Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 37
Wysłane przez: admin w dniu: 20/09/2011
4.8.2011
Radosne słońce nad Polską. Znak, że premier w dobrym humorze, a sprawy kraju układają się pomyślnie. Szczęśliwy naród odpoczywa w kurortach. Znad Belwederu unosi się miarowe: szsz, szsz, szsz. Pani prezydentowa zamiata podjazd. Jutro premiera filmu „Rok Prezydenta”. Będą goście.
Pan prezydent kieruje sprzątaniem. Pokazuje małżonce najbardziej zakurzone zakamarki. Udany związek. Mogą być wzorem dla polskich rodzin. Pod Kancelarią błyskają niebieskie koguty. Policja. Spoglądam na zegarek. Delegacja z Czukotki ma być dopiero za trzy godziny. O co chodzi? Napotkany A. nie wie, skąd tyle policji pod Kancelarią. Czyżby kogoś poszukiwali? – pytam. A. przypomina sobie nagle, że miał kupić cygara.
Taksówkarz opowiadał mi kiedyś, że jak frank zdrożeje, powystrzela rząd. Sprawdzam kursy. O Boże, dlaczego nie powiadomiłem prokuratury! Zza pleców dziennikarzy mignęła twarz rzecznika. Uff! Co za ulga! Przecież zawsze w samym środku wakacji rzecznik przykuwa uwagę mediów. Rzecznik staje przed mikrofonem, nabiera oddechu i… znika. Wszystkie światła zostają natychmiast skierowane na schody. Zbliża się premier! Ja tylko po wodę – uśmiecha się z zaciekawieniem premier. Bierze plastikowy kubek, bulgot baniaka. Premier pije ze smakiem. Kamery filmują.
Czekamy w ciszy, aż premier zaspokoi pragnienie. Liczymy kolejne łyki wody. – Ależ dziś gorąco – mówi. Zachęceni również sięgamy po wodę. Rzecznik wraca do mikrofonu. Ujawnia, że kilka dni temu przekroczył dozwoloną prędkość. Szum niedowierzania na sali. Rzecznik kiwa głową. Rzecznik został zatrzymany przez policję.– Przyjąłem mandat – informuje. Teraz policjanci przyszli mu podziękować.– To niespotykane – mówią. To nie pierwszy mandat, który przyjąłem –mówi rzecznik. I pokazuje kamerom wcześniejsze: za zakłócanie ciszy nocnej, za zaśmiecanie parku… – U nas obowiązują najwyższe standardy – przypomina mediom premier. Policjanci wręczają rzecznikowi kopię mandatu oprawioną w ramki.
Rzecznik otoczony przez media. Cierpliwie zdradza szczegóły zajścia: – Nie zostałem rozpoznany przez policję. Tak, też mnie to zdziwiło. Premier zaprasza nas na krótką naradę. W sali jest nowy minister obrony. Żartujemy sobie rubasznie, że ocali nas przed narodową katastrofą.
Minister finansów wyjmuje na stół grubą teczkę. Premier marszczy brwi: – Proszę to natychmiast oddać na zwałkę. Premier gardzi biurokracją. Zamiast papieru i książek używamy wyłącznie zaawansowanych nośników danych. Dziś będziemy debatować o budżecie. Wyjmujemy kalkulatory.
Wpada minister spraw zagranicznych. Jest zdyszany: – Właśnie wróciłem z Afganistanu – mówi. Wręczamy mu kalkulator. Liczymy w skupieniu. Kalkulatory stukają miarowo. Cały czas wychodzą nam ujemne liczby. – Ten budżet jest jakiś abstrakcyjny – premier jest wyraźnie zniechęcony. Dla rozładowania atmosfery szef dyplomacji wręcza premierowi prezent od starszyzny z gór Pamiru: butelkę z dżinem. Szukamy kieliszków. Premier stuka się w czoło. Bierze butelkę z dżinem: – Natychmiast oddać to do domu starców – wydaje polecenie. Pani Bożenka protestuje.
Podobno starcy nie chcą już prezentów dla premiera. Ostatnio dostali automatyczną strzykawkę, która po otwarciu chlusnęła w oko atramentem. Rzecznik potrząsa głową z niedowierzaniem: – Już im się w głowie poprzewracało – komentuje. Butelkę z dżinem zwracamy więc do Afganistanu. Szef dyplomacji prowadzi na twitterze publiczną rozmowę z S. Media już od kilku dni pasjonują się wymianą opinii między osobistościami. S. chwali się opalenizną. Minister odpisuje: Ty Murzynie. Zwraca uwagę, że pisze „Murzyn” wielką literą.– Żeby nikogo nie urazić – zaznacza.
Za oknem rozlega się przeciągły gwizd. Spoglądamy po sobie. Po chwili słychać krótkie: – E! Czyżby to sam pan prezydent nas nawoływał? Rzeczywiście. Za oknem na chodniku stoi pan prezydent w otoczeniu pułku ochroniarzy. Zaprasza na pokaz filmu o swojej prezydenturze. Premier spogląda na ministra finansów. Minister monotonnie stuka w kalkulator. Premier zniechęcony: – Idziemy na pokaz – podejmuje decyzję. Pan prezydent jest dumny z filmu o sobie. Jest współscenarzystą. Jak mówi, ogląda ten film od kilku dni: – Warsztatowo bez zarzutu – ocenia.
Na dziedzińcu Belwederu zamiecione. Chwalimy panią prezydentową. Ale pan prezydent dostrzega kupkę liści: – Mówiłem, wyrzucić za parkan. W Belwederze profesor N. prowadzi nas do kotłowni. Tu jest sala kinowa. – Cieplutko, ciemno – pan prezydent lubi tu się czasem zaszyć. Pan prezydent kładzie się na zapiecku. Premier siada na ławie. Profesor N. uruchamia laptopa. Rozpoczyna się projekcja. Oglądamy reklamy. Pan prezydent mruczy z zapiecka. Oczekuje zachwytu. Na ekranie pojawia się jego uśmiechnięta twarz. I motto: „Ślepy los to sprawił…”
Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

