przekazała światu komunikat o nietrzeźwym polskim generale wywierającym naciski na pilotów, którzy nie wiedzieli, na jakiej wysokości się znajdują i którzy lekceważą ostrzeżenie “pull up”.

Niestety, w miejsce starych kłamstw i przeinaczeń pojawiają się nowe. Tournée po stacjach telewizyjnych wykonuje płk Edmund Klich basujący rosyjskiej propagandzie. Furda, że Rosajnie kłamali, furda, że fałszowali wyniki sekcji zwłok. Tym razem koronnym dowodem na obecność gen. Błasika w kokpicie ma być rosyjska ekspertyza. Ekspertyza, która ze stron MAK zniknęła, chciałoby się powiedzieć, jak kamfora. A właściwie – jak kluczowy zapis wideorejestratora ze smoleńskiego baraku, dla niepoznaki zwanego wieżą kontroli lotów.

Ale “rękopisy nie płoną”, zwłaszcza w dobie Internetu, i słynną ekspertyzę 37 można odnaleźć. Jej lektura pozwala na konstatację, że przesłanką wyjściową była teza: słychać głos Błasika. Reszta ekspertyzy do tego jest dopasowana na wątłych dowodach.

Pytanie narzuca się samo – kto powinien przeprosić bliskich pilotów? Ja przepraszam za dziennikarzy. (Cezary Gmyz)

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą | Brak komentarzy »