Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Dziennik "Znienacka"' Kategorie


Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 26

Wysłane przez: admin w dniu: 18/05/2011

28.4.2011
Telefon od premiera. Mam zawieźć panu prezydentowi kluczyki do samolotu. Pan prezydent leci z wielką świtą do Watykanu.
Melduję, że jestem gotów natychmiast wyruszać w drogę. – Spokojnie. Dopiero czwarta rano – premier jest uprzejmy. Nigdy się nie narzuca.
Przed Belwederem jestem godzinę później. Z daleka dostrzegam porozwieszane pranie. To znak, że pan prezydent przygotowuje się do wyjazdu.
Wita mnie pan profesor N. Właśnie przyjechał do pracy. Ręce rozpostarte w szerokim geście powitania. Razem zdejmujemy buty w progu.
Pan profesor bierze mnie pod rękę. Kierujemy się do biblioteki. – Pan prezydent zwykle rozpoczyna dzień od lektury – wyjaśnia uprzejmie.

Dostrzegamy pana prezydenta. Siedzi w fotelu, nogi w miednicy. – Nie teraz. Pan prezydent bierze kąpiel – interweniuje sekretarz.
Pan prezydent daje znak ręką, żebyśmy weszli. Pan profesor N. pyta o przepis na wodę różaną, w której pan prezydent aktualnie moczy stopy.
– Rozmrażaliśmy przed wyjazdem lodówkę – wyjaśnia pan prezydent. – U nas nic się nie marnuje – pan prezydent serdecznie poklepuje małżonkę.
Profesor N. delektuje się zapachem perfum, jakimi zroszona jest pani prezydentowa. – To pasta do podłogi – pan prezydent umie zażartować.
– Ach, rzeczywiście, korytarze świeżo wypastowane – zauważa z uznaniem profesor. – Można z podłogi jeść – pan prezydent też jest zachwycony.
Pan prezydent wraca do lektury. – Zupełnie jakbym czytał o sobie – podnosi książkę do oczu. Na okładce tytuł: „JFK – krótka biografia”.
– Rodzina z tradycjami, piękne kobiety. Źle się skończyło – wzdycha profesor. – Niech pan nie zdradza zakończenia – burzy się pan prezydent.

Zostawiam panu prezydentowi kluczyki do samolotu. Na stole pojawia się wielka misa z pierogami i łyżki. – Śniadanko – cieszy się profesor N.
Dzwoni O. Nasi ministrowie odpierają nawałnicę ataków w Sejmie: – Istne gradobicie. Premier wyruszył z odsieczą. Wystarczy tego warcholstwa.
Docieram do Sejmu. Premier już u siebie w gabinecie. Śpi. Opozycja rozgromiona. W ministerstwach czekają na zwycięzców naręcza kwiatów.
Pod gabinetem premiera koczuje siwy pan z bukietem tulipanów. Pani Bożenka rozgląda się dookoła, a potem zaczyna go okładać butem po głowie.
– Pewnie jakiś miłośnik premiera? – śmiejemy się. – Jaki miłośnik! To Kiszczak! – pani Bożenka jest roztrzęsiona. – Przyczepił się jak rzep.
O. przerażony. Dobrze, że nikt nic nie widział. Dzwoni do straży marszałkowskiej: – Kto wpuścił tego dziada z tulipanami? Wyczuwamy sabotaż.

Premier się budzi. Pani Bożenka załamuje ręce: – Obudzili go. Osiem nocy nie spał. – Zupełnie jak Napoleon Bonaparte – zauważa senator S.
Premier zaprasza do środka. Senator S. gratuluje mu zwycięstwa w Sejmie: – Prawdziwe Waterloo – podnosi kciuk. Premier macha ręką.
Minister sprawiedliwości dostał właśnie raport. Kryminaliści domagają się rewizji wyroków. – Chcą, żeby osądziła ich historia – precyzuje.
Senator S. proponuje nowelizację kodeksu karnego: – Należy wprowadzić nową instancję odwoławczą. Mamy wątpliwości, co do tego pomysłu.
Senator S. proponuje, aby to premier – jako historyk i jednocześnie człowiek tworzący historię – stał się najwyższą instancją odwoławczą.
– Sędziowie wydają wyroki nie na podstawie historii, lecz na podstawie tego, co jest tu i teraz – naucza premier. Wracamy do kancelarii.

Nasza kolumna aut wyjeżdża z Sejmu. Nagle przed maską pojawia się siwy pan z tulipanami. – To Kiszczak! – krzyczy O. Ostry skręt w lewo.
Ledwie umknęliśmy Kiszczakowi. Kiwamy głowami: cóż za bezczelny typ. Premier zachowuje kamienną twarz. Silny człowiek. Panuje nad emocjami.
Pod Kancelarią Premiera roztacza się ponętny zapach karkówki. Znak, że sezon na grilla rozpoczęty. Premier zaprasza do ogródka na tyłach.
Na rozżarzonych węglach skwierczy kaszanka. Cudownie! Zauważamy rzecznika G. Kręci watę cukrową. Rozsiadamy się na leżakach. Należy się.

Premier wyjmuje z torby dwie puszki mielonki. Otwiera nożem. Kawałki konserwy spadają na ruszt. Jesteśmy głodni. Wreszcie zdrowo pojemy.
Z anielskiego nastroju wytracają nas krzyki za bramą. O. wygląda zza winkla, co się dzieje. Woła przerażony: – To Kiszczak! Z kwiatami!
Rzecznik G. każe borowcom poszczuć Kiszczaka psami. Funkcjonariusze zwracają uwagę, że dysponują jedynie bronią palną.
O. oponuje: – Lepiej nie. Kiszczak pozwie nas do sądu… – Zostaniemy uniewinnieni. To w obronie własnej – rzecznik G. wkłada boczek do ust.
O.próbuje zza winkla negocjować z Kiszczakiem. – Nie chcemy kwiatów! Niech pan dziękuje sędziom. Są niezawiśli! – piskliwy głos drażni uszy.
Premier zachowuje kamienną twarz. Je mielonkę. Nagle w kieszeni marynarki premiera rozlega się krakanie. Ach tak, to dzwoni komórka.
Premier odbiera. Kamienna twarz staje się bardziej kamienna. Odkłada telefon. I… jak nie wybuchnie: – To Kiszczak! Kto mu dał mój numer!!!
Premier wyciera usta. – Tu się nie da pracować. Idziemy do gabinetu – zarządza. Koniec raju. Rzecznik G. ukradkiem zabiera tackę z boczkiem.

Siadamy w gabinecie. Premier ma tylko paluszki. Częstujemy się. Chrupiemy w milczeniu. Rzecznik schowany za kredensem. Konsumuje boczek.
Źli i głodni myślimy jak się pozbyć Kiszczaka. Widzimy jak łobuz bezwstydnie paraduje z kwiatami pod naszą kancelarią. W tę i z powrotem.
Pojawia się pomysł, aby zadzwonić do rosyjskiego ambasadora: – Może oni go stąd zabiorą? Inaczej nam tu wstydu narobi – O. jest załamany.
Rzecznik otwiera okno. Chce rzucić w Kiszczaka doniczką. – Nie trafisz! – interweniuje O. – A on uzna to za jakąś zachętę do przyjścia!

Nagle podskakujemy na krzesłach. Naszą rozmowę zagłusza przeraźliwy skowyt syren. Co się stało? Z Belwederu wyjeżdża pan prezydent.
olumna opancerzonych aut przejeżdża dwadzieścia metrów. Samochody skręcają do naszej kancelarii. – Mamy wizytę – kręci głową premier.
Jedno auto osłaniają własnym ciałem borowcy na motorach. Kiszczak wykorzystuje sytuację. Wybiega z kwiatami. Borowcy wrzucają go do auta.
A więc Kiszczak wtargnął na teren kancelarii! Barykadujemy się w sali konferencyjnej. Skowyt syren. Czekamy na atak wroga.
Premier opowiada nam, jak kiedyś napluł z komina elektrociepłowni na czapkę ruskiego generała. – Tak, tak – wspomina z nostalgią.
Na korytarzu odgłosy kroków. Walenie do drzwi. – Nikogo nie ma! – wyrywa się rzecznik G. Premier stuka się w czoło. Kamienna twarz.
W marynarce premiera rozlega się gdakanie. – To prezydent – premier odbiera telefon. Rozmawiają o Kiszczaku. Premier wciąż stuka się w czoło.

Rozejm. Uchylamy drzwi. Pan prezydent wchodzi do sali. A gdzie Kiszczak?! – Profesor N. wziął go na wspominki – uspokaja pan prezydent.
– Ponad połowa Polaków panu ufa. Po co ta kawalkada? – premier nie kryje oburzenia. – Kennedy też był popularny – pan prezydent kiwa głową.
Pan prezydent proponuje odkopanie tunelu łączącego Belweder z Kancelarią Premiera. – Niech pan kupi spódnicę. Taniej – premier jest zły.
Pan prezydent żali się, że wiele osób niespodziewanie zrezygnowało ze wspólnego lotu. – Tłumaczyli, że polecą samolotem rejsowym – wyjaśnia.
– W tej sytuacji Tupolew jest za duży – pan prezydent oddaje kluczyki do samolotu: – Wystarczy Embraer. Będzie taniej – przekonuje.
Premier zgadza się na Embraera, ale pod warunkiem, że pan prezydent pozbędzie się skutecznie Kiszczaka. Pan prezydent się zgadza.
Po chwili kawalkada aut wyjeżdża. Po Kiszczaku ani śladu. Przed drzwiami pozostały tylko tulipany. Premier każe wysłać je bezdomnym.
Pod bukietem mała dedykacja od Kiszczaka: „Przepraszam, że nie osobiście, ale właśnie się dowiedziałem, że wyjeżdżam służbowo do Rzymu”.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 2

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 24

Wysłane przez: admin w dniu: 06/05/2011

14.04.2011
W południe ważne spotkanie biznesowe. Szykujemy przetarg na dostawę miliona laptopów do szkół. Chcemy zarazić młodzież nowoczesnością.
Kontrahent dobrze przygotowany do rozmowy. Nażelowane włosy, cygara w pięciu smakach, „The Economist” w kieszeni. Światowiec.
Idzie nam dobrze. Kontrahent zamawia szóste piwo. Nagle znika. Na stole zostaje koperta. Szukam rozmówcy w toalecie. Nie ma go tam.
Czekam dwie godziny. W końcu zaglądam niepewnie do koperty. Kluczyki do auta, dowód rejestracyjny. Przed restauracją stoi nowiutki Lexus.
Naciskam kluczyk. Auto się otwiera. Nagle widzę patrol policji. Chowam się w toalecie. Policjanci godzinę walą do drzwi. Czekam aż odejdą.
Wychodzę. Dostrzegam, że Lexus odjeżdża na lawecie. – Straż miejska – tłumaczą kelnerzy. – Pukaliśmy do pana, gdy był pan w toalecie.
Zapalam cygaro waniliowe. Niebo w gębie. Jestem bardzo wdzięczny pani prezydent Warszawy za skuteczną walkę z korupcją.

Telefon. To premier! Dzwoni premier!!! Dowiedział się! Co za kłopot! Teraz cały rok zajmie prokuraturze oczyszczanie mnie z zarzutów!
Budzę się. Jestem u siebie w łóżku! Uff! Co za przykry sen. Chyba za dużo wczoraj rozmawiałem z działaczami o służbie publicznej.
Pisk w uszach nie ustaje. Telefon dzwoni cały czas. To naprawdę premier! Nakazuje mi natychmiast stawić się na budowie Stadionu Narodowego.

Czwarta rano. Zastaję premiera w loży dla vipów. Pochylony nad planami stadionu. Jest obecna pani prezydent miasta. Stoi na baczność.
Premier zagniewany. Szuka oszczędności: – Otwierany dach? A co to kabriolet? W diabły z tym. Inżynierowie protestują: UEFA się nie zgodzi.
– Po co chodzimy na mecz? – pyta premier. – Żeby podziwiać grę. Na stojąco lepiej widać! Usunąć fotele! Inżynierowie: – UEFA się nie zgodzi.
– Podgrzewana murawa na dwa, trzy mecze? Co za baran zgodził się na takie wywalanie pieniędzy? – wolimy nie odpowiadać premierowi. Jest zły.
Fotel dla sekretarza UEFA. Za pół miliona euro? – premier łapie się za głowę. – W planach napisano, że ma być z platyny – wyjaśnia inżynier.
Premier siada na krześle wyczerpany. Pięć nocy nie spał. Rzecznik G. podaje mu wodę z glukozą. W tym czasie O. kroi na tacce świeżą melisę.

Pani prezydent miasta melduje, że udało jej się znaleźć środki na szalet. – Ma być na miarę XXI wieku, wielopoziomowy… – roztacza wizję.
Premier żąda planów szaletu. Nanosi poprawki. – Jedna drewniana deska wystarczy. Na niej sto stanowisk – premier oddaje plany.
Zapada decyzja. Teren wokół stadionu zostanie wynajęty. – Nie pozwolę dłużej marnować pieniędzy obywateli – podkreśla premier. Bijemy brawo.
– Widzę tu morze obiektów handlowych – zamyka oczy premier. Pani prezydent też zamyka oczy: – Kibice będą mogli kupić guziki, rajstopy…

Słychać świergot wróbli… Świergot nieprzyjemnie narasta, gwałtownie świdruje w mózgu… Ach, tak. Premier zmienił sygnał w swojej komórce.
– Co to za baran wydzwania? Porządni ludzie o tej porze śpią – premier spogląda na wyświetlacz. To pan prezydent. Premier włącza głośnik.
Pan prezydent nie może spać. Wrócił z Rosji. W nocy doszedł do przekonania, że Kreml gra brutalnie i nieczysto. Czuje się oszukany.
– Przyśniło się coś panu – uspokaja premier. Pan prezydent zaprzecza. Opowiada jak prezydent Miedwiediew zaprosił go na polowanie.
Specjalnie dla pana prezydenta Rosjanie zorganizowali polowanie na najrzadszego ptaka: – Żar-ptica się nazywa – precyzuje pan prezydent.
Pan prezydent upolował jedną żar-pticę: Zaszedłem paskudę od tyłu, bliski strzał. Aż pióra poszły – głos pana prezydenta nabiera łagodności.
Po powrocie pan prezydent od razu skonsumował trofeum. Żar-ptica okazała się starym kogutem. – Obrzydliwym w smaku – uściśla pan prezydent.
Pan prezydent skarży się na niestrawność. Obawia się, że padł ofiarą zamachu. – Muszę tam komuś bardzo przeszkadzać – ocenia pan prezydent.
Premier uspokaja. Zaleca pić rumianek. Jeszcze dziś nakaże, aby wszyscy śledczy znający język rosyjski, zajęli się zagadką żar-pticy.

Koniec rozmowy. Premier pędzi na lotnisko: – Ukraina oczekuje ode mnie wsparcia w sprawie budowy stadionów.
Następnego dnia, wracając z Ukrainy, premier zwołał nagłą naradę. Powód? Ukraińcy nas wyprzedzają. Mamy przygotować plan cięć.
Premier zaszył się na wschodzie kraju. W małej podlaskiej wsi nabiera sił. Sześć nocy nie spał. Wyruszamy natychmiast.
Jedziemy w kilka aut. Jest większość ministrów. Jadę z rzecznikiem G. i jego deską surfingową. – To podmokły teren – wyjaśnia rzecznik.

Rzecznik miał wczoraj wypowiedź do mediów. Całą drogę szuka jej na portalach. – Sprawdzam czy czegoś nie przeinaczyli – tłumaczy.

Jesteśmy na miejscu. Mżawka. Minister zdrowia narzeka, że jej obuwie nie nadaje się do chodzenia po błocie. Postanawia zostać w aucie.
Dostrzegamy premiera! Łowi ryby. Wokół porozsypywane kartki. Premier pracuje bez wytchnienia. Pisze artykuł dla arabskiej prasy.
Premier wyławia rybkę. Łuski migocą złotem. – Wciąż ją wyławiam – premier nie może się nadziwić. – Namolne bydlę – przygląda się rzecznik.
Rzecznik ogląda rybkę z bliska: – Złota… Nachyla się do rybki, zagaduje. Trach! – A to pirania, ścierwo! – rybka ugryzła rzecznika w nos.
Rzecznik kopniakiem posyła rybkę do wody. Zabiera deskę surfingową: – To zbyt niebezpieczny akwen – oznajmia.

Premier dzieli się z nami tezami artykułu do arabskiej prasy: – Jak wiecie, stanę wkrótce na czele całej Unii Europejskiej. Buczymy radośnie.
Premier ujawnia, że jako szef Unii Europejskiej chce osiągnąć sukcesy porównywalne z tymi w kraju. Czujemy doniosłość chwili.
Wstępuje w nas nieopisana radość. Przekrzykujemy się: – Nauczymy Europę jak nie robić polityki! Historia będzie nas długo wspominała!
Premier dostrzega na łące krowę. Daje nam znak ręką. Zwierzę głośno muczy. – Dawno niedojona. Dajcie wiadro – premier kocha zwierzęta.

Absolutnie największym problemem Unii jest, w ocenie premiera, sytuacja na Malcie, która nie daje sobie rady z napływem imigrantów z Libii.
– Doradzę rządowi Malty, by ogłosił zbudowanie u siebie drugiej Libii – premier podstawia wiadro. – Chyba odwrotnie? – niepewnie wtrąca O.
– Arabowie nie tacy głupi, żeby się na to nabrać – premier poklepuje krowę. Krowa spogląda na O. Ten wycofuje się na bezpieczną odległość.

Wiadro już pełne mleka. Wdzięczne zwierzę łasi się do premiera. Rzecznik G. zbiera śmietankę z wiadra. – Jak u dziadka – rozczula się.
Premier dostrzega nieobecność pani minister zdrowia. Tłumaczymy, że nie mogła dojść z powodu błota. Premier natychmiast interweniuje.
Siadamy na trawie. Wiadro z mlekiem krąży między ministrami. Minister finansów rozkłada plan inwestycji do roku 2013.
Szukamy cięć. Likwidacja służby zdrowia? W trakcie. Prywatyzacja? Brak chętnych na zakup ministerstw. Autostrady? Jakie autostrady?
Bezradni grzebiemy patykami w trawie. Wiadro z mlekiem robi kolejną rundkę. Przysłuchuje się nam krowa.
Zwierzę grzebie racicą w ziemi. W ziemi? A tak, ziemia! Możemy sprzedać ziemię! Całujemy radośnie krowę. To genialna podpowiedź.

Rzecznik G. wyjmuje atlas rzek i jezior. Innego nie mamy. Próbujemy wytypować jakiś powiat na sprzedaż. Padają różne pomysły.
Obliczamy czy byłoby nas stać na zakup jakiegoś powiatu. Minister G. widzi się w roli księcia łódzkiego i sieradzkiego. Wesoło.
– A premier byłby princepsem – O. liznął trochę historię. – Składałoby się mu hołd. – Też mi wielka rewolucja – krzywi się rzecznik G.
– Panowie! Czas skończyć z tradycją jagiellońską – minister S. wznosi toast wiadrem. Krowa muczy do nas przyjaźnie.

Wesoło pobrzękuje dzwonek. To wraca premier! Na rowerze. Wiezie panią minister na ramie. Częstujemy ją wiadrem z mlekiem.
Przedstawiamy premierowi ustalenia. Minister S. przygotował już nawet stenogram z naszej narady. Podsuwa go dyskretnie do podpisu.
– Co wy mi tu za pacta conventa podrzucacie? – premier błyska okiem. Minister S. nabiera mleka w usta. – Dobre, wyczuwalna nutka pokrzywy.
– Pokażcie mi zaraz plany budżetowe – premier bierze łyk mleka z wiadra. Minister G. podaje plik papierów. Uśmiechamy się bardzo szeroko.

Premier śledzi kolumny cyfr. Wyczuwa na sobie czyjś wzrok. To krowa. Zwierzę wywija ogonem ósemki. Premier przypatruje się im uważnie.
Premier bierze do ręki plan inwestycji do 2013 roku. Flamaster w ręku. Szast, prast. Mała poprawka. Teraz jest to już plan do 2018 roku.
– Od ostatnich wyborów minęły cztery lata. Dlatego jeszcze raz zapytamy Polaków, czy odpowiada im ten plan – naucza premier. Bijemy brawa.

Zapada zmrok. Wracamy. Rzecznik G. zastanawia się, co będzie jeśli w 2018 roku znów zabraknie środków: – Tę datę niełatwo przerobić.
– Jedynkę przemalujemy na czwórkę – proponuje O. Premier zadumany: – Tak… Wielcy ludzie liczą czas w dekadach a nie w latach – naucza.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | 1 Komentarz

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 23

Wysłane przez: admin w dniu: 04/05/2011

7.04.2011
Śpiew ptaków, kiełkujące pączki na drzewach, pan Mirosław oczyszczony z zarzutów. Od razu czuć wiosnę.

Przy wejściu strażnik wręcza mi kopertę: „Kancelaria Premiera RP, Al. Ójazdowskie”. To od pana prezydenta.

W sekretariacie pani Bożenka informuje mnie, że premier ma gościa: – Pan Mirosław, aż pijany ze szczęścia. Nie śmiem przeszkadzać.
Jest O. i S. Podziwiamy pana Mirosława. Brutalnie nagabywany przez hochsztaplerów, wystawił ich do wiatru. Czy my też byśmy tak potrafili?
Pochylamy się nad pracą prokuratorów. Swoją ciężką pracą kolejny już raz udowodnili, że jesteśmy zieloną wyspą w szalejącym morzu korupcji.
Zaskrzypiały drzwi. Zrywamy się na równe nogi. To pan Mirosław. Wyczerpany, całą noc nie spał. Czerwona twarz. Ciśnieniowiec – myślę.

Pan Mirosław jest spragniony. Pani Bożenka podaje mu wodę. – Zakwaszana. Jak pan lubi – pani Bożenka zna egzotyczne smaki pana Mirosława.
Gratulujemy. Pan Mirosław spokojnie przyjmuje nasze uściski. – Nie graj losem, bo los zagra tobą – pan Mirosław powtarza nauki premiera.
Zastajemy premiera przy otwartym oknie. Łapie wiosenne powietrze. Z lornetką przy oczach penetruje niebo w poszukiwaniu skowronków.

Wręczam premierowi list. – Od kogo? – pyta i rzuca okiem na kopertę: – Ach tak… Pan prezydent zaprasza na spotkanie.
Idziemy do Belwederu – jak zawsze – na piechotę. Czuć podziw. Nagle premier zauważa staruszkę na środku ulicy. Natychmiast interweniuje.
Premier wpada na jezdnię. Jeden z kierowców próbuje w ostatniej chwili ominąć premiera. Potrąca staruszkę. Premier każe mu zjechać na bok.
Dzień dobry, jestem premier – salutuje premier. – Dokąd się pan tak śpieszy, panie kierowco? Proszę o prawo jazdy i dowodzik rejestracyjny.
Pirat tłumaczy, że zapomniał dokumentów. Powołuje się na znajomość z panem prezydentem. Premier prycha. Sięga po radiotelefon.
Pirat ustępuje. Wyjmuje dokumenty. Premier zauważa na tylnym siedzeniu stos walizek. – Do pralni jadę – wyjaśnia pirat – Śpieszę się.
Premier zagląda do prawa jazdy. Spogląda na pirata. Znowu zagląda do prawa jazdy. Pirat zrezygnowany zdejmuje kominiarkę.
Wszystko jasne. To generał D. Śpieszy się na ważne spotkanie biznesowe. Premier wzdycha. Salutuje. Kończy się na pouczeniu.

Staruszka leży potrącona. Nagle z jednego z aut wybiega kobieta w kitlu. Przykłada defibrylator. To minister zdrowia! Filmują ją reporterzy.
Staruszka próbuje się wyrywać. Jest w szoku. Jedno uderzenie z defibrylatora uspokaja ją. Pani minister unosi kciuk w górę. Ujęcie z bliska.
Zrelaksowani idziemy do Belwederu. Premier opowiada jak był najsłynniejszym ratownikiem na plaży w Sopocie. – Tak, tak – wspomina.

Na dziedzińcu bałagan. Rusztowanie, kręci się betoniarka, bruk zasypany białymi okruchami. To styropian. Pan prezydent ociepla Belweder.
Wita nas sekretarz pana prezydenta, pan M. Przed wejściem do pałacu leżą cztery pawie. Premier zatrzymuje się. Patrzy z ciężkim sercem.
Pan prezydent zdenerwował się, pawie zanieczyściły mu obuwie – wyjaśnia pan M. Zostawiamy buty przed wejściem. Obok buty pana prezydenta.
Korytarz jak po trzęsieniu ziemi. Obrazy pospadały ze ścian. Leżą w potrzaskanych ramach na podłodze. Premier patrzy z ciężkim sercem.

Zastajemy pana prezydenta w gabinecie. Je kanapki z pasztetem. Telewizor na cały regulator. Pan prezydent robi telezakupy.
Pan prezydent pokazuje nam swój ostatni zakup. Magiczne cążki. Przeżuwa kanapkę. Chce coś powiedzieć. Próbuje szybko przełknąć.
Pan prezydent bierze cążki. – O tu jest magnes – pokazuje. – Żebyście wiedzieli, jakie tam fajne rzeczy można kupić – pokazuje telewizor.
Pan prezydent podchodzi do lustra, przytyka cążki do haka. Premier próbuje interweniować. Bach! Za późno. Lustro leży rozbite na podłodze.
Talib, strażnik pana prezydenta, wymiata nogą szkło na korytarz. Siadamy przy stole konferencyjnym. Na blacie porozrzucane klocki lego.
Lego chce wyprodukować nową serię klocków. – Różne wersje leśniczówek, dla młodszych i starszych dzieci – zaznacza pan prezydent.
Pan prezydent wyjaśnia, że użyczył firmie Lego swojej twarzy. Jeden z żółtych ludzików, myśliwy, będzie miał twarz pana prezydenta.
Pan prezydent jest dumny: – Każde dziecko będzie mogło polować ze swoim prezydentem – mówi. – Moi przyszli wyborcy – dodaje. Premier milczy.

– No, my tu gadu-gadu, a czas znów daje czadu – pan prezydent rubasznie podsumował pierwszą część spotkania. Śmiejemy się serdecznie.
Pan prezydent informuje nas, że przywiózł ze wsi jajka. – Sześć palet – precyzuje – Z prawdziwych kur – zachwala. Da nam po palecie.
– Który to dzisiaj mamy? – zapytuje pan prezydent, spoglądając na zegar. – Siódmy – odpowiada S. – No właśnie – kiwa głową pan prezydent.
S. dyskretnie sprawdza czy czegoś nie przegapiliśmy. Nie, rocznica upolowania pierwszego dzika przez pana prezydenta dopiero za miesiąc.
Pan prezydent zdradza, że niepokoi go utrzymujący się stan napięcia w narodzie. Chce zakończyć wojnę polsko-polską. Zamieniamy się w słuch.
Pan prezydent obawia się, że jego wysiłki zostaną storpedowane przez złośliwego kurdupla, który szykuje awanturę na Krakowskim Przedmieściu.

Plan pana prezydenta jest prosty: – Ludzie od generała D. przebiorą się za giejów i będą wznosić opozycyjne hasła. Premier marszczy brwi.
Pan prezydent wyjaśnia, że gdy naród ujrzy w telewizji kurdupla otoczonego przez rozlazłych giejów, to dostanie obrzydzenia. Kiwamy głowami.
Premier waha się. Obawia się, że to może sprowokować prawdziwych gejów do poparcia naszej partii. Pan prezydent łapie się za głowę.
– Nie musimy uciekać się do kłamstw. Prawda jest po naszej stronie – premier przegląda gazety. S., spec od kampanii, zgłasza nowy pomysł.
S. proponuje, aby w prywatnych apartamentach Pałacu Prezydenckiego otworzyć wystawę. – Pokażemy całą prawdę. Bez upiększeń – zastrzega S.

S. roztacza wizję. Wernisaż. Wielka kolejka czeka na wejście do apartamentów. Ciągnie się zawijasami po całym Krakowskim Przedmieściu.
Ludzie wchodzą do apartamentów prezydenckich. Widzą złote krany w kuchni. Barki pełne alkoholi. Butelki i kieliszki walają się po podłodze.
Na wielkim łóżku skóry zdarte z chronionych gepardów. Powłączane komputery na biurkach. W każdym z nich otwarty portal randkowy.
Pan prezydent upewnia się, że nie chodzi o niego. Podchwytuje pomysł. – Na półkę w bibliotece wrzucimy „Protokoły Mędrców Syjonu” – planuje.
Ale skąd wziąć „Protokoły Mędrców Syjonu”? – O, mam tu na biurku, dostałem od przyjaciół – pokazuje pan prezydent. – Mogę oddać w depozyt.

Premier sardonicznie wygina brew. Sięga po książkę. Kartkuje. Ukradkiem spogląda na pana prezydenta. Pan prezydent jakby speszony.
– Bulwersują was „Protokoły Mędrców Syjonu”? – pyta pan prezydent. – No… chyba nie – odpowiadamy niepewnie. Premier spogląda na nas.
Pan prezydent ma już inny pomysł. – Porozkładajmy na biurkach pisma z giejami – zaciera ręce. Spojrzenie premiera. No tak, może lepiej nie.

Wraca O. Rozmawiał przez komórkę. Ten złośliwy kurdupel wykupuje znicze we wszystkich hurtowniach. – Podpali kraj – wybucha pan prezydent.
Pan prezydent nie chce rocznicowych awantur. S. proponuje, aby jeszcze dziś na producentów zniczy nałożyć podatek od następstw pożaru.
– Prawa nie można ustanawiać w dowolny sposób – protestuje premier. Sugeruje, ażeby pan prezydent wystąpił z orędziem do narodu.
Pan prezydent bierze ołówek i wręcza go sekretarzowi. – Niech pan pisze – mówi. Zapada milczenie. Pan prezydent myśli nad treścią orędzia.
Premier podchodzi do okna… – Ćśśś! – pan prezydent próbuje zebrać rozproszone myśli. Pytam, czy może ściszyć telewizor. – Ćśśś!

Nagle pan prezydent zaczyna dyktować: – Szanowni Państwo. To co miłe szybko się kończy. Zgodnie z tradycją ogłaszam koniec żałoby.
Premier kiwa głową. Czegoś mu brakuje. My też kiwamy. Pan prezydent patrzy na nas: – A może za słabo podkreślam, że jestem pomiędzy ludźmi?
– Z prawdziwą przyjemnością brałem wraz z Państwem udział w całorocznej żałobie… – pan prezydent znów zaczyna dyktować.
– O, bardzo dobrze, teraz czuć, że jest pan wśród ludzi – chwali pana prezydenta premier. Pan prezydent zmotywowany. Ma już nowy pomysł.
– A gdyby tak wbić na Krakowskim Przedmieściu nowy krzyż? – myśli głośno pan prezydent. – Po co? – pyta premier.
Pan prezydent wyjaśnia, że byłby to jego krzyż prezydencki. – Obywatele mogliby się za mnie modlić – snuje swoją wizję pan prezydent.
Premier oponuje. Nie chce kolejnego zbiegowiska. Pan prezydent niepocieszony. S. proponuje więc akcję: „Pomódl się razem z premierem”.
S. sugeruje postawienie wielkiego telebimu na Krakowskim Przedmieściu. Przez cały dzień będzie na nim transmitowana modlitwa premiera.
Każdy, kto przyjdzie na Krakowskie Przedmieście, będzie mógł się pomodlić obok premiera. Ten złośliwy kurdupel eksploduje ze złości.
Premier obawia się jednak trudności z usunięciem telebimu. – No tak, może stać się przedmiotem kultu – przyznaje S. Pomysł upada.

Wychodzimy. Pan prezydent zmartwiony, że nie zakończy w tym tygodniu wojny polsko-polskiej. Premier przeciwnie, w bojowym nastroju.
– Bo we mnie instynkt łowcy przeplata się z instynktem gospodarza – zauważa filozoficznie pan prezydent. Prawdziwy mężczyzna – myślimy.
Premier zatrzymuje się. Jest wyraźnie podekscytowany. Zdaje się, że nawet podskakuje. Przykłada lornetkę do oczu. Pokazuje nam na świerk.
Ach, tak! Jest skowronek! Bach! Był skowronek! Pierze spada na ziemię. W oknie Belwederu znika proca. Pan prezydent poczuł instynkt łowcy.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 5

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 22

Wysłane przez: admin w dniu: 29/04/2011

31.03.2011
Premier ogłosił start wielkiej ofensywy dyplomatycznej. Świat musi dostrzec w nim wizjonera dyplomacji. Nasz pierwszy cel to Mołdawia.
Towarzyszą nam rekiny biznesu. Wszyscy pod czerwonymi krawatami. Rzecznik G. też pod czerwonym krawatem. – To symbol drapieżności – tłumaczy.
Premier rozmawia z maklerem, twórcą największych spadków i wzrostów na warszawskiej giełdzie. Zachwala mu uroki sprywatyzowanych spółek.
Rzecznik taszczy deskę surfingową. – Tam nie ma morza – dziwi się S. – Mogło się zmienić. Latamy na starych mapach – wyjaśnia rzecznik.

Szanowni państwo, proszę o uwagę. To premier! Wszyscy milkną. Premier pokazuje pasażerom, jak wkładać maskę tlenową na wypadek dekompresji.
Premier zdejmuje pasy. Na ten znak obsiadamy go ze wszystkich stron. Jeszcze raz gratulujemy mu zwycięstwa w epokowej debacie.
– Został pan brutalnie pokąsany przez szarpidrutów – zauważa O. Premier nie zaprzecza. Ubolewamy więc nad bezpardonową nagonką na premiera.
Gdy O. zaczyna szlochać, premier daje znak ręką. Natychmiast przerywamy. – Nienawiść to złe rozwiązanie – naucza nas premier.
– Należy umieć wyciągnąć rękę do swoich największych wrogów – mówi premier. Natychmiast wyciągamy do siebie ręce. Premier zmienia temat.

Premier zdradza, że po występie TVN zaproponowała mu nagranie, wraz z muzykami, przeboju: „We are the world, we are the children”.
S. natychmiast podchwytuje pomysł. – Trzeba pokazać jedność, zaprosić do nagrania marszałka Sejmu i prezydent Warszawy dla ozdoby.
Jest już pomysł na kampanię. Festiwal w Sopocie, premier śpiewa „We are the world, we are the children”. Publika kołysze się w fotelach…
Premier ujawnia, że scena w Sopocie to dla niego żadna nowość. Jako młokos śpiewał w chórkach: „Motylem jestem”. – Tak, tak – kiwa głową.

Premier poważnieje: – Najpierw trzeba zyskać aprobatę wyborców, a dopiero potem myśleć o powrocie na estradę. Jesteśmy zawiedzeni.
Przerywamy. Piloci proszą premiera do kokpitu. Awaria radaru. Premier po inspekcji uznaje ją za niegroźną. Nakazuje kontynuować lot.
Rzecznik G. rozsiada się wśród biznesmenów. Są zachwyceni jego towarzystwem. Rzecznik niedbale podrzuca w ręku smartfona. Udaje znudzonego.
Biznesmeni pytają rzecznika, gdzie surfuje. – Głównie Brazylia, z dala od ludzkich oczu. Żadnego lansu – rzecznik zakłada nogę na nogę.
Rozmowa nabiera dynamiki. Padają pytania o wysokie ceny benzyny. – Znajomy ma osiem aut, to dla niego duży wydatek – przyznaje rzecznik.
Rzecznik utyskuje na wysoką akcyzę. Spojrzenie premiera. Rzecznik wraca potulnie:– Jedno słowo i człowieka po prokuratorach ciągają – mruczy.

Lądujemy. Z lewej szeroka plaża. Rzecznik wniebowzięty. – Temperatura na lotnisku wynosi 25 stopni – z głośników płynie kojący głos premiera.
W naszą stronę po pasie pędzi kawalkada aut na sygnale. Tuż obok trapu zatrzymuje się z piskiem opon czarny hummer. Oficjalne powitanie.
Zza kierownicy wysiada gbur. Na szyi złoty łańcuch. – Insygnia władzy – podszeptuje minister S. – To ich prezydent – zapewnia.
Gbur rozchyla ręce w geście powitania: – Jura! – Premier. Od razu są na ty. Podziwiamy zdolność premiera do przełamywania barier.

Prezydentowi towarzyszy młoda, długonoga małżonka. Rzecznik G. unosi kciuk. – Bach! – uderzenie w plecy. Prezydent docenił gest rzecznika.
Prezydent zaprasza do hummera. Wsiadamy z premierem i ministrem S. Dosiada się rzecznik G. a za nim małżonka prezydenta.
W aucie siedzi jednak kolejna małżonka prezydenta. – To wschodni kraj, monogamia nie zadomowiła tu się na dobre– uspokaja nas minister S.
Premier – jak to premier – od razu chce ustępować. Ale prezydent wyrzuca obie małżonki. – Gość jest tu najważniejszy – wyjaśnia minister S.
Odjeżdżamy. Premier macha na pożegnanie. Obie małżonki krzyczą i biją pięściami po aucie. – Patriarchalny system – tłumaczy minister S.

Pędzimy w poprzek pasa startowego. Obok lądują samoloty. – O, a te moje – prezydent pokazuje transportowce zaparkowane pod płotem.
Brama zamknięta. Prezydent ani na moment nie zwalnia. Wartownik biegnie z kluczami jak szalony. Co za emocje! Kto będzie pierwszy? Zdążył…
Pędzimy przez miasto. Samochody uciekają w popłochu na boki. Kilka niegroźnych stłuczek. Robi wrażenie. Nawet premier błyska okiem.
Zdaje się, że jedziemy pod prąd. Prezydent zamienia się w przewodnika, opowiada o mijanych miejscach: – O, to moje! To moje! To moje!
Podziwiamy, jak tutejszy prezydent utożsamia się z własnym krajem. Pada nowy pomysł na kampanię: premier na tle Wawelu: To moje!

Pisk opon. Podjeżdżamy pod cmentarz. Prezydent prowadzi nas na grób. Na nagrobku wyrysowany tęgi pan, obok mercedes. Składamy wieniec.
Prezydent kładzie się koło grobu. Rozpacza. Kilkukrotnie uderza czołem w nagrobek. – Ach, ta wschodnia ekspresja – rzuca minister S.
Pędzimy dalej. – To moje! To moje! To moje! Przystanek autobusowy czy uniwersytet? Jesteśmy trochę pogubieni. Nawet premier nie nadąża.
Podjeżdżamy pod pałac prezydencki (To moje!). Pałac połączony z hotelem i kasynem. – Zarabia na siebie – kiwa z uznaniem głową minister S.
Powitanie jak na wręczeniu Oscarów. Czerwony dywan. Fajerwerki, hostessy, tłumy reporterów.– Wschodnia gościnność – szepce minister S.
Prezydent tłumaczy, że największa telewizja (To moje!) organizuje dziś w pałacu jubileuszowy odcinek popularnego talk-show.
Nowy pomysł na kampanię. Na powitanie Obamy robimy talk-show w Belwederze. Tytuł: „Jak równy z równym”. Występują: premier i Obama.

Błyskają flesze. Premier długo macha przy wejściu do pałacu. Wygląda jak Brad Pitt w Hollywood. Obok minister edukacji.
Rzecznik G. kroczy po czerwonym dywanie z deską surfingową pod pachą. Udziela kilku wywiadów. Mówi o Hawajach, o tsunami…
Jesteśmy w sali bankietowej. Wielki stół. Tłumy gości. Świat mediów, biznesu, polityki i artystów. Cóż za jedność – wzdychamy tęsknie…
Obok trwa jubileuszowe wydanie popularnego talk-show. Śpiewa Sting. – Wygrał przetarg na oprawę muzyczną – wyjaśnia prezydent.
Prezydent pyta się, kto zajmuje się u nas mediami. Pokazujemy rzecznika G. Ochrona od razu wpycha go, wraz z deską surfingową, do sali obok.
Widzimy jak rzecznika G. wita burza oklasków. Sting bierze go pod rękę. Przedstawia widowni. Zazdrościmy. To lepsze niż Meller z Hołdysem.

W tym czasie prezydent przedstawia nas swoim ministrom. Wszyscy mają na rękach i szyjach złote łańcuchy. Wiemy, to insygnia władzy.
Biznesmeni rozpoczynają negocjacje. My siadamy koło premiera. Na stole ląduje półmisek z płonącym prosiakiem. Danie zasłania rozmówcę.
Jemy prosiaka. Gorące. Premier ponagla, bo czas wreszcie złapać kontakt wzrokowy z drugą stroną stołu.
Otwieramy obrady. Akurat za naszymi plecami rozpoczyna się striptiz. Premier rozumie nasze zainteresowanie, ale prosi o skupienie.
Chcemy wejść w telekomunikację. – Niemcy kupili. Jak ich przebijecie, to przegonię. Wolny rynek – odpowiada prezydent. Uczciwa argumentacja.
Może więc innowacje, komputery? – Sami składamy. Energetyka? – W co wy mnie wrabiacie? To działka Gazpromu. Trzymam się z daleka.

Prezydent proponuje nam służbę zdrowia. Jeszcze jej nie sprzedał. Jesteśmy zainteresowani. Chcemy poeksperymentować.
Minister zdrowia pyta o system ubezpieczeń. – Kto bogaty, ten choruje – prezydent wyjmuje wykałaczkę. Tak, to uczciwe postawienie sprawy.
– A co z tymi co nie mają pieniędzy? – pyta minister. – O, nie. Cmentarzy wam nie sprzedam. Zbyt dochodowe – prezydent jest obruszony.
Minister S. pyta o system polityczny. – Wszystkie partie działają komercyjnie. Muszą utrzymać się same. – Ho, ho – kiwamy głowami.
A co jak opozycja zablokuje sprzedaż służby zdrowia? – Żeby rządzić, trzeba mieć zmysł do biznesu – prezydent klepie się w portfel.

Premier wygłasza toast. Wszyscy milkną. Ochrona zasłania striptizerki kocami, żeby nie odwracały uwagi zebranych.
– Ta rozmowa uświadomiła mi, że nigdy nie przestaliście być Europą – mówi premier. – Europa potrzebuje waszych doświadczeń! Wybucha owacja.
Premier odwiedza naszych biznesmenów. Cieszą się z wizyty. Mówią, że wreszcie znaleźli odpowiednich partnerów do interesów.
Makler podpisał umowę na kreowanie popytu na tutejszej giełdzie. Spece od marketingu doradzą, jak kilka razy sprzedać komuś ten sam towar.
Rozglądamy się. Okazuje się, że część naszej delegacji została już skomercjalizowana i wchłonięta przez otoczenie.
S. nagrywa reklamę środka odświeżającego do butów, minister K. pozuje malarzowi, O. i kilku innych ogląda walki w błocie.
Dostrzegamy, że O. chce wejść do basenu z błotem i okładać się z tubylcami. Co za zgroza! Premier interweniuje dosłownie w ostatniej chwili.
Premier udziela upomnienia: – Czy my obrzucamy kogokolwiek błotem? Czy nas to bawi? – pyta z wyrzutem. O. ma spuszczoną głowę.
Kątem oka widzimy, jak rzecznik G., jego deska surfingowa i Sting są ćwiartowani przez iluzjonistę. Publika bije brawo!

Premier prosi wszystkich o zbiórkę. Podpisujemy dwie ostatnie umowy międzypaństwowe. O sprzedaży broni oraz o wymianie kulturalnej.
Prezydent od razu oferuje opłatę za broń. Może być barter. Na przykład benzyna lub antyki. Antyki? – Nie znam tej waluty – mówi minister S.
Wolimy benzynę. – Pewnie chrzczona – mruczy rzecznik. Spojrzenie premiera. – Jedno słowo i już do prokuratury ciągają – żali się rzecznik.
Wracamy na lotnisko. Żal wyjeżdżać. Takie miłe miejsce. Premier dostaje od prezydenta na pamiątkę złoty łańcuch. O. roni łzę.
Gospodarz otrzymuje od nas replikę berła Stefana Batorego. Pokazuje ją swoim ministrom: – O, złocony bejsbol. Śmiejemy się serdecznie.

Pół godziny po starcie piloci meldują, że zaczyna brakować nam paliwa. Nie rozumiemy dlaczego. Premier natychmiast interweniuje.
Premier każe przepompować paliwo do jednego zbiornika. Lewy silnik gaśnie. Zaczynamy się denerwować. O. krzyczy.
Premier informuje nas, że sytuacja pod kontrolą. Spokojnie wracamy do swoich zajęć. Z jednym silnikiem to nawet ciszej.
Dowiadujemy się, że premier wskazał właśnie pilotom lotnisko awaryjne. Będziemy tam zaraz lądować.
Piloci sadzają bezpiecznie samolot. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Radar wciąż nie działa. Do samolotu podjeżdża trap. Wysiadamy.

Na płycie lotniska leży rozłożony czerwony dywan. Powiewają flagi. Defiluje kompania honorowa. Jacyś dwaj faceci stoją na dywanie.
Schodzimy niepewnie na dół. Co to za szopka? Premier idzie pierwszy. My za nim. Podchodzimy do tych dwóch facetów.
Jeden facet mówi nawet po polsku: – Czekamy na was cały dzień. Żadnych wieści… Ach, tak. To nasz ambasador. Ten drugi to premier Mołdawii.
Premier odwraca się do ministra S. Oczy mu błyszczą. – To gdzie my do ciężkiej cholery byliśmy?! Minister: – Nie wiem, może w Naddniestrzu?

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 21

Wysłane przez: admin w dniu: 06/04/2011

24.03.2011
Telefon z Kancelarii Premiera zadzwonił o świcie. Natychmiast wstaję. Godzina piąta rano. Czyżby to dzwonił sam premier? Co za zaszczyt.
To dzwoni pani Bożenka, asystentka premiera. Premier prosi o stawiennictwo. Jest pogrążony w melancholii. Znowu nie mógł spać.

Świt. Warszawa śpi. Zastajemy premiera w ogrodzie na tyłach kancelarii. Robi wiosenne porządki. Od razu dostrzegamy nowy karmnik dla ptaków.
Premier pracował całą noc. Ścieżki zamiecione z liści. Krzewy przycięte. Ławki lśnią nową farbą. Brzoza wyrwana z korzeniami…
Premier odkłada szpadel. Przekopał ogródek. Jego ręce sadzą wiosenne kwiaty. Widzimy jak delikatnie wkłada sadzonki. Nie można przeszkadzać.

Łomot. Z szopy wychodzi przebrany w drelich rzecznik G. W ręku miotełka. Jak gdyby nigdy nic, dołącza do premiera. Zamiata alejki.
Nagle robi się tłoczno. Minister G. wywozi na taczce gałęzie, O. bieli krawężniki, minister K. zastawia pułapki na krety. Wszyscy chcą pomóc.
Czas coś zjeść – mówi premier. Rzecznik promienieje. My też. Premier wyjmuje nóż. – Nie, nie jesteśmy głodni – macha rękami rzecznik.
Premier spogląda na rzecznika. Obiera nożem jabłko. – Kto kupi coś konkretnego? – pyta. Rzecznik jest gotów zrobić zakupy. Znika.

Jemy jabłko. Premier sprawiedliwie kroi je na małe kawałki. – To z ogrodu? – pytamy. – Nie, kupiłem w Biedronce – odpowiada premier.
Minister K. szuka w torbie kanapki. Zawartość torby wykłada na stół. Nożyce do cięcia drutów kolczastych, noktowizor, pudernica…
Premier bierze pudernicę. Zaczyna strugać. Po chwili pudernica zamienia się w poręczne pudełko na gwoździe. – To tabakierka – uczy premier.

Jest rzecznik G. Kładzie na stół zakupy. Dwie zgrzewki ostryg, foie gras, opiekana sola, sos z trufli… Premier patrzy z dezaprobatą.
– Trufle potaniały – cieszy się rzecznik. – Nasza gospodarka się rozwija. Proszę, jakie piękne mięso – pokazuje płat argentyńskiej wołowiny.
Premier nie podziela naszego entuzjazmu. Każe zanieść ostrygi do domu starców. Rzecznik niepocieszony. Zabiera koszyk. Znika w kuchni.

Przychodzi O. Rozmawiał przez komórkę. Szykuje się atak na premiera. Ten złośliwy kurdupel kupił bilet na pociąg. Chce zrobić kolejny cyrk.
Mamy pomysł, aby pojechać do Szczecina pociągiem towarowym. Niech ludzie zobaczą, że premier nie ociera się o luksusy. Premier sceptyczny.
Jesteśmy zirytowani. Gdyby nie złowrogie otoczenie, nie musielibyśmy wykonywać populistycznych gestów, oddawać ostryg do domu starców…
Premier wali pięścią w stół: – Nie można narzekać na złowrogie otoczenie! Nikt z nas nie jest przecież przyklejony do stanowiska. Cisza.
– Demokracja jest jak ten stół. Opiera się na trójpodziale władzy… Premier odrywa czwartą niepotrzebną nogę. Stół się wywraca.

Premier zaczyna strugać oderwaną nogę od stołu. W jego rękach zamienia się w… – To chyba będzie laska – premier nie jest jeszcze pewien.
Premier zabiera nogę od stołu, to znaczy laskę, i tabakierkę. Ma ważne spotkanie. Z Adamem Małyszem. Premier tęskni za sportową rywalizacją.
Przy ekspresie do kawy natykamy się na rzecznika. Ma pełne usta. Razem z O. połykali ostrygi. Na stole walają się resztki ryby. Leżą trufle.
Rzecznik się broni: – Jak by to wyglądało, gdybyśmy zanieśli te ostrygi do domu starców. Przecież oni nigdy tego na oczy nie widzieli.
Premier kiwa głową: – To byłoby niepolityczne. Rzecznik oddycha z ulgą. – Proszę zapłacić za zakupy z własnej kieszeni. Rzecznik krztusi się.

Wyjeżdżamy do Świnoujścia. Głodni. A kto głodny, ten zły. Świszczą nam w uszach rewolucyjne myśli. Jaki ten świat niesprawiedliwy.
W samolocie premier słucha płyt. Szykuje się do debaty z muzykami, którzy wypowiedzieli nam posłuszeństwo. To będzie epokowe wydarzenie.
Premier na papierze nutowym wynotowuje wszystkie kiksy. Obok leży gitara elektryczna. Z łatwością wykaże muzyczną niekompetencję rozmówców.
Lądujemy w Goleniowie. Stąd kolumna samochodów zabiera nas do Świnoujścia. Po drodze premier zarządza małe zakupy w Biedronce.
Premier otworzy budowę gazoportu. To nasz kolejny sukces. Dojeżdżamy na miejsce. Wysiadamy z samochodów. Wojewoda kolejno otwiera nam drzwi.
Inżynierowie pokazują miejsce, gdzie staną zbiorniki z gazem. Premier przerywa im. Zauważa robotników. Zaprasza ich na wspólny lunch.

Premier wyjmuje bochen chleba i trzy mielonki. Otwiera puszki nożem. Robotnicy rozczarowani. – Co, myślicie, że ja ostrygi jem? Śmiejemy się.
Pożeramy mielonkę przed barakiem. Robotnicy konsumują w milczeniu. Zabawia nas wojewoda. Opowiada o tym, jak za młodu jadał suchy chleb.
Po lunchu, premier zwiedza nabrzeże. Zauważa motorówkę. Zapada decyzja: obejrzymy budowę gazoportu z pełnego morza. Wsiadamy do motorówki.
Minister G. zdejmuje cumy. Premier odpala. Gaz do dechy. Prujemy prosto na środek Bałtyku. W rękach premiera czujemy się bezpiecznie.
Wchodzimy w ostry wiraż. Gwałtowny huk. Uderzamy o coś dnem. Motorówka staje dęba. Wojewoda wypada do morza. Idzie na dno jak kamień.

Premier nie zastanawia się. Poprawia marynarkę i hop do wody. Widzimy jak strzałą idzie w dół. Do brzegu daleko. Morze jakieś pofalowane.
Premier wciąż nie wypływa. Może ktoś powinien skoczyć na pomoc? Zaczyna się narada, kto najlepiej z nas pływa. Jeden wytyka palcem drugiego.
Morze to nie boisko – zauważa przytomnie minister G. Rzecznik wyjmuje termometr z wody. – Za zimna – ocenia. Padają wzajemne oskarżenia.
Minister G., jako najstarszy rangą, postanawia przejąć dowodzenie. – Robię to z bólem serca, wyłącznie w trosce o dobro kraju – zapewnia.
Nie możemy na to patrzeć. Każdy z nas chce zdjąć z ministra choć trochę tego brzemienia. Zaczynamy dzielić się odpowiedzialnością za kraj.
W wodzie plusk. Jest premier! Wdrapuje się na motorówkę. Minister G. pomaga z wielkim zaangażowaniem. My też pomagamy. Bardzo się cieszymy.

Obok motorówki pojawiają się dwaj płetwonurkowie. Przekazują nam wojewodę. Nic mu się nie stało. Opił się wody. Płetwonurkowie znikają.
Pytamy premiera o tajemniczych płetwonurków. Kim oni są? – To rosyjscy specjaliści. Kładą rurę Nordstreamu. Już prawie skończyli.
– Pokazali mi technikę spawania pod wodą – wyjaśnia swoją dłuższą nieobecność premier. – Potem razem poszukaliśmy wojewody.

Wracamy. Premier wyżyma krawat. Jest podekscytowany. Płetwonurkowie bardzo mu pomogli. – A nawet się sobie nie przedstawiliśmy – ubolewa.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 5

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 20

Wysłane przez: admin w dniu: 30/03/2011

17.03.2011
Po wczorajszym wystąpieniu w Sejmie premier zwołał naradę. Jesteśmy gotowi. Jest z nami urocza posłanka M. Tylko minister K znów się spóźnia.
Zasiadamy w fotelach. Spoglądam na premiera. Nastrój, jak zwykle, bojowy. Ale twarz przepełniona szczerą troską o dobro kraju.

Jest wreszcie minister K. Zaczynamy. Temat narady: Jak uratować kraj przed zapaścią gospodarczą. Minister K. blednie. Wszyscy bledniemy.
Z gospodarką jest aż tak źle? Minister K. rzuca premierowi mgliste spojrzenia. Premier wali w stół: – Co wy, cudów oczekujecie? Do roboty!

Minister finansów zabiera głos. Długo czyta statystyki. Premier notuje. Minister obrony zastyga w nieruchomej pozie. Czoło spocone.
Zabiera głos minister skarbu. Zastanawia się co jeszcze możemy sprzedać. Proponuje Wawel. Podobno jacyś austriaccy arystokraci są chętni.

Pomysł sprzedaży Wawelu przyjmujemy z entuzjazmem. Premier wydaje się jednak jakiś taki nieprzekonany. – Nie, chyba nie – mówi.
Dochodzimy do wniosku, że najwięcej oszczędności dałaby likwidacja państwa. Zarząd nad krajem możnaby powierzyć jakiejś zewnętrznej agencji.
Premier znów nieprzekonany: – Nie, nie teraz. Outsourcing nie osiągnął takiej skali. Głowa ministra K z łoskotem uderza w blat. Zapada cisza.
Minister K. podnosi głowę. Uff! Nie dostrzegamy żadnych zmian. Rzecznik G. wyjmuje z kieszeni nóż i przykłada ministrowi do guza na czole.
Premier pyta: – Jak zdrowie? Minister wyjaśnia, że uległ napromieniowaniu. Zrywamy się z krzeseł. Nóż z brzękiem wypada z ręki rzecznika.
Minister obrony ujawnia, że jest ofiarą Czarnobyla. I gdy wzrasta promieniowanie on natychmiast słabnie w oczach. Premier coś nieprzekonany.
Premier wspomina, że też miał takie objawy. Co za odwaga! – A więc był pan w Czarnobylu? – pytamy. – Nie, zatrułem się mielonką – odpowiada.

Premier wyjmuje z kieszeni mały gadżet. – Licznik Geigera – tłumaczy. – Jeśli będzie promieniowanie, zapiszczy. Jest cisza. Uspokajamy się.
Dzwoni telefon na biurku premiera. Premier odbiera. Włącza tryb głośnomówiący. Milkniemy. To pan prezydent dzwoni wprost z Belwederu.
Prezydent zagaja. Pyta o pogodę. Premier wygląda przez okno. – Wiatr! – mówi. Pan prezydent wydaje się nieswój. Pyta o kierunek wiatru.
Pan prezydent śledzi od wczoraj prognozy pogody. Obawia się chmury radioaktywnej znad Japonii. – Chodzi mi o zdrowie rodaków – zapewnia.

Pan prezydent zapytuje premiera czy rząd spożywał już płyn Lugola. Premier spogląda na nas pytająco. – Nie, niczego nie piliśmy.
Okazuje się, że pan prezydent chciał zamówić cysternę płynu Lugola, ale cały zapas jaki pozostał w ministerstwie obrony, wczoraj zniknął.
– Podobno płyn był przeterminowany, jeszcze po Czarnobylu – kontynuuje pan prezydent. Minister K ma otwarte usta. Błądzi wzrokiem po suficie.

Pan prezydent ma wątpliwości co do naszych śmiałych planów budowy elektrowni jądrowej w Borach Tucholskich. Premier rozwiązuje krzyżówkę.
– Chodzi o przyrodę – tłumaczy swój sprzeciw pan prezydent. – Gdyby pan widział to ptactwo, te cietrzewie, głuszce. Same wchodzą pod lufę…
Pan prezydent prosi o umieszczenie elektrowni z dala od rezerwatu. Premier uspokaja pana prezydenta, że w grę wchodzi też Suwalszczyzna.
Premier patrzy chwilę na ministra K. – Należy skontrolować zapas płynu Lugola. Zapada decyzja – idziemy do najbliższej apteki na inspekcję.

Wychodzimy. Premier z przodu. Nagle premier łapie się za głowę. Czegoś zapomniał. Wraca. No tak, jeszcze woreczek z okruszkami dla ptaków.
Apteka jest obok. Idziemy na piechotę. Premier lubi przebywać między ludźmi. Przed nami wycieczka Japończyków. Przechodzimy na drugą stronę.
Mija kwadrans. Premier karmi ptactwo. Setki gołębi zablokowały chodnik. Zwierzęta lgną do premiera. Przylatuje stado kruków. Kończymy.
W aptece kolejka. Starsze panie, niepełnosprawni. Chcą przepuścić premiera bez kolejki. Premier jest uprzejmy, ustępuje im pierwszeństwa.

Starsza babcia chce kupić lek na kręgosłup. Niestety jest bardzo drogi. Babci nie stać. Premier natychmiast interweniuje.
Premier zapytuje aptekarki, czemu nie ma krajowego tańszego zamiennika. Farmaceutka odpowiada, że wycofano go z produkcji.
Premier odwraca się do nas. Minister skarbu wyjaśnia dyskretnie, że cały przemysł farmaceutyczny został już sprzedany zagranicznym koncernom.
Premier chwilę się zastanawia. Minister skarbu sugeruje babci wzięcie kredytu pod zastaw mieszkania. – Starczy na wszystkie leki – zachęca.
Wtrąca się urocza posłanka M. Pyta babci o wiek. – 85 lat. – W tym wieku to już nie warto się leczyć – uśmiecha się promiennie.

Premier prosi farmaceutkę o stetoskop. Osobiście zbada babcię. Wskazuje miejsce za wielką reklamą środków uspokajających o smaku miętowym.
Premier bada babcię: – Proszę powiedzieć „aaa”. Szuka patyczka, aby przytrzymać język pacjentki i zajrzeć do gardła. Podajemy mu długopis.
Diagnoza premiera: – Z kręgosłupem nie jest źle. Ale z gardłem kiepsko. Za to lek na gardło jest dużo tańszy od tego na kręgosłup. Oklaski.
Aptekarka nie może wydać leku, bo jest na receptę. Na szczęście minister zdrowia ma bloczek. Premier wypisuje receptę. Babcia szczęśliwa.

Do premiera ustawia się kolejka. Już się rozniosło, że premier uzdrawia. Pod apteką zaczyna kwitnąć mały handel. Ktoś sprzedaje amulety.
Po godzinie premier kończy dyżur i zdejmuje kitel. Obiecuje, że na pewno będzie jeszcze przyjmował. – Ale w większej sali – zaznacza.
Uzdrowieni pacjenci całują premiera po rękach. Nas też całują. Jakoś tak głupio. Przecież my nie jesteśmy cudotwórcami.
Rzecznik G tłumaczy, że to taki styl. – Ludzie nas lubią – mówi i nadstawia dłonie. Premier wychodzi. Wołamy rzecznika. Niechętnie dołącza.

Wracamy. Nagle pisk. To licznik Geigera w kieszeni premiera! Przerażeni szukamy japońskiej wycieczki. Ktoś wypatruje czegoś na niebie.
Geigera piszczy jak szalony. Z naprzeciwka nadchodzi generał D., ten co ma biuro w Belwederze. Niesie wielką torbę.
Generał D. jest zmieszany. To pewnie ten pisk. Śpieszy się, czeka na niego zagraniczny kontrahent. Generał odchodzi. Licznik milknie.
– To ozdrowieńcza energia premiera uruchomiła licznik Geigera – tłumaczy urocza posłanka M. Co za ulga! Tylko premier jakiś nieprzekonany.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | 1 Komentarz

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 19

Wysłane przez: admin w dniu: 20/03/2011

8.03.2011
Rząd działa bez wytchnienia. Wczoraj odbyliśmy wizytację Borów Tucholskich. Tam, gdzie stanie pierwsza polska elektrownia atomowa.
Pojedziemy pociągiem. Minister infrastruktury chce pokazać premierowi ogromny postęp jaki dokonał się na kolei od ostatnich mrozów.
Na Dworcu Centralnym wszyscy pasażerowie jak z reklamy. Kolorowi, uśmiechają się do premiera, błyskają białymi zębami.

Cieszymy się, że dyrekcji dworca udało się rozwiązać problem bezdomnych. Przez megafon słyszymy, że pociąg “Premier” wjechał na peron 2.
Niestety nie możemy skorzystać ze schodów ruchomych. Czerwony dywan prowadzący wprost do naszego pociągu, wkręcił się i zatrzymał stopnie.
Pociąg prowadzi najnowsza lokomotywa Siemensa. Minister zaznacza, że może rozwijać kosmiczne prędkości. Osobiście zasiądzie za jej sterami.
Siadamy w skórzanych fotelach. W oparciach monitory LCD, gniazdka do laptopów. Wyczuwamy bezprzewodową łączność. Stewardesy roznoszą drinki.

Premier daje znak do odjazdu. Gwałtowne szarpnięcie. S. rozlewa sobie na spodnie kawę z kardamonem. Minister nie opanował techniki ruszania.
Każdy wraca do swoich zadań. G. układa się do snu, O. przegląda rachunki za goździki na Dzień Kobiet, poseł W. wertuje pismo z lesbijkami…
Opuszczamy Warszawę. Wokół premiera tłum. Premier opowiada o niedawnym spotkaniu z królem Norwegii. Cisza. Nie chcemy uronić ani słowa.
Król Norwegii nalegał, aby premier przymierzył jego koronę. Oczami wyobraźni widzimy tę scenę. Bardzo żałujemy, że zniesiono u nas monarchię.

Mijamy Pruszków. S. zauważa, że jedziemy w złym kierunku. Premier łączy się z ministrem. Minister zaraz oddzwoni. Wyprzedza pociąg towarowy.
Jedziemy na Katowice. Ta trasa w pełni nam unaoczni postęp jaki dokonał się na kolei. – Inne są intensywnie remontowane – wyjaśnia minister.
W wagonie rozlega się sygnał syreny alarmowej. Minister przez głośniki informuje, że zaraz przekroczymy 160 km/h. Przylepiamy nosy do okien.

Pociąg pędzi, napięcie rośnie. Jest! Pędzimy 160 na godzinę! Rozpiera nas duma. Premier wspomina jak w młodości chciał zostać kosmonautą.
Za oknem zauważamy gromadę chłopców na polu. Coś zbierają. – Pewnie kartofle – fachowo ocenia rzecznik G.
Premier macha do dzieci. Dzieci rzucają kartoflami. Trach! Poszły dwie szyby.
Dzieci uciekają. Kapitan Sztama wyjmuje rewolwer. – Było hardcorowo, ale mi pasuje – łapie go za rękę premier. Jest taki wspaniałomyślny.

Do Katowic dojeżdżamy po dwóch godzinach. Jesteśmy pod wrażeniem postępu, jaki dokonał się na naszej kolei od ostatnich mrozów.
Widzimy, że minister wysiada z lokomotywy. W kiosku na dworcu kupujemy mu kwiaty. - Świeża dostawa na Dzień Kobiet - zachwala kwiaciarka.
Z Katowic lecimy samolotem do Bydgoszczy. Tam czekają już landrovery Straży Granicznej ściągnięte z granicy. Zawiozą nas w Bory Tucholskie.
Nie możemy znaleźć drogi. W końcu ktoś zauważa tabliczkę: Rezerwat. To tutaj. Pędzimy tyralierą. Spod kół wyskakują kuropatwy. Jak pięknie.
Na miejscu wita nas wójt i działacze naszej partii. Plac przyszłej budowy przygotowany. Na polanie stoi koparka. A obok rośnie stary dąb.

Premier wita się z działaczami. Ci przedstawiają mu chlubę partii – Solca Cezarego. Trzy lata temu zasłynął w gminie wielką odwagą cywilną.
Któregoś dnia Solec Cezary po lekturze prasy zbulwersował się. I postanowił oddać władzy otrzymane od niej precjoza.
Solec Cezary zwrócił wójtowi odznakę honorowego strażaka i dyplom ukończenia szkoły rolniczej. Premier patrzy na Solca Cezarego z uznaniem.
Teraz wójt – w obecności premiera – oddaje Solcowi Cezaremu jego odznakę i dyplom. Premier poklepuje działacza. Działacz miętosi czapkę.

Premier odsłania tabliczkę na dębie. Dąb otrzymuje imię Solca Cezarego. Solec Cezary stoi pod dębem. Miętosi czapkę. Błyskają flesze.
Premier szuka upominku dla Solca Cezarego. Może jakiś album z dedykacją? Dostrzega czasopisma posła W. Bierze je. Poseł próbuje oponować.
Premier zagląda do czasopism. Marszczy brwi. Oddaje je posłowi. – Ty głupku – mówi. – Ty głupku – powtarzamy. Poseł chowa się za dąb.
Premier waha się chwilę. Skacze po nas wzrokiem. Wreszcie ściąga sobie z ręki zegarek. Wręcza go Solcowi Cezaremu. - Czas to pieniądz – mówi.
Solec Cezary dziękuje za zegarek. Czyta napis wygrawerowany na kopercie: „Premierowi, w jubileusz 50-tej naprawy zegarka, Zegarmistrz”.

Premier otwiera plac budowy. Wbija symboliczną siekierę w dąb. – Tu teraz będzie elektrownia atomowa – ogłasza premier. Czapki lecą w górę.
Robotnicy zawiązują w koronie dębu stalowe liny. Premier żwawo siada za sterami koparki. Szykujemy się na widowisko.
Terkot silnika. Wszystko tonie w spalinach. Premier zaciąga drążek. Jeszcze raz. Dąb wyrwany z korzeniami. Owacja. Solec Cezary płacze.
Premier staje na koparce. Naucza: - Nawet trzystuletni dąb nie jest w stanie oprzeć się naszej woli. Działacze przyklękają.
- Nie czas na dyskusje i wątpliwości - echo niesie słowa premiera daleko w las. Niektórzy z nas spontanicznie składają samokrytykę.

Wracamy do samochodów. Premier z przodu. Z lasu wyłania się sarna. Zwierzę łasi się do do premiera. W tle zachód słońca. Jesteśmy urzeczeni.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 3

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 18

Wysłane przez: admin w dniu: 19/03/2011

03.03.2011
Straszne dni. Nie mogę dostać się do premiera. Od dwóch dni siedzi w gabinecie. Czyta listy od Polaków.
Asystentka premiera, pani Bożenka zdradza, że listy przychodzą tysiącami. Codziennie rano listonosz zostawia trzy worki korespondencji.
Premier ma zwyczaj czytania wszystkiego osobiście. Jest tak wrażliwy na bolączki rodaków. Niestety, cały czas nie może skończyć lektury.
– Nic nie je, nie pije – martwi się o premiera pani Bożenka. Zdradza, że już dwukrotnie premierowi trzeba było podawać dożylnie glukozę.

O. informuje mnie, że wszystkie listy to skargi na reformę OFE. Podobno zostały nadane na jednej poczcie w Warszawie.
- Nieprawda – protestuje kapitan Sztama z ochrony. Było kilka listów z Bahamów i dwa z Bermudów. Kapitan Sztama jest zapalonym filatelistą.
Premier nawet nie zauważył, że parę listów od Polaków zostało napisanych po angielsku. Czyta tak sprawnie, że nie wychwytuje różnicy języków.

Zbieramy się pod gabinetem premiera. Liczę, że wreszcie go ujrzę. Czeka nas dyskusja o nowej ofensywie informacyjnej.
Pani Bożenka zaprasza do gabinetu premiera. Na biurku sterta jednakowych białych kopert. A gdzie premier? Mój Boże, może zemdlał?
Radość nieco ustępuje, gdy podchodzimy bliżej. Premier ma podkrążone oczy. Zblakł ich legendarny błysk. Widać, że pięć nocy nie spał.
Premier nie słyszy nas. Na uszach ma słuchawki. Słychać rytmiczne: bum-cyk, bum-cyk, bum-cyk! Jesteśmy zaniepokojeni.
Premier zdejmuje słuchawki. Wyjaśnia, że pewien potentat discopolo zaoferował naszej partii poparcie największych gwiazd z jego wytwórni.
– Dał płytę z przebojami – pokazuje słuchawki premier. – Miałem wybrać wykonawców, którzy poprą partię. Ale jakoś trudno wybrać – ocenia.

Minister S. melduje premierowi, że rozmawiał z Hillary Clinton. Podobno pani Clinton z uznaniem przyjęła nową tweedową marynarkę ministra.
Premier pyta ministra S., czy prezydent Obama przyjedzie w maju do Polski. Najwięksi politycy muszą ze sobą być w stałym kontakcie.
Minister S. odpowiada, że przyjazd Obamy jest niepewny. Pole golfowe, na którym grywa Obama nie ustaliło mu jeszcze grafika gier.
Premier chwilę milczy. I wręcza ministrowi spraw zagranicznych płytę z przebojami discopolo. – Proszę wybrać najlepszych wykonawców.
– Na pewno coś panu wpadnie w ucho – zachęca premier. Minister uśmiecha się jak do zdjęcia. Ogląda płytę.

Premier zamawia kawę dla wszystkich i relaksuje się przy lekturze kolorowych magazynów. Minister S. słucha płyty: bum-cyk, bum-cyk, bum-cyk!
Łoskot. Premier gwałtownym ruchem zrzuca stertę magazynów na podłogę. O Boże! Jest zirytowany. Rzecznik G. przesiada się dwa krzesła dalej.
Zachodzimy w głowę, skąd ten wybuch irytacji premiera? Okazuje się, że w każdym magazynie kolejne gwiazdy wypowiadają poparcie premierowi.
– Nie jesteśmy ulubieńcami elit – rzuca gorzko premier. Rzecznik G. natychmiast notuje te słowa.

Premier decyduje, żeby z płytoteki kancelarii usunąć płyty tych wykonawców i reklamy z tymi aktorami, którzy nas nie popierają.
Zadanie utylizacji otrzymuje kapitan Sztama. Wkrótce z korytarza dobiegają nas trzaski. Kapitan układa płyty na stos i rozgniata swoją osobą
Nagle słyszymy wrzask rzecznika G., który wymknął się za Sztamą, bo miał nadzieję przejąć kilka płyt. Biegnę zaniepokojony jego śladem.
Kapitan Sztama posiniaczony. Ma coś napisane na twarzy. Przyglądam się. Nieautoryzowane odtwarzanie będzie karane… To płyta się odcisnęła.
Rzecznik drżącą ręką pokazuje na podłogę. Zamieram. Widzę rozgniecione płyty z kolekcji premiera. Debussy, Musorgski, Wagner, Bach, Haydn…
Kapitan Sztama tłumaczy, że przecież dostał polecenie usunięcia tych wszystkich, którzy nie popierają partii. Nie rozumie pretensji.
Rzecznik wyjaśnia: - Wagner, Bach, Haydn popierają Platformę. Sztama zdziwiony. - Oni nas ukształtowali – rzecznik poprawia włosy w lusterku.

Niepostrzeżenie wracamy na naradę. Szczęśliwie trafiamy na moment owacji na stojąco. Premier ogłosił początek ofensywy informacyjnej.
Premier oddaje głos rzecznikowi G. Ale temu zza marynarki wypadają płyty Kazika. Premier marszczy brew. Na ten znak mruczymy z dezaprobatą.
Rzecznik zaczyna nieskładnie omawiać plan ofensywy. Mamy zadać kłam fanatycznej kampanii nienawiści, którą media skierowały przeciwko nam.
– Za nami pasmo sukcesów – mówi rzecznik. Premier prosi o pasmo. Rzecznik grzebie w papierach. Też grzebiemy. Jakoś niezręcznie się chwalić.
Premier wali pięścią w stół. Minister spraw zagranicznych zdejmuje słuchawki. Mamy dwa tygodnie na przygotowanie listy sukcesów.
Sytuację ratuje minister infrastruktury. Wygrzebał właśnie listę planowanych inwestycji, nad którą dyskutowaliśmy przed poprzednimi wyborami.
- O proszę, jest elektrownia atomowa – pokazuje palcem minister. – Przecież jeszcze nie budujemy – obrusza się rzecznik.
– Nie budujemy elektrowni, ale mamy taki plan – odpowiada rezolutnie minister. Bijemy brawo. Minister się cieszy. Premier się uśmiechnął.

Premier podchwytuje pomysł ministra. – Trzeba ogłosić rozpoczęcie budowy elektrowni atomowej. My nie rzucamy obietnic na próżno – podkreśla.
Zaczyna się burzliwa dyskusja, gdzie zbudować elektrownię atomową tak, żeby rzecz wypadła efektownie. Premier się przysłuchuje.
W końcu premier zabiera głos. – Elektrownia musi powstać z dala od siedzib ludzkich. Wszyscy pamiętamy o Czarnobylu – naucza.
Padają propozycję lokalizacji elektrowni atomowej: Bieszczady. Za daleko. Kampinos. Za blisko. Rospuda. Ekologowie się wściekną.

Premier zachęca do wakacyjnych wspomnień: - Gdzie czuliście się najbardziej odcięci od świata? Wracają romantyczne chwile, pierwsze miłości.
W końcu pani minister zdrowia nieśmiało rzuca: Bory Tucholskie. Premier w podzięce całuje ją w rękę.
Mamy lokalizację. Oddalony od dróg i miast ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem. – Jezioro się przyda do schłodzenia reaktora – zauważa premier
Premier nie przeciąga niepotrzebnie procesu decyzyjnego. Mamy się przygotować do rychłego wyjazdu w Bory Tucholskie.

Kolejna relacja jak tylko wrócimy z Borów Tucholskich.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 17

Wysłane przez: admin w dniu: 16/03/2011

25.02.2011
Wizyta w Izraelu okazała się wielkim sukcesem premiera. Dziś kontynuuję wczorajszą relację.

Wczoraj do samego rana pracowaliśmy nad planem pokojowym dla Bliskiego Wschodu. Poszło kilka fajek wodnych. Niektórzy nie wytrzymali tempa.
Minister S. miał urodziny. Pokazywał nam esemesy z życzeniami od wielu dyplomatów. Niestety, używali innego alfabetu. Uwierzyliśmy na słowo.
Rano nieludzkie wrzaski w recepcji. Ktoś wyzywa obsługę hotelu od skończonych łajdaków. Cieszymy się. Dołączył do nas profesor Bartoszewski

Przygotowujemy się do wspólnego posiedzenia rządów. Wylewamy na siebie hektolitry perfum. Taki zaduch, że w windzie nie da się wytrzymać.
Zła wiadomość. G. informuje nas, że nie zdąży minister skarbu, który miał przylecieć przez Dubaj. Nie znalazł połączenia do Jerozolimy.
Minister skarbu w opałach. Znajomy katarski inwestor miał go podwieźć. Na pustyni skończyło się paliwo. Minister nie wie, w którą stronę iść.

Jest premier! Schodzi po schodach. Uśmiechnięty. Twarz bez najmniejszej skazy, jak z plakatu. Premier całuje w rękę panią minister zdrowia.
Przy śniadaniu premier opowiada nam, jak w Mongolii musiał zjeść baranie oko. Pani minister zdrowia teatralnie zbiera się na wymioty.
Premier zdradza tajemnicę, jak zjeść oko. – Trzeba całe zanurzyć w słoiku z musztardą. Z musztardą wszystko da się zjeść – podkreśla premier.
Słuchamy premiera z podziwem. Zjeść oko to w Mongolii oznaka męskości. Teraz każdy z nas chce zjeść oko. Jak premier.

Do restauracji wchodzi spóźniony minister obrony. Tłumaczy, że przed chwilą bosą stopą zabił pod prysznicem trzy jadowite skorpiony.
Minister jest zły. Wczoraj izraelska ochrona odebrała mu osobisty rewolwer. Czuje się bezbronny. Dlatego w walce ze skorpionami użył stopy.
Sprawdzamy czy minister nie ma gorączki. Pytamy go, co zrobił ze skorpionami. – Wrzuciłem pod łóżko – minister spokojnie nalewa sobie kawy.

Profesor B. ze swadą opowiada nam o swoim dorobku naukowym. Gwałtownie gestykuluje, unosi ręce w górę. Natychmiast przybiega kelner.
- Ty skretyniały ośle, niczego nie potrzebuję. Kelner musi się przyzwyczaić do wyrazistego stylu profesora.

Podczas śniadania przez cały czas słyszymy dziwny jęk. Jakby z oddali. O. zagląda pod stół. Może przyczepili nam pluskwy?
Nagle ktoś przypomina sobie, że cały czas przy telefonie czeka zagubiony na pustyni minister skarbu. Czeka na radę premiera, którędy ma iść.
Premier przejmuje słuchawkę. Minister na wstępie życzy mu smacznego. Premier dziękuje, pyta jaka pogoda na pustyni.
Premier pyta ministra o znaki orientacyjne. Minister coś odpowiada. Premier wyraźnie niezadowolony. Pyta, z której strony świeci słońce.
To była genialna rada premiera. Okazuje się, że w świetle słońca minister dostrzegł karawanę. Zabierze się z nią do Jerozolimy.

Minister spraw zagranicznych informuje premiera, że samolot z Polakami z Libii wylądował bezpiecznie w kraju. Premier oddycha z ulgą.
Minister S. dodaje, że samolot ewakuował Brytyjczyków. – Ale za to lot był rentowny – cieszy się. Premier oddycha z ulgą. Żubry uratowane.

Idziemy do samochodów. Mocno opancerzone. Premier zauważa, że szyby tak grube, że krótkowidz może prowadzić wóz bez okularów. Faktycznie.
Po drodze premier słyszy, że w rankingu zaufania pobił go Grzegorz Napieralski. Profesor ocenia rodaków: - Banda łotrów. Premierowi smutno.

Niewiele widzimy. W całym samochodzie zostały spuszczone rolety kuloodporne. Minister K. pokazuje nam w tym czasie jak rozgniótł skorpiony.
Dojeżdżamy do siedziby izraelskiego rządu. Premier wchodzi pewnym krokiem. Wartownicy salutują, trzaskają obcasami. W oczach mają zazdrość.
Wita nas premier Netanjahu. Oczywiście z premierem jest na ty. Zostajemy przedstawieni. Izraelscy ministrowie witają się z nami po kolei.
Minister obrony podaje wszystkim rękę. - Shalom. I am hawk. Chce dać do zrozumienia, że jest jastrzębiem w naszym rządzie.
Izraelscy ministrowie grzecznie odpowiadają ministrowi obrony: Hough! A Netanjahu dyskretnie pyta premiera czy nasz minister jest Indianinem.

Wchodzimy na salę posiedzeń. Zatrzymuje nas ściana wrzasku. Nie chcą wpuścić profesora B. Oficjalnie nie jest członkiem rządu.
Premier wyjaśnia izraelskim ministrom, że to jego doradca. Netanjahu daje znak ochronie. Profesor wchodzi. Cały czerwony ze złości.
Premier od razu przejmuje kontrolę nad obradami. Ogłoszony przez niego błyskotliwy plan pokojowy odbiera mowę izraelskim ministrom.
Premier naucza: - Nie róbcie polityki. Budujcie. I proponuje budowę boisk, na których rywale w sportowej grze fair play rozładują złe emocje.
Premier roztacza wizję autostrad łączących zapalne punkty Bliskiego Wschodu. Rzutnik wyświetla wizualizację tych śmiałych projektów.
Izraelscy ministrowie nagradzają premiera kilkuminutową owacją. Premier proszony jest o bisy. Dorzuca więc jeszcze parę słów.

Wychodzimy pełni dumy. Wszyscy nam gratulują. Część izraelskich ministrów nieoficjalnie przyznaje, że zazdroszczą nam premiera.
Wieczorem premier wraz z ministrem S. zostają na naradzie. Mają uczyć izraelskich kolegów pokojowego współistnienia z sąsiadami.
W kilka osób wybieramy się na krótkie zwiedzanie. Profesor B. prowadzi nas na arabski suk. Profesor jest wprost stworzony do targowania się.
Minister K. zatrzymuje się przy sklepie z paralizatorami. Obsługa pokazuje mu jak używać urządzenie. Minister ćwiczy. Ktoś krzyczy.
Profesor B. zatrzymuje się przy stoisku z cytrynami. Zaczyna z właściwą sobie swadą wrzeszczeć na Araba. Ten ucieka.
Rzecznik G. kupił sobie deskę surfingową. Z radości zaczyna naśladować muezina. Izraelscy agenci proszą nas, żeby nie prowokować ludności.

Nagle słyszymy wybuch. Sypie się tynk. Wyją syreny alarmowe. Agenci przyduszają nas do ziemi. To zamach!
Połowa bazaru pokryta kurzem. Dowiadujemy się, że jedyną ofiarą jest zamachowiec-samobójca. Handlarze zniknęli. Ale gdzie jest profesor B.?
Jest profesor B.! Cały zakurzony. Naderwany rękaw marynarki. Agenci Mossadu klepią go radośnie po plecach. Profesor im ubliża.
Tłumacz wyjaśnia nam w pośpiechu, że profesor B., nieświadom zagrożenia, próbował kupić od zamachowca bombę. Ale ten nie wytrzymał nerwowo.
W zamieszaniu pojawia się także minister obrony. Zamachu nie zauważył. Pokazuje gaz pieprzowy. – Zabójczo skuteczny – opowiada tajemniczo.
Przyjeżdża karetka. Chcą opatrzyć profesora. Ten wymyśla sanitariuszom od wściekłych diabłów. Agenci ochrony nakazują nam odwrót.

Ochrona podstawia samochody. Wracamy do hotelu. Minister K. zdradza nam, że przetestował gaz na przejeżdżającym motocykliście.
- Przejechał może z dziesięć metrów i rymsnął na chodnik – z dumą opowiada minister obrony. Słuchamy z niedowierzaniem.
W hotelu agenci przesłuchują profesora B. Dowiadujemy się od nich, że zamachowca wspomagał drugi, na motocyklu. Znaleziono go nieprzytomnego.
Wreszcie dociera minister skarbu. Mamy dla niego złe wieści. Brakuje miejsc w samolocie. Minister szuka premiera. Ale premier na naradzie.
Minister nie wie co zrobić. Ale przypomina sobie rady premiera. W świetle księżyca dostrzega lądujący samolot. Kupi sobie bilet do Warszawy.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 2

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 16

Wysłane przez: admin w dniu: 14/03/2011

23.02.2001
Piszę do Państwa z Jerozolimy. Pochylamy się nad mapą Bliskiego Wschodu. Przed chwilą premier podsunął mi ustnik fajki wodnej. Niebo w gębie.

Ale po kolei. Dziś rano narada u premiera. Mieliśmy wyekspediować samolot rządowy po Polaków, którzy ugrzęźli w Libii.
Pojawił się problem natury logistycznej. Minister finansów zauważył, że nie przewidzieliśmy w budżecie dodatkowego lotu.
Minister S. proponuje, żeby Polacy w Libii zrzucili się na paliwo do samolotu. – Było ich stać na wyjazd, niech płacą – zauważa przytomnie.
Minister G. dzwoni do ambasady w Libii. Okazuje się, że trudno zorganizować taką zrzutkę, bo na ulicach trwa strzelanina.
Premier poirytowany. Jest gotów sam dopłacić, byle uratować rodaków z piekła. Wyjmuje z portfela dwieście złotych.

Minister finansów studiuje wydatki. Zauważa, że można wyjąć pieniądze z rubryki „ochrona przyrody”.
Minister ochrony środowiska podchwytuje pomysł. Od razu proponuje odstrzelić połowę żubrów w Puszczy Białowieskiej.
Minister zdradza, że dzwonił do niego wojewoda podlaski. Zagraniczni biznesmeni są gotowi dać krocie za safari po Puszczy Białowieskiej.
Premier się waha, czy wybicie połowy żubrów to nie za dużo. Ma wielkie serce do zwierząt. – Oszczędzimy cielęta – zapewnia go minister.

Premier chce osobiście lecieć po Polaków. Minister K. uspokaja, zapewnia, że piloci mają już zapewniony dostęp do symulatorów w internecie.
- Zamachowcy, którzy zaatakowali World Trade Center też ćwiczyli na takich symulatorach - minister K. próbuje rozwiać obawy premiera.
Dyskusję przerywa nagły telefon ministra G. Podobno Jan Suzin wrzucił na Facebooka list, w którym odcina się od popierania naszej partii!
Premier wybiega z sali. Jest wstrząśnięty. Będzie osobiście przekonywał Jana Suzina do zmiany decyzji. Posiedzenie rządu zakończone.

Po południu przygotowujemy się do wylotu do Jerozolimy. Lecimy niemal całym rządem. Premier prowadzi odprawę da pilotów naszego embraera.
Premier chce się z bliska przyjrzeć sytuacji na Bliskim Wschodzie. Chce poczuć te problemy na własnej skórze. Jego odwaga nam imponuje.
Bezpieczeństwo jest najważniejsze. Część ministrów poleci innymi samolotami. Minister finansów już wyleciał. Ma przesiadkę w Szanghaju.
Minister skarbu poleci przez Dubaj. Jest niezadowolony. To zrozumiałe. Każdy chciałby lecieć z premierem. Być w pewnych rękach.

Wsiadamy do samolotu. Premier jeszcze na płycie lotniska. Razem z pilotami skrupulatnie kontroluje stan podwozia. Fachowo kopie opony.
Siadam pośrodku. Fotele obite skórą. Przez iluminator znów dostrzegam premiera. Podciąga się. Zagląda do silnika. Na rękach ślady oleju.
Koło mnie siada minister obrony. Jest zły. Nie pozwolono mu wsiąść z nożem. W kieszeń fotela wkłada pluszowego kaczorka. Patrzę zdziwiony.
Minister obrony wyciąga tablet. Ogląda trening krav magi. Zamaskowany komandos dusi psa. Minister powtarza chwyty na kaczorku.
Startujemy. Premier cały czas pracuje. Przegląda projekt pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Wyciąga plan reaktora. Nanosi poprawki.

Wieczorem kolacja w samolocie. Dostaję fasolkę. – Dziś dzień bretoński – wyjaśnia stewardesa. Premier dziękuje za ostrygi. Wybiera kawę.
Rzecznik G. wrócił niedawno z urlopu w Izraelu. Ćwiczy poznane podczas wakacji słowa. Chce godnie powitać gospodarzy, udzielić paru wywiadów.
Premier się krzywi. Rzecznik G. nauczył się niechcący wyzwisk po arabsku. Usłyszał te słowa, gdy chciał kupić kiełbasę w miejscowym sklepiku.
Nagle czujemy dym. Tak! Mała wąska smużka unosi się pod sufitem. Zrywamy się przerażeni. O. krzyczy. Premier odkłada Małego Chemika. Patrzy.
Premier wyczuwa zapach waniliowych cygar. Błyskawicznie odnajduje źródło dymu. Okazuje się, że minister obrony zaszedł do kokpitu zapalić.
Premier ruga ministra. Ten w popłochu gasi cygaro o arafatkę rzecznika G. Rzecznik wściekły. Rzuca ministrowi wiązankę arabskich wyzwisk.

Minister zalecił pilotom, aby podchodząc do lądowania w Jerozolimie lecieli zygzakiem. – Będzie nas trudniej zestrzelić – cedzi każde słowo.
Premier zakazuje ministrowi obrony dowodzenia czymkolwiek. Rzuca okiem przez okno. Absolutna ciemność. – Minęliśmy Cypr – wyjaśnia premier.
Przekraczamy linię brzegową Izraela. Premier nakazuje zaciemnienie samolotu. Gasną światła. - Strefa wojny - minister K. wkłada do ust gumę.

Nagle za oknem widzimy dwa pędzące w naszą stronę myśliwce. O. znów krzyczy. Minister zdrowia milknie. Minister obrony repetuje broń.
Premier prosi o radiostację. Wywołuje pilotów myśliwców. - This is premier - mówi. Piloci się cieszą. Będą nas eskortować do Jerozolimy.
Cisza, myślimy o przeznaczeniu. Dokąd nas wiedzie? Diabli wiedzą. Tu obok wojna, rewolucje. Minister obrony pokrywa twarz farbą kamuflażową.
Spoglądam na premiera. Od razu uspokajam się. Spokojnie czyta Heideggera w oryginale. Wydanie bibliofilskie. Pisane gotykiem.

Zniżamy. Minister K. w gotowości do rekonesansu lotniska. Po wylądowaniu rzuca się do drzwi. – Czysto – rzuca w naszą stronę. Przetrwaliśmy.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »