Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Dziennik "Znienacka"' Kategorie


Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 37

Wysłane przez: admin w dniu: 20/09/2011

4.8.2011
Radosne słońce nad Polską. Znak, że premier w dobrym humorze, a sprawy kraju układają się pomyślnie. Szczęśliwy naród odpoczywa w kurortach. Znad Belwederu unosi się miarowe: szsz, szsz, szsz. Pani prezydentowa zamiata podjazd. Jutro premiera filmu „Rok Prezydenta”. Będą goście.

Pan prezydent kieruje sprzątaniem. Pokazuje małżonce najbardziej zakurzone zakamarki. Udany związek. Mogą być wzorem dla polskich rodzin. Pod Kancelarią błyskają niebieskie koguty. Policja. Spoglądam na zegarek. Delegacja z Czukotki ma być dopiero za trzy godziny. O co chodzi? Napotkany A. nie wie, skąd tyle policji pod Kancelarią. Czyżby kogoś poszukiwali? – pytam. A. przypomina sobie nagle, że miał kupić cygara.

Taksówkarz opowiadał mi kiedyś, że jak frank zdrożeje, powystrzela rząd. Sprawdzam kursy. O Boże, dlaczego nie powiadomiłem prokuratury! Zza pleców dziennikarzy mignęła twarz rzecznika. Uff! Co za ulga! Przecież zawsze w samym środku wakacji rzecznik przykuwa uwagę mediów. Rzecznik staje przed mikrofonem, nabiera oddechu i… znika. Wszystkie światła zostają natychmiast skierowane na schody. Zbliża się premier! Ja tylko po wodę – uśmiecha się z zaciekawieniem premier. Bierze plastikowy kubek, bulgot baniaka. Premier pije ze smakiem. Kamery filmują.

Czekamy w ciszy, aż premier zaspokoi pragnienie. Liczymy kolejne łyki wody. – Ależ dziś gorąco – mówi. Zachęceni również sięgamy po wodę. Rzecznik wraca do mikrofonu. Ujawnia, że kilka dni temu przekroczył dozwoloną prędkość. Szum niedowierzania na sali. Rzecznik kiwa głową. Rzecznik został zatrzymany przez policję.– Przyjąłem mandat – informuje. Teraz policjanci przyszli mu podziękować.– To niespotykane – mówią. To nie pierwszy mandat, który przyjąłem –mówi rzecznik. I pokazuje kamerom wcześniejsze: za zakłócanie ciszy nocnej, za zaśmiecanie parku… – U nas obowiązują najwyższe standardy – przypomina mediom premier. Policjanci wręczają rzecznikowi kopię mandatu oprawioną w ramki.

Rzecznik otoczony przez media. Cierpliwie zdradza szczegóły zajścia: – Nie zostałem rozpoznany przez policję. Tak, też mnie to zdziwiło. Premier zaprasza nas na krótką naradę. W sali jest nowy minister obrony. Żartujemy sobie rubasznie, że ocali nas przed narodową katastrofą.

Minister finansów wyjmuje na stół grubą teczkę. Premier marszczy brwi: – Proszę to natychmiast oddać na zwałkę. Premier gardzi biurokracją. Zamiast papieru i książek używamy wyłącznie zaawansowanych nośników danych. Dziś będziemy debatować o budżecie. Wyjmujemy kalkulatory.

Wpada minister spraw zagranicznych. Jest zdyszany: – Właśnie wróciłem z Afganistanu – mówi. Wręczamy mu kalkulator. Liczymy w skupieniu. Kalkulatory stukają miarowo. Cały czas wychodzą nam ujemne liczby. – Ten budżet jest jakiś abstrakcyjny – premier jest wyraźnie zniechęcony. Dla rozładowania atmosfery szef dyplomacji wręcza premierowi prezent od starszyzny z gór Pamiru: butelkę z dżinem. Szukamy kieliszków. Premier stuka się w czoło. Bierze butelkę z dżinem: – Natychmiast oddać to do domu starców – wydaje polecenie. Pani Bożenka protestuje.

Podobno starcy nie chcą już prezentów dla premiera. Ostatnio dostali automatyczną strzykawkę, która po otwarciu chlusnęła w oko atramentem. Rzecznik potrząsa głową z niedowierzaniem: – Już im się w głowie poprzewracało – komentuje. Butelkę z dżinem zwracamy więc do Afganistanu. Szef dyplomacji prowadzi na twitterze publiczną rozmowę z S. Media już od kilku dni pasjonują się wymianą opinii między osobistościami. S. chwali się opalenizną. Minister odpisuje: Ty Murzynie. Zwraca uwagę, że pisze „Murzyn” wielką literą.– Żeby nikogo nie urazić – zaznacza.

Za oknem rozlega się przeciągły gwizd. Spoglądamy po sobie. Po chwili słychać krótkie: – E! Czyżby to sam pan prezydent nas nawoływał? Rzeczywiście. Za oknem na chodniku stoi pan prezydent w otoczeniu pułku ochroniarzy. Zaprasza na pokaz filmu o swojej prezydenturze. Premier spogląda na ministra finansów. Minister monotonnie stuka w kalkulator. Premier zniechęcony: – Idziemy na pokaz – podejmuje decyzję. Pan prezydent jest dumny z filmu o sobie. Jest współscenarzystą. Jak mówi, ogląda ten film od kilku dni: – Warsztatowo bez zarzutu – ocenia.

Na dziedzińcu Belwederu zamiecione. Chwalimy panią prezydentową. Ale pan prezydent dostrzega kupkę liści: – Mówiłem, wyrzucić za parkan. W Belwederze profesor N. prowadzi nas do kotłowni. Tu jest sala kinowa. – Cieplutko, ciemno – pan prezydent lubi tu się czasem zaszyć. Pan prezydent kładzie się na zapiecku. Premier siada na ławie. Profesor N. uruchamia laptopa. Rozpoczyna się projekcja. Oglądamy reklamy. Pan prezydent mruczy z zapiecka. Oczekuje zachwytu. Na ekranie pojawia się jego uśmiechnięta twarz. I motto: „Ślepy los to sprawił…”

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 36

Wysłane przez: admin w dniu: 20/09/2011

28.7.2011
To był ciężki tydzień. Premier codzień zamykał się w astrobazie i monitorował pogodę w kraju. Przyjmował meldunki o opadach i sile wiatru. Premier wydał polecenie wojewodom: żadnych powodzi i nawałnic. Udało się. Siła perswazji premiera okazała się silniejsza od kaprysów natury.

W kancelarii pracujemy bez wytchnienia. Żadnych urlopów. Ale i tak wszyscy są wdzięczni premierowi za deszczowe lato. Nie żal nam wakacji. Pod gabinetem premiera tragarze zwalają stosy opasłych akt. – Listy od narodu? – pytam pani Bożenki. – Nie, to listy wyborcze – odpowiada. Pani Bożenka opowiada, że wydzwaniają do niej kandydaci z całej Polski. Mówią o kredytach, rodzinie, o pasji, jaka jest służba publiczna. Wielu z nich wycięto – ścisza głos pani Bożenka. Premier nie ma pojęcia o tych niegodziwościach, ale cóż on może? Ma na głowie całą Europę.

Pojawia się marszałek Sejmu. Pani Bożenka milknie. Marszałek nie potrzebuje zapowiedzi, zna korytarze. – Gdzie premier? – pyta z daleka. Marszałek wchodzi do gabinetu. Pusto. Pani Bożenka wyjaśnia, że premier całą noc tłumaczył raport komisji Millera na rosyjski i angielski.

Marszałek wygląda przez okno. Na ulicy stoi dostawczak. Spod kół wystają nogi. – Jakieś znajome – uśmiecha się. Rozjechali nam premiera?!! Wycie pani Bożenki ściąga na piętro wszystkich urzędników. Kapitan Sztama skacze po trzy schody. Wiemy przecież, co się zdarzyło w Norwegii. Dopadamy dostawczaka. Zamachowiec wyskakuje z kabiny. Śmieje się nam w twarz. Silne uderzenie kolbą i przestępca traci wyszczerzone zęby. Boimy się zajrzeć pod auto. Nagle noga pod samochodem się poruszyła. Co za radość!: – Ma pan klucz, czwóreczkę? – to łagodny głos premiera. Premier sprawdzał właśnie warty pod kancelarią, gdy zobaczył zepsute auto i bezradnego kierowcę biegającego wokół. Postanowił interweniować.

Kapitan podaje premierowi klucz-czwóreczkę. Premier radośnie gwiżdże pod autem. Słychać jak coś odkręca. Praca pochłania go bez reszty. Plask! I kierowca ocucony. Minister zdrowia wypisuje mu skierowanie do protetyka.– Teraz będzie pan miał zęby jak sam premier – uspokaja. Premier gramoli się spod auta: – Gotowe! Sworzeń poszedł. Pomagamy premierowi otrzepać się z ulicznego kurzu. Premier poprawia marynarkę. Premier zdziwiony naszą obecnością. Patrzy na kierowcę: – Wydaje mi się, że wcześniej wyglądał pan inaczej. Kierowca uśmiecha się bezzębnie.

Wracamy do kancelarii. Premier żegna się z kierowcą. Kierowca mamrocze, że nigdy nie zapomni spotkania z premierem. Premier się cieszy. Kapitan Sztama wypisuje kierowcy mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu. Nie tolerujemy protekcji – za to jesteśmy podziwiani.

W gabinecie czeka na nas marszałek Sejmu. Bardzo dostojny. Siedzi w fotelu. – Coś taki rozwalony? – premierowi niestraszni żadni celebryci. Premier głodny. Wyjmuje patelnię z biurka. Zaprasza na śniadanie. Przeprasza marszałka. Na fotelu leży siatka z cebulą. Szybkie szatkowanie. Patelnia skwierczy, wysoki płomień. Premier radośnie podrzuca cebulę. Rozmawiamy o wyborach. Nie wszyscy chętni dostali się na listy. Premier rozkłada ręce: listy wyborcze nie są z gumy. Ale cieszy go ten szeroki pęd do służby publicznej. Ze wszystkich stron – podkreśla. Premier rozdziela posiłek na spodkach od filiżanek. Konsumujemy ze smakiem. – Takiej cebuli jeszcze nie jadłem – zachwyca się senator S.

Premier nie zamierza ingerować w kształt list wyborczych. Brzydzą go przepychanki personalne. – Partia proponuje, obywatele decydują – mówi. Omawiamy sprawę billboardów. Premier jest im niechętny. To kwestia ekologii. Stawiamy na nowoczesne, elektroniczne formy komunikacji.  Premier codziennie gości w domach polskich telewidzów. Inni mogą co najwyżej łypać zza okna – zwraca uwagę O. Demokracja bywa bezlitosna. Premier milknie. Przeszywa wzrokiem przestrzeń. Na ten widok odkładamy cebulę. – Gdzie jest minister obrony? – pada pytanie. Nie wiemy. Wszyscy próbują dodzwonić się do ministra obrony. Bezskutecznie. Minister nie reaguje na telefony, maile, esemesy. Nawet jego tablet milczy. Podobno minister obrony przeżył załamanie. Do jego stolika w krakowskiej kawiarni nikt nie chciał się przysiąść. Poza Świadkami Jehowy.

Zniecierpliwiony premier wzywa panią Bożenkę. Minister obrony jest na zwolnieniu. Premier ogląda dokument: – Sam je sobie wypisał. Premier informuje nas, że jutro poznamy raport komisji Millera. Jesteśmy zaskoczeni. Tak szybko? –Nie można zakłócać wyborów – mówi premier. Minister spraw wewnętrznych dopasowuje w tej chwili treść raportu do tłumaczenia na rosyjski i angielski. Jest bardzo skupiony, musi zdążyć. O. był dziś w MSWiA. Raportuje: Ministra rozprasza hałas. Zamknięto wszystkie okna, strażnicy tłuką komary. Minister aż spocony z wysiłku. A. pyta czy będą zmiany personalne. Premier nie wie, najpierw musi poznać treść raportu. – Ja go nie czytałem lecz tłumaczyłem – wyjaśnia.

Premier zamierza obejrzeć konferencję ministra spraw wewnętrznych w telewizji. Potem odda się, jak wszyscy, refleksjom i przemyśleniom. Doniosły nastrój przerywa O. Właśnie rozmawiał przez komórkę. Znalazł się minister obrony. Jest na lotnisku wojskowym w Mińsku Mazowieckim. Premier chce rozmawiać z ministrem obrony. Nie da się. Minister zamknął się w wirówce. – I co robi? – pyta premier. – Wiruje – odpowiada O.

Premier podejmuje decyzję. Natychmiast jedziemy na lotnisko. Na Okęciu embraer grzeje silniki. Lot do Mińska Mazowieckiego trwa kwadrans. Na płycie lotniska czeka generalicja. Trzymają tacę z chlebem i winem. Premier zdziwiony. Nie wiedzą jak się zachować, świeżo awansowani. Z oddali słychać szum wirówki. Żołnierze są pod wrażeniem wytrzymałości ministra. Nawet polski lotnik-kosmonauta zemdlałby z przeciążenia. Pod wirówką przyjmowane są zakłady. Ten kto obstawia utratę przytomności przez ministra, może wygrać pięciokrotną stawkę. Dajemy 10 złotych.

Generałowie nie mogą się nachwalić. Minister obrony to człowiek z gumy. Nic nie zdoła go powalić. Nawet dziesięciokrotne przeciążenie. Premier marszczy brwi: – Natychmiast wyłączyć to urządzenie. Żołnierze przylepiają się do iluminatora. Wirówka powoli zwalnia obroty. Drzwi się otwierają. Minister obrony przytomny. Wygląda jak zwykle. Wzrok spaniela, poskręcane włosy. Żołnierze wynoszą go na korytarz.

Z kieszeni ministra obrony wypada świstek papieru. Czytamy „Do końca życia byłem wierny premierowi”. Premier się uśmiecha, cóż za lojalność. Po chwili wzrok premiera znów jest poważny. – Gdy chodzi o sprawy kraju, nie kieruję się protekcją – mówi do ministra. Za to go podziwiamy.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 35

Wysłane przez: admin w dniu: 30/08/2011

21.7.2011
Czytałem właśnie pasjonujący artykuł o walkach bezkręgowców, gdy zadzwonił domofon. Spuszczam wodę, gaszę cygaro, biegnę do drzwi. Wchodzi kanclerz A. Mamy trudną sytuację w telewizji. Szefowa anteny dostała palpitacji. Zapraszam kanclerza do środka. O co chodzi? Telewizja nie zdążyła sfilmować spotkania pana prezydenta z przedstawicielem Republiki Mołdowy. Trzeba było więc powtórzyć to spotkanie.

Szefowa anteny chciała osobiście nadzorować nagranie w Belwederze, ale spaniel pana prezydenta zaczął na nią warczeć. Wystraszyła się. W korytarzach telewizji od razu rozeszły się plotki, że szefowa anteny wpadła w niełaskę spaniela pana prezydenta. Zaczęto ją ignorować. Naradzamy się co zrobić. Nie możemy ingerować w politykę personalną telewizji. Premier nigdy by nam nie wybaczył takiego nadużycia władzy.

Kanclerz A. wyjmuje z kieszeni ramówkę telewizji na wrzesień. Pochylamy się. Bezskutecznie. Jest tylko jedna rada: trzeba z tym do premiera. Pędzimy do Kancelarii. Z każdego kąta uśmiecha się chytrze złośliwy kurdupel. Patrzymy mu w twarz. Ale on tchórzliwie unika naszego wzroku. Wkrótce w całym kraju zawisną radosne plakaty z informacją: Premier jest tylko jeden. Przed wyborami ludzie powinni czuć się bezpiecznie.

Pod siedzibą MSZ na Szucha zamieszanie. Tłumy rozpaczających pań w fartuchach. Wszędzie porozstawiane kamery. Zatrzymujemy się na chwilę. Szef dyplomacji ogłasza zwolnienia w ministerstwie. Panie w fartuchach nie chcą się rozstawać. Jak one uwielbiają naszego ministra – myślę. Minister zwolnił wszystkie kucharki. Cóż, od tej pory będzie musiał stołować się na mieście. Niech Polacy zobaczą, że rząd też zaciska pasa. Szef dyplomacji uspokaja zwolnione kucharki: – Oszczędności na waszych etatach pójdą na budowę stadionów. Łzy kobiet nabierają słońca.

Wchodzimy do Kancelarii. Napięcie. Świat oczekuje decyzji premiera w sprawie bankructwa Grecji. W kantorze na dole sprzedajemy euro. Minister gospodarki ma telefon rozgrzany do czerwoności. Tłumaczy, że premiera nie ma w Brukseli, bo sprawy kraju są dla niego najważniejsze. Premier ma na głowie całą Europę. Pani Merkel i pan Sarkozy rozumieją to, dlatego nie zaprzątają głowy premiera kwestią bankructwa Grecji.

Premier zaprasza do gabinetu. Jest zapracowany. Wokół niego grono doradców. Jest też pan Wincenty – minister finansów. Skromnie z boku. Premier przelicza kwoty w programie „Rodzina na swoim”: – Tu się nic nie zgadza! Co to za propaganda?! – premier jest wyczulony na fałsz. Premier nanosi niezbędne poprawki. Kanclerz A., podkłada premierowi ramówkę telewizji na wrzesień. Premier nanosi niezbędne poprawki. Urzędnicy w popłochu zabierają papiery. Pan Wincenty próbuje dojść do głosu, ale A. znów jest szybszy. Referuje sytuację w telewizji.

Premier zna sprawę. S. dzwonił z Belwederu. Spaniel pana prezydenta wyszedł przed szereg. – Psina chce być ważna – śmieje się pan prezydent. Kwalifikacje szefowej anteny nie budzą zastrzeżeń. Podziwiamy jej wrażliwość na wszelkie krytyczne uwagi. Widać, że dąży do perfekcjonizmu. – Telewizja jest ponadpartyjna. Tak jak rząd i prezydent służy całemu narodowi. Dlatego nasza współpraca musi być owocna – wyjaśnia premier. Wchodzi O. Jest podekscytowany. Wczoraj wygrał kolację z posłanką Kiępą. Wiemy, że O. uwielbia konkursy. Ciągle wygrywa coś atrakcyjnego.

O. wraz z kilkoma wybrańcami losu oglądał, jak posłanka Kiępa spożywa kolację z mężem. – Jedli placki ziemniaczane – opowiada z wypiekami. O. proponuje podobny konkurs. – Nagroda? – szuka w kalendarzu właściwej wygranej. – O, proszę… Wizyta z premierem na terenach zalanych. Rzucamy inne propozycje: najlepszy wyborca jako pierwszy przejedzie się autostradą A2 do Warszawy, a jego żona pozna zakamarki astrobazy. Premier stuka się w czoło. – Nie będziemy rozdzielać małżeństw, nagroda ma być dla całej rodziny. O. proponuje ślub. Stworzymy nową rodzinę.

Ślub z premierem? Co za hit! – cieszymy się. Wyobrażamy sobie te tłumy kandydatek. Zaloty, zrękowiny. Po wyborach wszystko odwołamy. Premier marszczy brwi. O. natychmiast prostuje: – Nie ślub z premierem, lecz wizyta premiera na ślubie zwycięzcy. Brwi premiera łagodnieją. Premier przymyka oczy. Milkniemy, aby nie przeszkadzać w odpoczynku. Ale przecież premier nie odpoczywa. Wciąż myśli. Co tym razem obwieści?

– Wizyta na ślubie to za mało. Musi być przesłanie dla wszystkich – ogłasza premier. Dobrze wiemy, jak nie lubi eksponowania własnej osoby. Premier rzuca okiem na papiery na biurku: – O, „Rodzina na swoim”. Wręczę klucze do mieszkania młodej parze – postanawia. Jest taki ciepły. Premier nie odwleka swoich decyzji. Jeszcze dziś mamy znaleźć młodą parę i mieszkanie. Kanclerz A. dzwoni do telewizji. Niech się wykażą.

Premier myśli. Minister finansów korzysta z okazji i podchodzi z teczką w ręku – Panie Wincenty, nie teraz – premier nie lubi natarczywości. Dzwonią z telewizji. Mają dla nas mieszkanie i młodą parę. Niech tylko premier przyjedzie. Wszystko sfilmują. Oto profesjonalna współpraca. Blok jest na Białołęce. To dobrze, nie chcieliśmy wypasionego apartamentowca. Premier czuje się najlepiej wśród zwierząt i zwykłych ludzi.

Po południu docieramy na ulicę Śpiewu Skowronka. Wokół pastwisko. Premier wkłada kalosze. Tu w trawie po pas wpada w krzyżowy ogień kamer. Premier poprawia marynarkę. – Gdzie młodzi? – pyta z uśmiechem. Dozorca na budowie pokazuje blok. Kamery kręcą. Uśmiechamy się zalotnie. Na ósmym piętrze tłum. Między reporterami mignęła nam młoda para. Premier otwiera drzwi. Przenosi pannę młodą przez próg mieszkania. Cięcie. Młoda para dziękuje premierowi. Premier osobiście sprawdza usterki. Na wszelki wypadek kapitan Sztama blokuje wyjście na balkon.

Scena numer trzy. Premier z panem młodym poprawiają glazurę w łazience. Premier ociera pot z czoła. Fajrant. Wspólnie otwierają mielonkę. Premier wychodzi na klatkę schodową. Zwyczajowo ogląda schody. Zauważa, że prowadzą donikąd. – Blok jeszcze nieukończony – wyjaśnia dozorca. – Jak będzie przeciekać, wiecie już do kogo zadzwonić – premier wręcza młodej parze swoją wizytówkę. Śmiech. Kanonada fleszy kończy wizytę.

Wychodzimy. Szefowa anteny jest zachwycona. Prosi o jeszcze jedno ujęcie na koniec. – To pójdzie dziś jako główna wiadomość – zapewnia. Ostatnie ujęcie. Młoda para spaceruje z wózkiem po osiedlu. Dołącza premier. Kupuje dla wszystkich lody. Czegóż nam więcej trzeba?

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 33

Wysłane przez: admin w dniu: 31/07/2011

16.6.2011
Czwarta rano. Zasiadam do porannej kawy. Dziś smak kajmakowy. Przypalam cygaro, zabieram się za lekturę partyjnej prasy. Cóż za przyjemność.
Rzut oka na tytuły: „Europa drży w posadach” – o polskiej prezydencji. „Premier bliski odkrycia perpetuum mobile” – o wizycie w rafinerii.
„Premier tyra” – ta myśl uderza wielkimi literami jak w dzwon. Lekturę przerywa O. Premier nie zdąży na naradę. No tak, dziś gra mecz.

Premier wraca zdyszany ale rześki. Śmigał po boisku niczym huragan. Wbił przeciwnikowi czternaście goli. Bramkarz nie śmiał stawiać oporu.
Pierwszy raz zagrał minister Ba. A była posłanka Jednej Polski zadebiutowała jako cheerleaderka. Cieszymy się. Nasza drużyna rośnie w siłę.
Od czasu gdy premier ogłosił, że nasza partia jest otwarta na każdego, mamy bardzo dużo nowych zgłoszeń. Podobno dzwonił nawet sam Jaruzel.
Premier wyjaśnia, że z przyjmowaniem Jaruzela do partii śpieszyć się nie należy. – Zbyt wiekowy, nie nadaje się na napastnika – tłumaczy.

A kampania „Ludzie Dobrej Roboty Pozdrawiają Swojego Lidera” wre. Premier był wczoraj pozdrawiany przez nowe zakłady Ikei na Podlasiu.
Nowe zakłady meblarskie mają imponujący przerób drewna. Co miesiąc będą w stanie wchłonąć drzewostan jednego województwa. Cóż za rozmach.
– Ale Puszczę Białowieską nam oszczędzicie? Ho, ho, ho – premier ma łatwość formułowania dowcipnych komentarzy. Śmiejemy się serdecznie.
Oglądamy w gabinecie nową meblościankę. Premier sam ją zaprojektował. Będzie hitem nowych zakładów Ikei. Ma nosić nazwę „Premier”.

Premier ma duszę estety. W latach 70., jako młokos, czesał czołowe prezenterki telewizyjne. – Tak, tak – wspomina, prezentując meblościankę.
Meblościanka robi wrażenie. Drewno na wysoki połysk, premier przewidział na półkach dużo miejsca na kryształy i inne trofea. Natura zdobywcy.
Premier montował mebel przez całą noc. Delektujemy się wirtuozerią wykonania. Premier pozwala dotknąć, częstuje krówkami. Chwila błogości.
Nagle przeraźliwy kwik przeszył ciszę nad Łazienkami. Pan prezydent rozpoczął świniobicie. No tak, dziś wizyta pani prezydent Szwajcarii.
Zamykamy okna. Kwik i ujadanie psów uniemożliwiają konwersację. Premier poirytowany interweniuje. Telefon pana prezydenta długo nie odbiera.
Jest łączność. Pan prezydent tłumaczy, że najadł się wczoraj rzodkiewek. Ale źle trawi zieleninę.– Czy ja osioł jestem?– pyta pan prezydent.

Pan prezydent nie może dłużej rozmawiać, bo zwierzę wierzga, a w takiej sytuacji łatwo się skaleczyć. Zaprasza premiera na świeżą kaszankę.
Premier zakłada spodnie. Koniec z piłkarskim luzem. Przed nami odczyt na Kongresie Producentów Tłuszczu. Premier będzie tam gwiazdą.
Dzwoni szef dyplomacji. Wyjechał z Egiptu, teraz jest w Tunezji. Opowiada, że plaże są zatłoczone, wręcz trudno było znaleźć ustronny leżak.
Minister podpisał umowę o wymianie turystycznej z Egiptem. W planach jest kolejna – z Afganistanem. – Widoki zabijają tam urodą – zachwala.
Z ministrem przylecą uchodźcy z Afryki. ­– Nauczą się u nas budowy autostrad i wrócą do siebie, zmieniać swój kraj – tłumaczy minister.

Premier chwali ministra. Ale prosi, by nie przesadzać z liczbą budowniczych. Mogą tęsknić za ojczyzną, autostrady to program na długie lata.
Przebijamy się przez Pragę. Wkrótce dzielnica będzie nieprzejezdna. Korki ustąpią miejsca budowie metra. – Ludzie odetchną – cieszymy się.
W radiu informacja o wzroście cen mięsa. Premier gwałtownie naciska hamulec (jak zwykle sam prowadzi). Nasłuchuje. Czy podrożeje mielonka?

Idziemy do najbliższego spożywczaka. Naród z podziwem patrzy na interweniującego premiera. – Takiego premiera nam trzeba – słychać głosy.
Premier bierze koszyk. Ogląda ceny, marszczy brwi. Nakazuje wezwać kierownika. Kierownik nie przychodzi. Zemdlał właśnie na zapleczu.
Interweniuje minister zdrowia. Biegnie miedzy półkami z dwoma defibrylatorami w rękach. Na ten widok kierownik od razu wstaje na równe nogi.
– Słyszę tu narzekania klientów na jakość podrobów – zagaja premier. Chwila degustacji. – Ta pasztetowa jest zzieleniała – pluje na podłogę.
Kierownik wije się ze strachu.– Nie spodziewał się nalotu cwaniaczek – komentuje rzecznik. Klienci zadowoleni. Premier daje znak ręką. Cisza.
– Nie można oszukiwać – naucza premier. Kierownik natychmiast dopisuje obok ceny informację, że pasztetowa jest zzieleniała. Bijemy brawo.
Klienci rzucają się na pasztetową. Degustował ją przecież sam premier. Każdy chce kawałek. Opuszczamy sklep. Kierownik otwiera nam drzwi.

Minister sportu ma złe wieści. Wykryto drobne niedoróbki na stadionie Lecha w Poznaniu. Konstrukcja ze styropianu nie wytrzymuje obciążenia.
Premier ma radę: – Styropian nie jest trwały. Żeby dobrze przylegał, trzeba go najpierw do czegoś przymocować. Minister sportu notuje uwagi.
Docieramy na Kongres Producentów Tłuszczu. Przybyły najważniejsze osobistości z branży. Prezesi, członkowie zarządów. Wszyscy obtłuszczeni.

Widownia klęczy już w komplecie. Dla premiera jest fotel. Zapowiedział, że nie będzie przed nikim klęczał. Premier nie rzuca słów na wiatr.
Premier wygłasza błyskotliwe przemówienie. Apeluje, aby zwiększyć zawartość tłuszczu w kiełbasie. – Mamy przecież rok wyborczy – przypomina.
Na koniec premier rzuca do widowni pytanie: – Komu nie jest fajnie, niech wstanie… Nikt nie wstaje. – No to fajnie – uśmiecha się premier.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | 1 Komentarz

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 32

Wysłane przez: admin w dniu: 31/07/2011

9.6.2011
Pracowaliśmy z premierem cztery dni i noce. – Nie da rady, we czwórkę nie zdążymy – orzekł w końcu premier. Autostrada wciąż nieukończona.
Ostatniej nocy premier wskazał palcem niebo: – O ten, tam z lewej, to Mars. Podbój kosmosu jest do dziś wielkim marzeniem premiera.
Premier chciałby dokonać czegoś naprawdę wielkiego. Autostrady to mogło być wyzwanie w średniowieczu. Każdy potrafi lać asfalt na trawę.
Zamówiony przez premiera raport Ministerstwa Sportu nie pozostawił na szczęście wątpliwości: idziemy do Euro jak burza. Odetchnęliśmy z ulgą.

Spotykamy premiera na molo w Sopocie. Biała marynarka, takież spodnie. Zafrasowane oblicze. Dalekie spojrzenie w morze. Kontemplacja.
Premier stąpa po deskach pomostu. Ulubiony grajek robi tło muzyczne: „Naprawdę jaki jesteś, nie wie nikt…”. BOR pilnuje spokoju premiera.
Za chwilę konferencja prasowa. Dziennikarze zbierają się na plaży. Spodziewamy się niewygodnych pytań. Taka jest cena wolności słowa.
Pierwsze pytanie. I od razu cios:– Panie premierze, czy nie brak panu morza? W oczach premiera ból. Przecież wiemy, jak tęskni za motorówką.
Kolejne pytanie o autostradę. Ile można? Premier błyskawicznie ripostuje: – Pani jest niestosownie ubrana – mówi. – Nie jest pani na plaży.
Premier wyjaśnia, że nie będzie żadnych dymisji w rządzie. – Wszystkim kieruję osobiście – uspokaja. Premier nie boi się odpowiedzialności.
Bywali ministrowie, którzy chcieli odciążyć premiera. Premier im bardzo podziękował, bo nie chce się nikim wyręczać. Sam niesie swój krzyż.

Premiera niepokoi termin wyborów. – To w samym środku przygotowań do mistrzostw – wyjaśnia. Wolałby być rozliczany po ostatnim meczu.
Koniec konferencji. Premier wyjmuje z kieszeni marynarki woreczek z okruszkami. Karmi mewy. Wdzięczne ptactwo nadlatuje całą chmarą.
Redaktor Krasiek, ekscentryczna gwiazda mediów, łapie w usta okruszki rzucane przez premiera. Widocznie chce zwrócić na siebie uwagę.
Redaktor przyniósł swój bestseller. – To reportaż z kluczem – zachwala. Na okładce redaktor w śmiesznej czapce i tytuł: „Śladami premiera”.
Premier kartkuje książkę. Redaktor zachęca premiera do udziału w najnowszym telewizyjnym show podróżniczym: „Tam, gdzie wschodzi słońce”.
Telewizja kupiła już filmy promocyjne kurortów z całego świata. Chodzi o to, żeby premier wziął na siebie rolę narratora podróżnika.

Wszystkie telewizje biją się o premiera. Ale premier zawsze odmawia. Nie zależy mu na popularności. Redaktor Krasiek odchodzi niepocieszony.
Rano Sopot, po południu Warszawa. Nie każdy wytrzymałby te ciągłe podróże rozklekotanym helikopterem. Ale premier nigdy nie narzeka.

Czekamy na naradę. Premier ma spotkanie z astrologiem. – Wielcy ludzie szukają porady gwiazd, jak Napoleon Bonaparte – notuje senator S.
Pani Bożenka przejęzyczyła się. To nie astrolog lecz gastrolog: – Premier najadł się wczoraj ogórków. Minister zdrowia zaleciła badania.
Czegoś mi brakuje. Było przemeblowanie? Nie, paprotki stoją tam, gdzie stały. Popielniczki też. Ach tak. Poseł W. Wynieśli go strażnicy.
– Co to było – pani Bożenka załamuje ręce. Poseł W. nazwał kapitana Sztamę homoseksualistą. Kapitan – co zrozumiałe – nie zniósł zniewagi.
Wychodzi gastrolog. Jest pod wrażeniem. Premier sam zrobił sobie gastroskopię i postawił diagnozę. – Cudowny pacjent – rozczula się lekarz.

Zastajemy premiera w towarzystwie polskiego lotnika kosmonauty. Obaj pochyleni nad mapą Księżyca. Premier w szykownym srebrnym garniturze.
Lotnik kosmonauta snuje pasjonującą gawędę o trudach lotu w kosmos. Opowiada o kosmodromie Bajkonur. Premier wnikliwie słucha. Analizuje.
Kiedyś rakieta nie wystartowała, bo ściągnięto z jej baku alkohol. Ileż było radości. Pomysłowość radzieckich kosmonautów jest przysłowiowa.
Premier ma omówić program rządu na kolejną kadencję. Jak przyćmić autostrady i stadiony? Wierzymy w premiera. Jego fantazja nie ma granic.

Zasiadamy do obrad. Premier wali pięścią w stół. Na ten znak kelnerzy dyskretnie wnoszą kieliszki. Migają butelki „Sowieckowo igristowo”.
Jesteśmy wielkim narodem, który zasługuje na wielkie marzenia – wznosi toast premier. Sieć autostrad to cel dla ludzi o małych horyzontach.
Premier ogłasza początek polskiego programu kosmicznego: – Niech Polacy uwierzą, że są w stanie tego dokonać! Mamy na to aż cztery lata!
Rozpala nas entuzjazm. Posiedzenie rządu na orbicie. Cały świat patrzy na premiera. Czujemy już stan nieważkości. A może to ten szampan?…
Premier śmieje się życzliwie. – Załogę do lotu kosmicznego starannie wyselekcjonujemy spośród rozsianych po całym kraju astrobaz – wyjaśnia.

Premier daje znak ręką. Zapada cisza. Na stole leży tajemniczy przedmiot zasłonięty suknem. Premier sprawnym ruchem ręki zdejmuje zasłonę.
Premier pokazuje nam kostkę Rubika. Kostka migoce na wszystkie strony. To łazik marsjański. Jesteśmy trochę rozczarowani wymiarami pojazdu.
Wewnątrz kostki jest nadajnik z przesłaniem premiera dla obcych cywilizacji. To przesłanie miłości. Premier nagrał je w sześciu językach.
Pan prezydent, który oglądał „Wojnę światów”, bardzo nalegał na pokojowy ton przesłania. – A bo to wiadomo… – powiedział pan prezydent.
Przyglądamy się kostce z bliska. Wkrótce, na niegościnnej dotąd powierzchni Czerwonej Planety, rozbrzmiewać będzie serdeczny głos premiera.

Z zadumy wyrywa nas minister finansów. Zadaje niefortunne pytanie o środki na program kosmiczny. Premier ma wizję, a ten znów o kasie.
Premier uderza pięścią w stół. Ministrowi finansów rozsypuje się budżet na przyszły rok. – No! Zabiłem tego komara – premier ogląda dłoń.
Premier bierze kosmiczną kostkę do ręki: – Pierwszy krok w stronę lotu na Marsa, mamy już za sobą. Teraz czas przekonać do tego Polaków.
Koniec posiedzenia. W telewizji mecz. Zawodnicy mają parcie na sukces. Premier trzyma kciuki. Na Euro czeka nas prawdziwa piłkarska uczta.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 31

Wysłane przez: admin w dniu: 29/07/2011

2.6.2011
Od trzeciej w nocy pracujemy z premierem na Stadionie Narodowym. Tylko osobiste wykonawstwo zapobiegnie fuszerce.
Minister kultury obsługuje betoniarkę. Razem z O. dźwigamy taczki. Rzecznik taszczy worki z cementem. Robotnicy patrzą i się uczą.
Premier szpachluje. Twarz skupiona. Co za precyzja. – Oj, chciałabym takiego fachowca do swojej łazienki – rozczula się pani Bożenka.
Musimy zdążyć na czas. Po ostatniej ulewie przecieka trybuna, a boisko zamieniło się w grzęzawisko. Pogoda, niestety, lubi płatać figle.

Ręce nas bolą. Wczoraj cały dzień premier poświęcił dzieciom. Non stop podrzucaliśmy baloniki. Premier bardzo kocha dzieci.
Był też festyn w Belwederze. Pan prezydent pokazywał przedszkolakom jak fachowo oprawić żubra. Dzieci miały naprawdę dużo radości.
– Jaki to jest tynk? – pada fundamentalne pytanie premiera. Robotnicy się trzęsą. – Cementowo-wapienny – premier podkreśla palcem.
– Przed zagruntowaniem tynk należy pozbawić ubytków. Do tego służy blichówka – dla premiera murarka nie ma tajemnic.
Robotnicy nieudolnie gruntują. Premier obsztorcowuje: – Szlifuj, szlifuj, bo znów będzie ciekło – premier macza palec w gładzi.

Musimy wracać. Przed nami wizyta we wzorcowej szkole w Konstancinie. Fundatorzy bardzo nalegali. Czego się nie robi dla dzieci.
Schodzimy do aut. Premier wciąż nie może oderwać się od murarki. – Gładziuj, gładziuj z lewej – słyszymy za plecami jego głos.
Premier będzie kolejną gwiazdą konstańcińskiej szkoły. Przed nim występowali tu już uczestnicy „Idola” oraz „Faktów po faktach”.
Wieziemy ze sobą pluszowe figurki w kształcie premiera. Cudowna rzecz. Wiemy, że niektóre dzieci boją się same spać.

Przed szkołą trudno zaparkować. Uczniowie zastawili autami cały parking. Stajemy na środku ulicy. Przecież nie będziemy tu długo.
Dołącza szef dyplomacji: – Mamy w Polsce niezawisłe sądy – mówi. Natychmiast interweniujemy u ministra sprawiedliwości.
Szef dyplomacji powstrzymuje nas. Chodzi mu o uniewinnienie naszych żołnierzy. Aha, skoro to oczekiwany wyrok, to nie interweniujemy.
Dyrektor czeka w drzwiach. Są też liczni rodzice. Od razu otaczają premiera. W dobie kryzysu trzeba odświeżać znajomości.
Rodzice pytają o przetargi, prywatyzacje. Premier ma tylko jedną odpowiedź: – Po wyborach! Po wyborach! Premier nie lubi niczego obiecywać.

Zwiedzamy szkołę. To nowoczesna placówka. Posiada trzy astrobazy, galerię handlową oraz lądowisko dla helikopterów.
Dyrektor rozkłada ręce: – Wszystko na nic, dzieci utraciły wiarę. Premier zakłopotany. Nie wiedział, że ma wykładać religię.
Szkolny stadion. Podziwiamy rozsuwany dach. Premier pociera dłonią o ścianę: – Równo wyszpachlowana – nie kryje uznania.
Na trybunach uczniowie. Premier radośnie wbiega na murawę. Macha rękami. Nie słychać burzliwej owacji. Pewnie zagłuszyły ją sztuczne ognie.
Dyrektor szkoły przedstawia uczniom premiera. – W panu cała nadzieja – mówi premierowi do ucha. Rodzice klaszczą z całych sił.

Premier zaczyna z rozmachem. Mówi o tym, że bez pracy nie ma kołaczy, a kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Słuchamy jak urzeczeni. Cisza.
Rozdajemy uczniom pluszowe figurki premiera. Kątem oka widzę, że ruda dziewczynka wbija w figurkę szpilki. Cóż za rozbestwione bachory.
Premier żongluje tematami, chce zaspokoić naturalną żądzę wiedzy u dzieci. Opowiada właśnie o seansie spirytystycznym na wczasach.
– Byłem medium. Nie wiem z kim się połączyłem w zaświatach. Nie pamiętam. Ale podobno wesoło śpiewałem po czesku – snuje opowieść premier.
Dzieci mają teraz zgadnąć z kim połączył się premier. Szukają w tabletach odpowiedzi. Ktoś krzyczy triumfalnie: Karel Gott!

Premier zmienia temat. – To będzie gwóźdź programu – zapowiada. Niestety, opowieści o wyczynach na boisku nie robią spodziewanego wrażenia.
Premier chwilę się zastanawia. Prosi ministra finansów o teczkę. Wyjmuje z niej plik papierów. Ożywienie na trybunach! Wreszcie!
– Od dziś zamiast szóstek, nauczyciele będą wam wręczać akcje – mówi premier. Dzieci się cieszą. Mają wreszcie jakiś powód do nauki.
Dyrektor szkoły poświadcza odbiór akcji. Minister też zadowolony. Dzwoni do prezesa BGŻ: – Udało się znaleźć inwestorów – mówi dyskretnie.
Na pożegnanie uczniowie wręczają nam ipady. Premier dostaje dodatkowo grę „Wiedźmin 2”. Prezenty oddamy oczywiście do domu starców.

Dzień premiera nigdy się nie kończy. W południe jesteśmy już we Włocławku. Premier dokonuje inspekcji nowego kombinatu petrochemicznego.
Premier zwyczajowym gestem nabiera łyk ropy naftowej. Rozprowadza po kubkach smakowych. – Ruska, zasiarczona – pluje. Trafił! Wielkie brawa!
Premier sprawdza recepturę. Nanosi poprawki. – Rozpiera mnie duma. Wkrótce będziemy potęgą w produkcji kwasu tereftalowego – podkreśla.
Przed uruchomieniem produkcji, premier zwyczajowo chrzci ropę. – Aby pokonać konkurencję, trzeba produkować tanio – zaznacza.

Wracamy do Warszawy. Kwitną sady, śmigają dostawczaki wypchane po dach ludźmi. Podziwiamy ten pęd do pracy. Oj tak. Gonimy świat.
Razem śpiewamy piosenkę z wczorajszego festynu: „Na majówkę, na majówkę, wraz z premierem na szkolną wędrówkę”. Jest miło. Jak na wczasach.
Na polu obok stara szkapa. Spieramy się o naturę modernizacji. – Takie dziadostwo to atrakcja turystyczna – przekonuje O.
Mijamy chłopa z workiem kartofli. Dochodzimy do wniosku, że wszystko należy pozostawić niewidzialnej ręce rynku.

Wjeżdżamy do wsi. Podziwiamy drewniane chałupy. Przy krawężniku siedzą dzieci. Tłuką na drodze butelki po piwie.
Premierowi jest żal dzieci. Chce im wręczyć pluszaki. Wyskakujemy z aut. Dzieci rozbiegają się po rynku, obrzucając nas inwektywami.
Premier udaje się w pościg. Łapie najbardziej krewkiego smarkacza. Wyprowadza go z krzaków za ucho. Smarkacz cały czas ubliża władzy.
Premier zapytuje smarkacza, czemu zbija butelki: – Mógłbyś zanieść je do skupu. Rodzice mieliby zarobek – naucza premier.
Smarkacz pluje złośliwie na chodnik. – Zliż to! – kapitan Sztama nie wytrzymuje nerwowo. Premier uspokaja. Nie tędy droga.

Premier wręcza dziecku pluszową figurkę. Uwolniony smarkacz natychmiast znika w krzakach. Po chwili słyszymy, jak znów ubliża.
– Walczy o swoje. Tacy jak on będą kiedyś rządzić Polską. Ja też kiedyś byłem urwisem – premier głęboko wierzy w młode pokolenie.
Premier, najwyraźniej wiedziony jakimś nadludzkim instynktem, wyczuwa, że w tej wsi ludziom wciąż nie jest lepiej. Postanawia interweniować.
Premier podejrzewa wręcz, że niektórych ludzi może być nie stać na dostatnie życie. Czy to możliwe? Idziemy sprawdzić na targowisko.
Na nasz widok targowisko milknie. Ludzie nie chcą uronić ani słowa. Premier zaczyna swojsko: – Po czemu te truskaweczki?
Zaczyna się licytacja. Każdy jest gotów sprzedać taniej, byleby premier kupił od niego. – Ludzie na wsi są najlepsi w marketingu – ocenia O.
Premier całuje w dłoń sprzedawczynię pomidorów: – Widzę, gorąco, guziczki niedopięte – premier wie, jak elegancko podejść do kobiety.
Twarz sprzedawczyni okrywa się rumieńcem. Sprzedaje premierowi wszystkie pomidory za pół ceny. Pozostali idą w jej ślady.

Wyjeżdżamy zadowoleni. Wykupiliśmy za pół ceny całe targowisko. Wieś zarobiła. Koszt wyżywienia rządu spadł. Cały naród oszczędził.
W samochodzie premier odbiera telefon. Złe wieści. Po ostatniej ulewie rozpuścił się asfalt na budowanej przez Chińczyków autostradzie A2.
To już nie są żarty. Premier grozi Chińczykom: – Ja im dam! – mówi. – Zbudujemy ją sami – postanawia. Przed nami kolejna nieprzespana noc.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 30

Wysłane przez: admin w dniu: 29/07/2011

26.05.2011
Pod Kancelarią panowie z pędzlami łatają niedostatki kolorystyczne trawnika. Och, czuć powiew wielkiego świata. Przybywa prezydent Obama.
W korytarzu siedzi poseł W. Wciąż czeka na dziesięciominutowe spotkanie z premierem. Klepię go w plecy. Niech i on poczuje radosny nastrój.

Pochylam się do pani Bożenki. Komentujemy zarost posła W.:– Niech pan patrzy, broda urosła mu do pasa. I taki niechluj pcha się do premiera.
Zaglądam do premiera. Kiwa ręką, wchodzę. Na ten widok poseł W. daje oznaki życia. Pani Bożenka zdejmuje buta. Schodzę z linii strzału.

Premier przy komputerze. Skupiony. Ogłasza na facebooku rozporządzenia. Nowa polityka informacyjna! Dzienniki Ustaw to dziś przeżytek.
Premier ma na facebooku tysiące znajomych. Połowa to obcokrajowcy, nawet nie znają polskiego. W epoce internetu popularność nie ma granic.
Z refleksji nad fenomenem premiera wyrywa nas rąbnięcie w biurko: – Sacre bleu! – oj, to coś złego. Premier nieczęsto klnie po francusku.

O. podbiega do premiera. Premier wali w klawiaturę. No tak, padła sieć. Kapitan Sztama ściąga kilometry billingów od operatorów komórkowych.
Premier łagodnieje. Chodzi o bezpieczeństwo kraju. Kapitan Sztama testuje chiński system wychwytywania brzydkich wyrazów w esemesach.
System nie był tani. Kosztował więcej niż niejeden stadion. Ale spokojny sen obywateli jest dla premiera ważniejszy nawet od piłki nożnej.

Jest też inny powód pobłażliwości wobec kapitana Sztamy. Dziś kapitan zostanie odznaczony przez pana prezydenta za zasługi dla obronności.
Z korytarza dobiegają skoczne rytmy góralskiej kapeli. Kapitan Sztama bardzo kocha Tatry. Kiedyś był kustoszem muzeum w Poroninie.
Kapitan Sztama gotowy. W mundurze strzelca podhalańskiego wygląda niepozornie. Tylko okulary lustrzanki zdradzają wybitnego funkcjonariusza.
Odgłos rogu na dziedzińcu Belwederu oznajmia, że pan prezydent wrócił już z przechadzki po Łazienkach. Wyprowadzał pieski na spacer.
Przed pałacem prężą piersi wytypowani do odznaczenia. Wszyscy w białych fartuchach i ciemnych okularach. Kapitan staje na końcu szeregu.

Pan prezydent przemawia: – Wszyscy pamiętamy czasy, gdy za drzwiami naszego mieszkania czaił się strach… Generał D. smutno potakuje głową.
– Ale dziś każdy obywatel może mieć pewność, że jeśli ktoś zapuka o szóstej rano, to będzie to mleczarz…– bijemy brawa na cześć mleczarzy.
– W pustej butelce po mleku łatwo lęgną się zarazki – pan prezydent zawiesza głos. – Zadaniem mleczarza jest nie dopuścić do epidemii!
– Gdyby każdy wystawiał przed drzwiami butelkę do zwrotu, nie trzeba byłoby jej szukać po mieszkaniach i piwnicach – kończy pan prezydent.

Pan prezydent dekoruje mleczarzy. Premier rozmawia z szefem mleczarni. Na przyszłość prosi go o nieco mniej hałaśliwe rekwirowanie butelek.
Mleczarze w dwuszeregu opuszczają dziedziniec. Pan prezydent zaprasza nas szerokim gestem do Belwederu. Czas omówić wizytę prezydenta Obamy.
Przed wejściem dostrzegamy nieznane buty. Także damskie. To oznacza, że nie jesteśmy dziś jedynymi gośćmi pana prezydenta.
Sekretarz pana prezydenta kieruje nas na dół – do piwnicy. Czuć krochmal. Pan prezydent szykuje kreację na wizytę amerykańskiego gościa.
Mrok, jakaś graciarnia. O. potyka się o stojące trampki i wywraca stary rower.– Nie tu, to siłownia pana prezydenta – zawraca nas sekretarz.
Podziemna cela. Pośrodku stół, na nim mapa i szklanki z herbatą. Ze sklepienia dynda żarówka. Jest szef dyplomacji i pani prezydent miasta.

Pan prezydent przedstawia nam swojego konsultanta ds bezpieczeństwa: – To kapitan Żbik – pan prezydent nie kryje dumy. O. prosi o autograf.
Premier siada na wielkim tapczanie. Bach! Gejzer kurzu strzelił w sufit. – Mebel po dziadku, powstańcu styczniowym – wyjaśnia pan prezydent.
Miła pogawędka. Premier dostrzega stare beczki. – Wino? – zagaja premier. – Ogórki kiszone, korniszonki – rozczula się pan prezydent.
Rozpoczynamy naradę. Pan prezydent chce, aby Obama miał poczucie, że jego rozmówcy są poważnymi graczami: – Trzeba mu to wbić do głowy.
Premier prosi o plan wizyty Obamy. Zwiedzanie autostrady A2, Stadion Narodowy, odnowione przejście podziemne pod Dworcem Centralnym…

– Gdzie jest autostrada? – pyta premier. – No, w polu – odpowiada niepewnie S. – Właśnie. Nie wypada chyba wywieźć takiego gościa w pole.
– A Stadion Narodowy można pokazać z daleka. Nie można przerywać budowy. Ten stadion to nie pokazówka – premier jest wyraźnie obruszony.
Pani prezydent miasta zachwycona. Wygrał jej pomysł. Osobiście oprowadzi Obamę po przejściu podziemnym. – Zjemy kebab – cieszy się.
– A po kebabie zasugeruje Obamie wizytę w toalecie. Odnowiona, pachnąca. Jedyna taka w Warszawie – pani prezydent jest dumna z dokonań.

Słyszymy chrobotanie za plecami. W drzwiach staje major Dz – legendarny antyterrorysta. – Wróciłem z rekonesansu – rzuca niedbale kurtkę.
Podziwiamy majora. Strząsa puder z głowy. Przed chwilą w największej prywatnej telewizji punktował kardynalne błędy amerykańskiej ochrony.
Major zwraca uwagę na zagrożenie atakiem terrorystycznym. – Prezydenta Obamę trzeba ulokować w najbardziej strzeżonym miejscu – wyjaśnia.
Ustalamy, że najbardziej strzeżonym miejscem jest Belweder. Tu będzie spał Obama. Pan prezydent sugeruje małą stajnię na zapleczu pałacu.
– Nie będę się przecież płaszczył przed byle Murzynem – natychmiast widać, że w panu prezydencie pulsuje prawdziwie sarmacka krew.
– Obama będzie spał w apartamentach – protestuje premier. Pan prezydent przerażony: – Ja? Z Murzynem w jednym pokoju? A bo to wiadomo…

Szef dyplomacji od razu przypomina swój pyszny dowcip o przodkach Obamy kanibalach, co zjedli białych misjonarzy. Zrywamy boki ze śmiechu.
– Obejrzałem drzewa wokół Belwederu – włącza się major Dz. – Z zachowania ptactwa wynika, że w otoczeniu Belwederu mamy dwóch snajperów.
Kapitan Żbik zauważa, że Łazienki zostały przeczesane przez agentów CIA. – Zrobili kardynalny błąd, nie zajrzeli do dziupli – mówi major Dz.
– Ktoś na mnie czyha! – pan prezydent jest przerażony. Domaga się, aby pani prezydent miasta nakazała wyciąć wszystkie drzewa w Łazienkach.
Majora Dz niepokoi też obecność ochroniarza pana prezydenta – Taliba: – A wiadomo, co mu do łba strzeli? – major Dz bierze łyk z piersiówki.
Pan prezydent nie pozwoli ruszyć Taliba: – Tylko on może nas uchronić przed zamachowcami. To jego koledzy, niech zajrzy do nich do dziupli.
Nie wiemy, co zrobić. Major Dz bierze sprawę na siebie. Upchnie Obamę w mieszkaniu teściowej na Żelaznej Bramie: – Tam nikt go nie rozpozna.

Premier zamyka posiedzenie sztabu. Wizytę mamy dopiętą na ostatni guzik. Wychodzimy na dwór. Premier strzepuje kurz z marynarki.
Nagle piesek pana prezydenta zaczyna ujadać, próbuje wskoczyć na drzewo. Major Dz wyjmuje broń. – To snajper! Na ziemię! – pada komenda.
Huk wystrzału. Unosimy głowy. Piesek merda ogonkiem. Pan prezydent niesie zwłoki wiewiórki do kuchni. – Hm, tego jeszcze nie jadłem…

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 29

Wysłane przez: admin w dniu: 10/06/2011

19.5.2011
Pod gabinetem premiera koczuje bezdomny. Nieogolony. Wzrok wbity w ścianę. Rzucam mu złotówkę. Premier nauczył nas hojności.
Ale zaraz, skąd tu bezdomny? Dziwne, że kapitan Sztama jeszcze nie próbował go zastrzelić. Biegnę do pani Bożenki, asystentki premiera.
– To nie bezdomny. To poseł W. ten od lesbijek – pani Bożenka ścisza głos. Czeka na rozmowę z premierem. Ale premier zajęty – rozkłada ręce.

Za oknem owacja. Znak, że premier skończył poranny bieg w Łazienkach. Jest! Zwinnym susem przeskakuje ostatnie ławki. Dopada bramy.
Premier w doskonałej formie. Właśnie poprawia krawat. – Sto lat, sto lat! – śpiewa premierowi chórek admiratorów. To kandydaci na posłów.
Kandydaci pchają się. Jeden częstuje premiera tik-takiem. Inny chwali się wyczynami na boisku. Premier uspokaja, o nikim nie zapomni.

Premier się śpieszy. Za godzinę mamy być w Sali Kongresowej. Biegniemy podpisać Pakt dla Polski. Kandydaci rozpływają się w geście uznania.
Premier biegnie ścieżką rowerową wzdłuż ulicy. Za nim sunie opancerzona limuzyna BOR. Admiratorzy dopingują. Kierowcy w korku podziwiają…
Nagle pod nogami premiera zaczyna plątać się ujadający ratlerek. W oknie limuzyny pojawia się rewolwer. Kapitan Sztama chce interweniować.
Biegniemy do kapitana Sztamy. – Stop! Jeszcze pan postrzeli premiera w goleń! – krzyczy oburzony O. Premier biegnie dalej, ratlerek ujada.
Do premiera dołączają kolejne pieski. Premier się uśmiecha. Biegnący bokiem admiratorzy próbują odgonić zwierzęta. Rzucają kamieniami.

Premier niespodziewanie zatrzymuje się. Pisk opon! Kierowca BOR wyhamował… Premier spogląda na kandydatów. Są zdyszani. Złorzeczą pieskom.
– Nie tak walczy się o poparcie – naucza premier. Wyjmuje z torby mielonkę. Otwiera nożem. Pieski konsumują. Premier kocha zwierzęta.
Biegniemy dalej. Kandydaci z trudem wykrzykują radosne hasła. Ledwie dyszą. Premier macha do kierowców stojących w korku. Błyskają flesze.
Spoglądam na korek. Stoją, stoją, stoją. Smutna refleksja. Czy w tym kraju wyłącznie premier się śpieszy? Bo tylko on idzie na piechotę.

W marynarce premiera rozlega się odgłos pioruna. Znak, że przyszedł sms. Chwila przerwy. Kandydaci padają na chodnik. Ktoś prosi o łyk wody.
Premier czyta: „Hej! Zabrakło mi kasy. Jeśli możesz, wyślij doładowanie karty Play na ten numer! Pisze Andrzej”. Jaki Andrzej? Ten reżyser?
Mijamy Piękną. Kończy się ścieżka rowerowa. Jadąca za premierem limuzyna BOR z trudem przedziera się po chodniku między przechodniami.
Nagle pisk opon: – Gdzie ty mi tu k…jedziesz?! Ach, to były marszałek Zy przechodzi przez ulicę. Witamy serdecznie nestora ruchu ludowego.

O. dzwoni do pani prezydent miasta. Trzeba wyłączyć ruch tramwajowy. Premier zapewne zechce skorzystać z torowiska w Alejach Jerozolimskich.
Na Rondzie de Gaulle’a, pod palmą, stoi pani prezydent miasta. Kieruje nadchodzącego premiera na torowisko. Straż miejska oddaje honory.
Premier mija przystanek. Zachęca oczekujących pasażerów, aby się przyłączyli. Wszyscy biegną. Na każdym przystanku wymiana pasażerów.

Jesteśmy przed czasem. Premier wykorzystuje dodatkowe minuty na szybką rundkę wokół Pałacu Kultury. Ale nam pozwala od razu iść na salę.
Sala Kongresowa pełna. Artyści, wolne zawody. Panie i panowie w strojach wieczorowych. Nastrój uroczysty. Oczekiwanie. Co powie premier?
Głośny akord podrywa zebranych na równe nogi. Słup ostrego światła. Oto premier! Radosny dźwięk cymbałków. Wybucha owacja!
Premier nadal biegnie. Rozpościera ręce, by dotknąć w biegu jak najwięcej dłoni. Krąży slalomem między rzędami. Jest coraz bliżej sceny.
Sala skanduje: “Pre-mier! Pre-mier! Pre-mier!” Premier na scenie. Obok postaci znane z popularnych portali. Będą recytować Pakt dla Polski.

Rozpoczyna znana modelka: „Punkt 1. Rząd zainicjuje działania, aby wszystkim było lepiej”. Publiczność wstaje z foteli. Modelka macha.
Teraz znany stylista-wizażysta: „Punkt 2. Sygnatariusze Paktu będą informować rząd, czy jest im lepiej”. Stylista rozsyła całusy widowni.
Aktor (ze znanej reklamy): „Punkt 3. Rząd przeznaczy środki na to, żeby sygnatariuszom było lepiej”. Premier potwierdza skinieniem głowy.
Znana prezenterka: „Punkt 4. W zamian sygnatariusze zobowiązują się wspierać rząd w walce o lepsze jutro”. Premier podpisuje pakt. Fanfary.
Premier przy mikrofonie. Daje znak ręką, sala milknie: – To są konkrety a nie obietnice. Róbcie co do was należy, a my o was nie zapomnimy.

Premier zamyka oczy… Z letargu wybudza go pianie koguta. To telefon w kieszeni marynarki. Premier odchodzi w głąb sceny. Chwilę rozmawia.
Ważna sprawa. Premier informuje zebranych, że wykonawca może nie zdążyć z budową autostrady A2 do Warszawy. Szmer niedowierzania na sali.
Opuszczamy Salę Kongresową. Sala żegna nas na stojąco. Wielki żal w oczach. Ale każdy rozumie. Przecież chodzi o mistrzostwa w piłce nożnej.
Przed wejściem pikieta. Podobno młodzi twórcy. Same nieznane gęby. Prychamy. Ale premier zatrzymuje się. Pyta pikietujących o postulaty.
Twórcy protestują przeciw podziałowi kultury. Domagają się ustąpienia premiera. Premier podpisuje się pod petycją. Obiecuje coś z tym zrobić.
– Ja też jestem przeciw podziałowi kultury – mówi pikietującym rzecznik G. – Kultura fizyczna jest dla mnie tak samo ważna jak osobista.

Jest już minister infrastruktury. Auto ma obsypane zapachami. Wokół nasi kandydaci. Wiedzą, że dla pięknych kwiatów minister zrobi wszystko.
Ruszamy na budowę autostrady. Nie ma chwili do stracenia. Rzecznik G. z piskiem podskakuje na fotelu. Usiadł na bukiecie herbacianych róż.
Premier ogląda listy kandydatów. Pyta o ich poglądy: – Żadne, zupełnie bez poglądów – odpowiada minister. Premier nie znosi polityki.
Premier cieszy się, że jesteśmy otwarci na środowiska kobiece. – O, tak. U nas kobiety zawsze na drugim miejscu – przytakuje rzecznik.

Dojeżdżamy na budowę. Wygląda nieźle. Pierwsza nitka autostrady już niemal gotowa. Maszyny leją asfalt wprost na trawę. Nowa technologia.
Kierownik budowy melduje, że inwestor nie wypłaca im należności: – Z nimi trzeba chyba po chińsku gadać, bo po polsku nie rozumieją.
Premier natychmiast interweniuje. Dostrzega dwóch Chińczyków. Woła ich. Krótka rozmowa. Od razu rozpoznajemy dialekt mandaryński.
Chińczycy coś dyktują. To numer telefonu. – Załatwię to dyplomatycznie – mówi premier. Wybiera numer. Rozmowa naturalnie po francusku.
Premier odkłada słuchawkę: – Muszę powtórzyć sobie chińskie liczebniki. To był jakiś Francuz. Siedzi w więzieniu. Dziękował mi za wsparcie.

Premier znów wybiera numer. Uważnie wbija cyfry. Jest połączenie. Wymiana uprzejmości. Tym razem rozpoznajemy dialekt syczuański.
Inwestor wyjaśnił, że pieniądze są wypłacane, ale według chińskich stawek: – Musicie uszanować inną kulturę – tłumaczy inżynierom premier.
Inżynierowie nadal nieprzekonani. – Tu chodzi o mistrzostwa w piłce nożnej – premier sięga po argument ostateczny. Inżynierowie ustępują.
Wracamy. W pobliskiej wsi festyn przed biblioteką. Stajemy. Premier decyduje, że uświetni uroczystość swoją osobą. Rząd wspiera kulturę.
Wysiadamy. Na widok premiera ludzie rozbiegają się w popłochu. Odważniejsi wyglądają zza płota. – Muszą się oswoić – uśmiecha się premier.

Jest wójt. Miejscowy kamerzysta filmuje moment oddania ostatniej książki do biblioteki. – Zamykają ją – dowiadujemy się od sklepowej.
Premier idzie w stronę biblioteki. Wójtowi z wrażenia wypada książka. Z szafy wyjmuje odkurzacz. Kapitan Sztama sięga do kieszeni marynarki.
Premier wchodzi po schodach. Przed nim wójt z odkurzaczem. Stopnie, po których idzie premier muszą być czyste. Uroczystość się przeciąga.
W środku dwóch robotników wyrzuca książki przez okno. Na podłodze leżą sztangi. – Teraz będzie tu siłownia – wyjaśnia z dumą wójt.
Wójt przedstawia racjonalizację: – Encyklopedii nie wyrzucamy. Dużo ważą. Zapakujemy je do worka. Chłopcy będą mogli boksować do woli.

Premier docenia inicjatywę: – Widzę, że stawiacie na młodzież, na jej marzenia. Słusznie! To jedyna droga ku lepszej przyszłości dla Polski.
– Polska musi być silna. Najzdolniejsi sztangiści otrzymają stypendia od rządu – deklaruje premier. Wójt wdzięczny. Na rynku wzruszenie.
– Pokryjemy wam koszt wywozu książek na zwałkę. I uratujemy wiele drzew przed wycinką – premier nigdy nie zapomina o przyszłych pokoleniach.
Żegnamy się z wójtem. Premier wsiada do samochodu. Ludzie chcą go zatrzymać. Ale każdy rozumie, przed nami Euro. Premier zbyt zajęty…

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 28

Wysłane przez: admin w dniu: 30/05/2011

12.05.2012
Słońce przygrzewa, wiatr muska twarz. Radosny terkot ciągnika zza bramy Belwederu. Znak, że pan prezydent jest już na nogach. Idzie lato.
Mozolną wspinaczkę Belwederską przerywa nagły telefon. To minister S. W nocy wybrał się z tajną misją do Libii. Czy stało się coś złego?
– Zagrożenie na pasie startowym – minister S. powoli cedzi słowa. – Nie możemy wylądować. Odchodzimy na drugi krąg… Połączenie się urywa.
Hiobowa wieść! Odeszli na drugi krąg! Rozluźniam krawat. Mój telefon dzwoni jak szalony: – Odeszli na drugi krąg, słyszałeś? Zagrożenie!
Po chwili znów dzwoni minister S.: – Lotnisko już czyste. Zagrożenie jest na terenie miasta. Ryzykujemy lądowanie… Połączenie się urywa.

Dzwonię do premiera. Odebrał: – Niech pan skończy przepraszać, nie, nie przeszkadza pan, nie musi się pan zabijać –premier jest wyrozumiały.
Premier wie o incydencie. Wyjaśnia, że na pasie startowym stał wielbłąd obładowany daktylami. Ale poganiacze przepędzili zwierzaka na targ.
Przed Kancelarią sznur karetek. Funkcjonariusz BOR wyjaśnia mi, że premier skończył właśnie męską rozmowę z szefami klubów piłkarskich.
W wejściu sanitariusze. Na noszach dźwigają tłuściocha. Jest nieprzytomny. Ależ premier musiał się zdenerwować. No tak, chodzi o stadiony.
W holu dostrzegam rzecznika G. Sanitariusze dźwigają kolejnego denata. Spotkanie z premierem miało miejsce w siłowni. Biegniemy tam.
Zdyszani stajemy w progu. Nieudolnie porozbijane butelki. Jedynie koło sztangi stoją równiutko potłuczone tulipany. To tam siedział premier.
Rzecznik G. schyla się po butelkę: – Królewskie, niepasteryzowane – czyta. – Ech, nic im po tym nie będzie. Wracamy spokojnie na górę.

Pani Bożenka zaprasza nas na posiedzenie. Od razu dostrzegamy nowego kolegę, ministra Ba. Radujemy się. Oto wreszcie mamy nowego członka.
Jest już premier. Jak zwykle w doskonałej formie. Ubrany na sportowo. Dres, koszulka na ramiączkach. Robi przysiady przy otwartym oknie.
Przez otwarte okno wpada do naszej sali terkot prezydenckiego ciągnika. Jest jak na wsi. Swojsko, rodzinnie. Premier zamyka okno…
Premier przedstawia ministra Ba. Gratuluje mu odwagi. Minister Ba kłania się: – Premierowi się nie odmawia – czujemy w nim bratnią duszę.
Premier pokazuje na pana Ba: – Dużo rozmawialiśmy o Polsce, o sytuacji na stadionach. Pan Ba wie, że nie może u nas liczyć na żadne apanaże.

Premier sięga po teczkę z deklaracjami członkowskimi: – Czy wiecie, że najwięcej chętnych mamy wśród bezrobotnych bez szans na żadną pracę?
– To dowód – premier uderza palcem w blat – że kryzys nas jednoczy. Że w akcie największej desperacji ludzie zgłaszają się w nasze szeregi.
Premier ostrzega, że konkurencja rośnie. Że jest gotów wyczyścić partię, wymienić ministrów. – Demokracja wymaga zmian – naucza premier.

Wbiega O. Właśnie rozmawiał przez komórkę. – Andrzej Lepper złożył deklarację członkowską – krzyczy. – Niech poczeka – krzywi się premier.
Rozpoczynamy debatę o prezydencji. Najważniejsze mamy już za sobą. We wtorek pokazaliśmy światu logo polskiego przewodnictwa w Unii.
O. informuje uroczyście, że pomysłodawcą logo jest sam premier. Wymyślił je w trakcie prezentacji danych na temat zmian cen w Polsce.
– A tak, skrobałem coś w notesie – śmieje się premier. Zapisaną kartkę zachował O. Bo wszystko co napisze premier, trafi kiedyś do annałów.
Premier przypomina swój historyczny artykuł dla prasy arabskiej, w którym zaznaczył, że największym problemem Unii jest sytuacja w Libii.
Minister S. ma namówić libijskich powstańców, aby w dniu objęcia przez Polskę prezydencji w Unii, poddali się. Chcemy zacząć od sukcesów.

Chwila relaksu. Premier robi pompki. Podpiera się na zaciśniętych pięściach. Oto przyszły przywódca Unii Europejskiej. Twardy i zdecydowany.
Dostrzegamy, że premier na przedramieniu ma tatuaż. – To jakiś potwór – domyśla się O. Nie wiedzieliśmy, że premier był fanem metalu.
– To nie potwór, ale jakaś kobita. Tylko trochę się rozciągnęła przez te lata – ocenia ze znawstwem rzecznik G. Premier stuka się w czoło.
– Ani potwór, ani kobita – premier pokazuje tatuaż. – To Robin Gibb… Rzeczywiście nad rysunkiem dostrzegamy wyraźny napis Bee Gees.
– Słuchał pan Bee Gees? – dopytujemy się jeden przez drugiego. – Tak. Kiedyś miałem taki sam głos jak oni – wspomina premier. – Tak, tak…

Z nostalgii wyrywa premiera gwałtowny terkot ciągnika za oknem. Pan prezydent musiał natrafić na jakąś przeszkodę i dodał więcej gazu.
Premier poirytowany wyjmuje z kieszeni dresu komórkę. Dzwoni do pana prezydenta. Pan prezydent długo nie odbiera. Nie słyszy dzwonka.
Jest połączenie. Pan prezydent zasiał na skarpie pod Belwederem grykę. Teraz musi zabronować uprawę. Pyta, czy może mamy trochę nawozu.
Premier odpowiada panu prezydentowi, że Kancelaria ma już kanalizację więc o nawóz trudno. Proponuje zastąpić traktor koniem.

Wracamy do narady. Zabiera głos minister finansów. W związku z groźbą inflacji opracowany został nowy banknot o nominale 500 złotych
Minister finansów wyjmuje z teczki próbny banknot. Cały złoty. Na rewersie autostrady i stadion, na awersie podobizna premiera. Podziwiamy.
Premier się krzywi. – A kto jest na dwusetce? Zygmunt Stary? I od razu po nim ja? Słusznie, 500 złotych to zbyt niski nominał dla premiera.
Telefon. To minister S. z Libii. Melduje premierowi, że powstańcy nie poddadzą się. Minister chce więc zachęcić Kaddafiego do kapitulacji.
Minister zamierza przedrzeć się przez linię frontu. Premier odradza wycieczkę: – Pustynia jest niebezpieczna, skorpiony, różne miraże…
Minister finansów alarmuje, że dziura budżetowa przekroczyła… – Dziękuję, koniec obrad – przerywa premier. Czas na inspekcję stadionu.

Premier się ubiera. Jedziemy na największy stadion w Warszawie. Inspekcja jest niespodziewana. Premier pogardza propagandowymi spektaklami.
Dzwoni telefon premiera. – Tak, to ja. Przy telefonie – premier ma zdziwioną minę. – Pytają czy interesuję się polityką – zasłania mikrofon.
– Zaraz dostanę sms – informuje nas premier. Za oknem zaczyna padać. Premier z niepokojem obserwuje niebo: – Nadchodzi front burzowy.
Na polecenie premiera dzwonię do instytutu meteorologii. Informuję, że premier przewidział burze. Mają to zaraz uwzględnić w prognozie.
Piknięcie. Jest sms. – Możesz wygrać darmową wejściówkę na program Tomasza Lisa. Odeślij pusty sms. Koszt 89 zł plus VAT – czyta premier.
– Temat programu: „Czy premier nadal nas kocha”. Wśród gości, profesor N. profesor K. Janina P… Nie, no bez przesady – premier kasuje sms.

Dojeżdżamy. Szefowie klubu zaskoczeni wizytą. Na murawie zaczyna się akurat spektakl transmitowany przez największą prywatną telewizję.
Zasiadamy w loży dla vipów. Obok, pod baldachimem, pali cygara kierownictwo największej prywatnej telewizji. Kierownictwo obsiada premiera.
Po chwili na murawie pojawia się policyjny balet. Panowie tańczą piruety z pałami w dłoniach. Z naprzeciwka nadchodzą kibole w kominiarkach.
Policjanci walczą z kibolami w szalonym tańcu. Muzyka dudni. Kamery wszystko filmują. Premier siedzi. Kierownictwo pali cygara.
Słyszymy organy. Wysoko znad trybun nad boisko nadlatuje rudowłosy archanioł z mieczem. Kibole padają przed nim na kolana. Organy milkną.

Z letargu wybudza nas telefon. Minister S. raportuje z Libii, że został zakładnikiem powstańców. Zaraz wyśle mms do premiera i mediów.
Jest mms. Na zdjęciu minister S. Siedzi na krześle. W ręku ma „Gazetę Wyborczą. Dodatek Podróże” z aktualną datą. Podpis: Jeszcze żyję.
Premier wybucha złością (Odsuwamy się). Dzwoni do ministra S. Nakazuje mu natychmiastowy powrót. Minister twierdzi, że właśnie go uwolniono.
Kierownictwo zaprasza nas do zwiedzania stadionu. Premier jest dociekliwy. Zauważa grzyba na ścianie: – Czemu tego nie odnowiono? – pyta.
Zaglądamy do drukarni bannerów. Tu pracuje się nad wielkimi plakatami rozkładanymi na trybunach. Drukarnia to oczko w głowie kierownictwa.
– Należy jakoś wykorzystać energię tych chłopców – wypuszcza dym z cygara przedstawiciel kierownictwa największej prywatnej telewizji.
Minister pracy sugeruje resocjalizację przez naukę. Przedstawiciel kierownictwa prycha. Premier zamyślony. Obserwuje front burzowy.

Nagle premiera jakby piorun strzelił. Wchodzi na środek boiska: – Wystąpię do UEFA o zmianę zasad organizacji Euro – ogłasza decyzję.
– Przed meczem będą odbywać się na murawie ustawki kibiców obydwu drużyn. A dzięki temu Polska dotrze do finału – premier unosi kciuk.
Oczami wyobraźni widzimy stadion, na którym odbywają się walki kibiców. A premier unosi kciuk, w górę lub w dół. Widownia szaleje z radości!
Kierownictwo największej prywatnej telewizji zachwycone. Kelnerzy nalewają wszystkim koniaczek. Miła atmosfera. Kieliszki stukają.
Ale premier wcale nie myśli o popularności. Nie bacząc na burzę, natychmiast wyrusza na wały: – Wrócę nad ranem – rzuca na pożegnanie.

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »

Dziennik “Znienacka”, czyli podróże z moim Premierem - odc. 27

Wysłane przez: admin w dniu: 30/05/2011

5.05.2012
W Kancelarii Premiera poruszenie. Antyterroryści z długą bronią. Oj, stało się coś niedobrego! Serce zaczyna bić mocniej.
Korytarz pod gabinetem premiera przedzielony biało-czerwoną taśmą policyjną, Serce w gardle! Czyżby TO… ZAMACH??!!
Jestem zdziwiony, nikt nie płacze, nie rozdziera szat. – No tak. Rozszarpali już między siebie władzę. Nie poczekali.

Zauważam kapitana Sztamę. Zadowolona gęba. Jest w mundurze polowym. – Stan wojenny wprowadzili – myślę.
Kapitan Sztama dostrzega i mnie: – Niech pan wchodzi do gabinetu. Akcja już się rozpoczęła – mówi. Niczego nie rozumiem.
Niepewnie wchodzę do gabinetu. Cały niemal rząd siedzi wokół wielkiego telebimu. Okna przesłonięte czarną zasłoną.
Premier pośrodku. Obok generałowie służb specjalnych w pełnym rynsztunku, kominiarki na twarzy. Otwarte laptopy.
Spoglądam w telebim. Widzę obraz z kamery. Pod spodem napis „Na żywo”. Na ekranie drewniana buda. Ani żywego ducha.
Oblicze premiera oświetla jedynie światło ekranu. Twarz skupiona. Zmarszczone brwi. Daje znak generałom. Zaczyna się.
Widzimy pędzący samochód dostawczy. Z auta wyskakują antyterroryści. Drewniana buda w mig okrążona. Co za niesamowite napięcie!

Gwałtowna eksplozja. Dookoła latają sztachety. Jedna z nich leci wprost na kamerę. Jęk na sali. Obraz niespodziewanie gaśnie.
Widownia zastyga. Minister zdrowia przerażona zakrywa dłonią usta. Błyskają flesze komórek. Te kadry przejdą do historii.
Premier wstaje. Pyta generałów, co się stało. Ci natychmiast próbują połączyć się z miejscem akcji. Na razie bezskutecznie.
Kapitan Sztama wyjaśnia mi, że byłem świadkiem tajnej operacji antyterorrorystów. – Premier osobiście dowodził akcją – zaznacza kapitan.
Rok temu wywiadowcom udało się namierzyć pod Garwolinem budę z dopalaczami. Właściciel nie reagował na łagodne monity władz.

Premier podjął decyzję o likwidacji budy. Operacja nosiła kryptonim „Armageddon”. – Coś jak ten film – kapitan Sztama wiele oglądał.
Jest już łączność. – Są ranni? – premier, jak zawsze, myśli wyłącznie o zdrowiu ludzkim. – Kamerzysta. Ogłuszony – słyszymy meldunek.
Wraca obraz. Z budy zostały dymiące zgliszcza. Obok rozbity dostawczak. Komandosi pozują do zdjęć. Jest po akcji.
Premier przemawia: – Wszyscy odczuwamy ulgę. Jest to ulga, bo zatriumfowała sprawiedliwość. (Burzliwa owacja, komandosi strzelają na wiwat).
Premier daje znak ręką: – W naszej wojnie ze złem uczyniliśmy ważny krok. Ale nie łudźmy się, że jest ona już wygrana… (Westchnienie).

Krótka narada. Zastanawiamy się czy upublicznić zapis z akcji. O. proponuje wrzucić go na YouTube. Sugeruje tytuł: Armageddon w Garwolinie.
Premier sceptyczny: – Nie będziemy odwracać uwagi Polaków od spraw najważniejszych. – No tak, myślimy, stadiony.
Premier ma teraz spotkanie z redaktorem Tomaszem W., nazywanym sumieniem mediów. Kapitan Sztama przygotowuje już klęcznik dla gościa.
Premier ma wielkie serce – wolałby posadzić gościa na fotelu, ale redaktorowi na kolanie wygodniej jest prowadzić notatki.

Przyglądamy się żywej legendzie. Redaktor T.W. stoi złamany w pół. – Jest pan polską Orianą Fallaci – premier klepie redaktora po głowie.
Redaktor T.W. chwyta dłoń premiera. Premier wyszarpuje ją w ostatniej chwili. – Nie trzeba, naprawdę – premier nie lubi się pieścić.
Redaktor T.W. przywiózł premierowi nową wersję ryngrafu, którą kiedyś wręczył Pinochetowi: – Jesteście tacy podobni – mruga wesoło oczami.
Na ryngrafie jest portret premiera i napis: “Semper fidelis”. Premier spogląda na redaktora T.W. Ten przestępuje sobie z nogi na nogę.
Premier szuka czegoś wzrokiem. Dostrzega plecak rzecznika G. Chwila zawahania. W końcu zakłada ryngraf na pierś redaktora T.W.
Redaktor T.W. będzie miał zaszczyt być świadkiem telekonferencji premiera z wojewodami. Wojewodowie mają się wytłumaczyć z majowych śnieżyc.

Premier zadaje wojewodom pytania: ile pługosolarek wyjechało na trasę krajową numer 3? Jak wiele ptasich gniazd zostało uszkodzonych?
Wojewodowie dukają. Brakuje im danych. Premier zniecierpliwiony: – Czy aż tak trudno jest przewidzieć śnieżycę w maju?
Premier zachęca wojewodów do uważniejszego śledzenia mas arktycznego powietrza: – Nie zrobiono tego – uderza celnie.
Jeden z wojewodów wyciąga prognozę pogody. Cieszy się, że wkrótce napłynie gorące powietrze znad państw arabskich.
– Nie łudźcie się, że kiedykolwiek dopuszczę do ocieplenia klimatu w Polsce – premier jest świadom zagrożeń dla państwa.
Wojewodowie przepraszają premiera. Proszą go o pomoc w walce z żywiołami. – Bez pana jesteśmy bezsilni – mówią. Koniec telekonferencji.
Wracamy do gabinetu. Premier siada za biurkiem. Opowiada jak kiedyś gasił pożar w smażalni ryb w Pucku: – Olej wybuchł. Tak, tak – wspomina.

Premier otwiera kopertę z wizerunkiem Antonio Banderasa. Zarząd jednego z banków proponuje premierowi udział w reklamie.
Jesteśmy zachwyceni ofertą. Premier – przeciwnie. – Co z tym zrobić? – pyta. Rzecznik G. deklaruje, że weźmie to na siebie.
– Lepszy będzie marszałek N. – premier rzuca kopertą. Hasło nowej kampanii reklamowej banku: – Obłęd w oczach.
Czekamy w napięciu. Polska też czeka. Za chwilę premier wygłosi przed kamerami historyczne oświadczenie w sprawie sytuacji na stadionach.
Wpada zdyszany O.: – Jest, jest telewizja! Wybiegamy. W drzwiach zatrzymuje nas minister finansów. Taszczy w ręku papiery.
– Dziura budżetowa powiększyła się o 20 miliardów złotych – dyszy minister. – Nie czas teraz na duperele – krzywi się premier. Wychodzimy.
Za premierem ustawia się redaktor T.W z ryngrafem. Kapitan Sztama z trudem wypycha go z kadru. – Jakiś taki śliski – wyciera ręce o spodnie.

Kamery skierowane. Rozpoczyna się nagranie. Najpierw premier długo patrzy w oczy rodaków. Oblicze zafrasowane. Zapowiada walkę na całe lata.
– Nie będzie porozumienia z chuliganami – premier ma dość układania się. Redaktor T.W. podpiera podbródek palcem. Poza publicysty.
Premier przerywa na chwilę przemówienie. W kieszeni marynarki dzwoni komórka. Premier odbiera: – Tak, to ja. Przy telefonie.
Premier odkłada słuchawkę: – Dostałem zaproszenie na prezentację pościeli. Bez zobowiązań. Trzy tysiące za komplet plus kocyk – referuje.
Kamery znów włączone. – Chcemy dać Polakom szerszy dostęp do kultury. Nie w teatrze ale na boisku – podkreśla premier.
– Ja rozumiem wolność, jako możliwość nieskrępowanego kibicowania własnej drużynie – premier wykłada credo. Notujemy.
Premier oznajmia otwarcie nowego frontu walki o demokrację: – Tam, gdzie wykuwa się solidarność. Na stadionie. (Oklaski)

(Znienacek na Twitterze | Wszystkie odcinki “Dziennika”)

Kategoria: Dziennik "Znienacka" | Brak komentarzy »