Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 26
Wysłane przez: admin w dniu: 18/05/2011
28.4.2011
Telefon od premiera. Mam zawieźć panu prezydentowi kluczyki do samolotu. Pan prezydent leci z wielką świtą do Watykanu.
Melduję, że jestem gotów natychmiast wyruszać w drogę. – Spokojnie. Dopiero czwarta rano – premier jest uprzejmy. Nigdy się nie narzuca.
Przed Belwederem jestem godzinę później. Z daleka dostrzegam porozwieszane pranie. To znak, że pan prezydent przygotowuje się do wyjazdu.
Wita mnie pan profesor N. Właśnie przyjechał do pracy. Ręce rozpostarte w szerokim geście powitania. Razem zdejmujemy buty w progu.
Pan profesor bierze mnie pod rękę. Kierujemy się do biblioteki. – Pan prezydent zwykle rozpoczyna dzień od lektury – wyjaśnia uprzejmie.
Dostrzegamy pana prezydenta. Siedzi w fotelu, nogi w miednicy. – Nie teraz. Pan prezydent bierze kąpiel – interweniuje sekretarz.
Pan prezydent daje znak ręką, żebyśmy weszli. Pan profesor N. pyta o przepis na wodę różaną, w której pan prezydent aktualnie moczy stopy.
– Rozmrażaliśmy przed wyjazdem lodówkę – wyjaśnia pan prezydent. – U nas nic się nie marnuje – pan prezydent serdecznie poklepuje małżonkę.
Profesor N. delektuje się zapachem perfum, jakimi zroszona jest pani prezydentowa. – To pasta do podłogi – pan prezydent umie zażartować.
– Ach, rzeczywiście, korytarze świeżo wypastowane – zauważa z uznaniem profesor. – Można z podłogi jeść – pan prezydent też jest zachwycony.
Pan prezydent wraca do lektury. – Zupełnie jakbym czytał o sobie – podnosi książkę do oczu. Na okładce tytuł: „JFK – krótka biografia”.
– Rodzina z tradycjami, piękne kobiety. Źle się skończyło – wzdycha profesor. – Niech pan nie zdradza zakończenia – burzy się pan prezydent.
Zostawiam panu prezydentowi kluczyki do samolotu. Na stole pojawia się wielka misa z pierogami i łyżki. – Śniadanko – cieszy się profesor N.
Dzwoni O. Nasi ministrowie odpierają nawałnicę ataków w Sejmie: – Istne gradobicie. Premier wyruszył z odsieczą. Wystarczy tego warcholstwa.
Docieram do Sejmu. Premier już u siebie w gabinecie. Śpi. Opozycja rozgromiona. W ministerstwach czekają na zwycięzców naręcza kwiatów.
Pod gabinetem premiera koczuje siwy pan z bukietem tulipanów. Pani Bożenka rozgląda się dookoła, a potem zaczyna go okładać butem po głowie.
– Pewnie jakiś miłośnik premiera? – śmiejemy się. – Jaki miłośnik! To Kiszczak! – pani Bożenka jest roztrzęsiona. – Przyczepił się jak rzep.
O. przerażony. Dobrze, że nikt nic nie widział. Dzwoni do straży marszałkowskiej: – Kto wpuścił tego dziada z tulipanami? Wyczuwamy sabotaż.
Premier się budzi. Pani Bożenka załamuje ręce: – Obudzili go. Osiem nocy nie spał. – Zupełnie jak Napoleon Bonaparte – zauważa senator S.
Premier zaprasza do środka. Senator S. gratuluje mu zwycięstwa w Sejmie: – Prawdziwe Waterloo – podnosi kciuk. Premier macha ręką.
Minister sprawiedliwości dostał właśnie raport. Kryminaliści domagają się rewizji wyroków. – Chcą, żeby osądziła ich historia – precyzuje.
Senator S. proponuje nowelizację kodeksu karnego: – Należy wprowadzić nową instancję odwoławczą. Mamy wątpliwości, co do tego pomysłu.
Senator S. proponuje, aby to premier – jako historyk i jednocześnie człowiek tworzący historię – stał się najwyższą instancją odwoławczą.
– Sędziowie wydają wyroki nie na podstawie historii, lecz na podstawie tego, co jest tu i teraz – naucza premier. Wracamy do kancelarii.
Nasza kolumna aut wyjeżdża z Sejmu. Nagle przed maską pojawia się siwy pan z tulipanami. – To Kiszczak! – krzyczy O. Ostry skręt w lewo.
Ledwie umknęliśmy Kiszczakowi. Kiwamy głowami: cóż za bezczelny typ. Premier zachowuje kamienną twarz. Silny człowiek. Panuje nad emocjami.
Pod Kancelarią Premiera roztacza się ponętny zapach karkówki. Znak, że sezon na grilla rozpoczęty. Premier zaprasza do ogródka na tyłach.
Na rozżarzonych węglach skwierczy kaszanka. Cudownie! Zauważamy rzecznika G. Kręci watę cukrową. Rozsiadamy się na leżakach. Należy się.
Premier wyjmuje z torby dwie puszki mielonki. Otwiera nożem. Kawałki konserwy spadają na ruszt. Jesteśmy głodni. Wreszcie zdrowo pojemy.
Z anielskiego nastroju wytracają nas krzyki za bramą. O. wygląda zza winkla, co się dzieje. Woła przerażony: – To Kiszczak! Z kwiatami!
Rzecznik G. każe borowcom poszczuć Kiszczaka psami. Funkcjonariusze zwracają uwagę, że dysponują jedynie bronią palną.
O. oponuje: – Lepiej nie. Kiszczak pozwie nas do sądu… – Zostaniemy uniewinnieni. To w obronie własnej – rzecznik G. wkłada boczek do ust.
O.próbuje zza winkla negocjować z Kiszczakiem. – Nie chcemy kwiatów! Niech pan dziękuje sędziom. Są niezawiśli! – piskliwy głos drażni uszy.
Premier zachowuje kamienną twarz. Je mielonkę. Nagle w kieszeni marynarki premiera rozlega się krakanie. Ach tak, to dzwoni komórka.
Premier odbiera. Kamienna twarz staje się bardziej kamienna. Odkłada telefon. I… jak nie wybuchnie: – To Kiszczak! Kto mu dał mój numer!!!
Premier wyciera usta. – Tu się nie da pracować. Idziemy do gabinetu – zarządza. Koniec raju. Rzecznik G. ukradkiem zabiera tackę z boczkiem.
Siadamy w gabinecie. Premier ma tylko paluszki. Częstujemy się. Chrupiemy w milczeniu. Rzecznik schowany za kredensem. Konsumuje boczek.
Źli i głodni myślimy jak się pozbyć Kiszczaka. Widzimy jak łobuz bezwstydnie paraduje z kwiatami pod naszą kancelarią. W tę i z powrotem.
Pojawia się pomysł, aby zadzwonić do rosyjskiego ambasadora: – Może oni go stąd zabiorą? Inaczej nam tu wstydu narobi – O. jest załamany.
Rzecznik otwiera okno. Chce rzucić w Kiszczaka doniczką. – Nie trafisz! – interweniuje O. – A on uzna to za jakąś zachętę do przyjścia!
Nagle podskakujemy na krzesłach. Naszą rozmowę zagłusza przeraźliwy skowyt syren. Co się stało? Z Belwederu wyjeżdża pan prezydent.
olumna opancerzonych aut przejeżdża dwadzieścia metrów. Samochody skręcają do naszej kancelarii. – Mamy wizytę – kręci głową premier.
Jedno auto osłaniają własnym ciałem borowcy na motorach. Kiszczak wykorzystuje sytuację. Wybiega z kwiatami. Borowcy wrzucają go do auta.
A więc Kiszczak wtargnął na teren kancelarii! Barykadujemy się w sali konferencyjnej. Skowyt syren. Czekamy na atak wroga.
Premier opowiada nam, jak kiedyś napluł z komina elektrociepłowni na czapkę ruskiego generała. – Tak, tak – wspomina z nostalgią.
Na korytarzu odgłosy kroków. Walenie do drzwi. – Nikogo nie ma! – wyrywa się rzecznik G. Premier stuka się w czoło. Kamienna twarz.
W marynarce premiera rozlega się gdakanie. – To prezydent – premier odbiera telefon. Rozmawiają o Kiszczaku. Premier wciąż stuka się w czoło.
Rozejm. Uchylamy drzwi. Pan prezydent wchodzi do sali. A gdzie Kiszczak?! – Profesor N. wziął go na wspominki – uspokaja pan prezydent.
– Ponad połowa Polaków panu ufa. Po co ta kawalkada? – premier nie kryje oburzenia. – Kennedy też był popularny – pan prezydent kiwa głową.
Pan prezydent proponuje odkopanie tunelu łączącego Belweder z Kancelarią Premiera. – Niech pan kupi spódnicę. Taniej – premier jest zły.
Pan prezydent żali się, że wiele osób niespodziewanie zrezygnowało ze wspólnego lotu. – Tłumaczyli, że polecą samolotem rejsowym – wyjaśnia.
– W tej sytuacji Tupolew jest za duży – pan prezydent oddaje kluczyki do samolotu: – Wystarczy Embraer. Będzie taniej – przekonuje.
Premier zgadza się na Embraera, ale pod warunkiem, że pan prezydent pozbędzie się skutecznie Kiszczaka. Pan prezydent się zgadza.
Po chwili kawalkada aut wyjeżdża. Po Kiszczaku ani śladu. Przed drzwiami pozostały tylko tulipany. Premier każe wysłać je bezdomnym.
Pod bukietem mała dedykacja od Kiszczaka: „Przepraszam, że nie osobiście, ale właśnie się dowiedziałem, że wyjeżdżam służbowo do Rzymu”.
Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Komentarze: 2

