Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Analiza' Kategorie


Nie mówcie, że państwo działa sprawnie

Wysłane przez: admin w dniu: 26/10/2011

Wątpliwości co do pracy Biura Ochrony Rządu pojawiały się od pierwszych chwil po katastrofie smoleńskiej. Ale wszystkie trudne pytania i zarzuty stawiane przez dziennikarzy odpierano. Dziś dowiadujemy się, iż prokuratura nie wyklucza, iż przed katastrofą doszło jednak do niedopełnienia obowiązków przez BOR.

W „Rzeczpospolitej” dziesiątki razy pisaliśmy o tym, jak źle działa aparat państwowy, jak słabe i nieudolne jest państwo. Niemal za każdym razem przedstawiciele rządu i bliskie establishmentowi politycznemu media wykpiwały takie opinie.

Dowodem na to, że polskie państwo dobrze funkcjonuje, miały być godnie i sprawnie zorganizowane pogrzeby ofiar smoleńskiej katastrofy oraz szybkie przejęcie obowiązków prezydenta przez ówczesnego marszałka Sejmu.

Niestety, to dowód wysoce niewystarczający. Państwo polskie nie zdało egzaminu ani przed katastrofą, ani po niej. Po licznych dziennikarskich publikacjach i raporcie Millera nikt już nie zaprzecza, że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego działał skandalicznie. A teraz dowiadujemy się, że być może podobna sytuacja była w Biurze Ochrony Rządu.

Czy możemy się czuć bezpiecznie w państwie, w którym rzeczy oburzające działy się w kluczowej jednostce wojskowej zajmującej się transportem najwyższych jego przedstawicieli? W którym swoich obowiązków nie dopełniała specjalistyczna formacja odpowiedzialna za bezpieczeństwo tych przedstawicieli? Na dodatek jej szef Marian Janicki dostaje w nagrodę awans?

A nie wolno zapominać, że Polska od wiele miesięcy nie jest w stanie odzyskać z Rosji czarnych skrzynek i wraku samolotu, którym leciał polski prezydent. Czego jeszcze musimy się dowiedzieć, by opinia o nieudolności i słabości polskiego państwa nie była podważana?

Przestańmy się wreszcie w imię doraźnych interesów politycznych i partyjnych rozgrywek okłamywać. Jeśli nie wyciągniemy konsekwencji z tego, co się stało, nie odrobimy wszystkich lekcji i nie wskażemy popełnionych błędów oraz osób za nie odpowiedzialnych, to następnym razem zdarzy się coś jeszcze gorszego. Choć trudno już sobie wyobrazić, co to mogłoby być. (Igor Janke)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 4

Lider słabszy, niż pokazują sondaże

Wysłane przez: admin w dniu: 21/07/2011

W obu kampaniach ostatnich dwóch lat średnie przeszacowanie kandydatów Platformy wynosiło od 10 do 12 proc. – przypomina statystyk.

Skalę przeszacowania popularności PO da się w przybliżeniu wyliczyć na podstawie danych z kampanii wyborczych dwóch ostatnich lat: kampanii do Parlamentu Europejskiego z czerwca 2009 r. oraz z kampanii prezydenckiej z czerwca 2010 r. Przed wyborami 7 czerwca 2009 r., w których PO zdobyła 44,4 proc. głosów, trzy ośrodki – CBOS, OBOP i GfK Polonia (dla „Rz”) – przewidywały odpowiednio: 49,3 proc., 48 proc. i 51 proc.

Przeszacowanie popularności PO wyniosło więc średnio ok. 12 proc. rzeczywistego wyniku PO (nie należy mylić tego z punktami procentowymi). Innymi słowy, z sondażowego wyniku PO należy „zdjąć” 12 proc. tej liczby, aby uzyskać przybliżony rzeczywisty wynik popularności partii. Co ciekawe, mniej więcej takie było też niedoszacowanie PiS, który zdobył 27,4 proc. głosów, a wymienione ośrodki dawały mu średnio 23,3 proc.

W wyborach prezydenckich 2010 r. warto się z kolei przyjrzeć innemu badaniu, które chyba jak żadne inne pozwala oszacować łączny wpływ czynników nielosowych (w tym „poprawności politycznej” respondentów) na wynik sondażu. Mam na myśli badanie MB SMG/KRC 6 tysięcy respondentów 20 czerwca 2010 r. (dzień pierwszej tury wyborów).

Otóż, po pierwsze, błąd losowy dla tak dużej próby wynosi niewiele ponad 1 proc. (w stosunku do typowego 3-proc. błędu w próbie 1000 respondentów). Po drugie, liczba odmów była w tym badaniu niewielka (7 proc.), a badająca jego metodologię specjalna komisja nie stwierdziła uchybień formalnych (raport OFBOR). Kandydat PO Bronisław Komorowski zdobył w tym badaniu 45,7 proc. wobec rzeczywistego poparcia wg PKW – 41,5 proc. Przeszacowanie, spowodowane przede wszystkim czynnikami innymi niż losowe, wyniosło więc 10 proc.

Podsumowując, w obu kampaniach ostatnich dwóch lat średnie przeszacowanie kandydatów PO wynosiło od 10 do 12 proc. Oznacza to, że korekta sondażowego wyniku PO polegająca na zmniejszeniu go o 10 – 12 proc. (czyli pomnożeniu wskaźnika poparcia tej partii przez 0,9 lub 0,88) pozwala zbliżyć się do rzeczywistego obrazu poparcia Platformy Obywatelskiej. W ostatnich sondażach, które cytuje w swoim artykule Stróżyk, sondażowe poparcie dla PO wynosi 38 proc. (wg GfK Polonia) oraz 34 proc. (wg OBOP). Biorąc pod uwagę oba te wyniki, a także konieczność wskazanej wyżej korekty, można twierdzić, iż rzeczywiste poparcie dla PO waha się w granicach 30 – 34 proc. Skorygowane liczby uwzględniają łączny efekt niezdecydowania wyborców, podawania nieprawdziwych odpowiedzi, a także odmów odpowiedzi w badaniu sondażowym.

Warto jednocześnie dodać, że uświadomienie ogółowi wyborców, iż lider sondaży ma mniejsze poparcie, niż pokazują słupki, nie przekłada się w sposób jednoznaczny i łatwy do przewidzenia na postawy wyborców. Może to mobilizować do działania zarówno tych, którzy popierają lidera i oceniają, iż jest on w potrzebie, jak i tych, którzy dostrzegają szansę na zniwelowanie nie tak dużego, jak mogłoby wynikać z sondaży, dystansu do lidera.

Jednak osłabiony korektą lider staje się mniej atrakcyjny dla tych wyborców, którzy najbardziej cenią sobie bycie po stronie zwycięzcy. (Mirosław Szreder)

Kategoria: Analiza, Kampania parlamentarna 2011 | Komentarze: 4

Grecji nie pomagamy, sobie szkodzimy

Wysłane przez: admin w dniu: 22/06/2011

Gwarancje finansowe udzielone przez Polskę Grecji nie powstrzymają jej bankructwa i nie mają wcale tego na celu. Chodzi tylko o zrekompensowanie strat bankom, głównie francuskim i niemieckim.

W łączenie się przez Polskę do gwarancji dla bankrutującej Grecji wydaje się przesądzone. Zostało przesądzone już w chwili, gdy Donald Tusk zadeklarował nasze przystąpienie do niesprecyzowanego do dziś “euro plus”. Tryb podjęcia tej decyzji, nigdy wcześniej w Polsce w żaden sposób niekonsultowanej ani niedyskutowanej, jest równie niejasny jak tryb wyboru osławionego “załącznika 13″ w śledztwie smoleńskim czy odwołania szefa CBA i mam nadzieję, że także z tej decyzji będzie się musiał Donald Tusk kiedyś rzetelnie wytłumaczyć; w ostateczności przed Trybunałem Stanu.

W efekcie ani nie wchodzimy do strefy euro, ani nie pozostajemy poza nią. Zrezygnowaliśmy na nieokreślony czas z korzyści posiadania wspólnej waluty, ale zgadzamy się już teraz ponosić wyrzeczenia i rozmaite koncesje na rzecz głównych rozgrywających europejskiej gospodarki tak, jakbyśmy z dobrodziejstw euro korzystali.

Wszystko to bez jakiejkolwiek, choćby nawet ogólnikowej obietnicy, co w zamian. Na mocy nieśmiertelnej polskiej politycznej głupoty, która każe wierzyć, że jeśli będziemy dla silniejszych partnerów w polityce zagranicznej uprzedzająco grzeczni (uprzedzająco w sensie dosłownym – to znaczy: będziemy spełniać ich życzenia, zanim złożą nam jakąkolwiek ofertę), to oni ze swej strony poczują się zobowiązani też coś kiedyś dla nas zrobić. (…)

Nie idzie tu wcale o ratowanie Grecji, której ewentualnego bankructwa międzynarodowe gwarancje nie powstrzymają, ale o zrekompensowanie spowodowanych jej sytuacją strat bankom, głównie francuskim i niemieckim, które licząc na taką właśnie podkładaną im przez rządy poduszkę, inwestowały w ryzykowne obligacje, nie ubezpieczając nawet tego ryzyka.

Nie jest też prawdziwa suma 150 milionów euro. Dziś, aby uzyskać realnie 100 milionów, musimy sprzedać obligacje nominowane na nieco ponad 120, a sytuacja raczej się nie poprawi. Zakładając, że się nie pogorszy, co samo w sobie jest bardzo optymistyczne, i doliczając odsetki, mówimy o zobowiązaniu mniej więcej o jedną trzecią większym. Po co obciążamy nim nasz i tak już bardzo kruchy budżet? W imię “budowania wizerunku naszego kraju w Europie”, jak twierdzi rząd, czy raczej w imię budowania w niej wizerunku jego szefa? (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 2

Sześć milionów wykluczonych

Wysłane przez: admin w dniu: 12/05/2011

Minęły już blisko dwie doby od genialnego strzału z przewrotki, zaprezentowanego przez premiera Donalda Tuska podczas meczu z SLD, po którym to strzale piłka trafiła w głowę rezerwowego Arłukowicza i wturlała się do bramki lewicy obok kompletnie zaskoczonego bramkarza Napieralskiego. Na trybunach zawrzało, kibice Platformy wpadli w euforię, a dziennikarze sportowi wymyślają coraz to nowe sposoby, byle tylko uciec przed koniecznością stwierdzenia tego, co widzieli wszyscy. Że Arłukowicz został kupiony, bo pranie kolegom getrów przestało mu wystarczać.

Tak mogłaby wyglądać relacja z meczu, w którym kapitan Platformy United strzelił gola nieśmiałym chłopcom z Dynama Sojusz. Problem w tym, że żarty się kończą, gdy sobie człowiek uświadomi, że cyrk, który ogląda, dla części Polaków stanowi żywy dowód geniuszu premiera. Nie chcę używać słowa „leming”, więc zamienię je na „lemur”. I zapytam: czy taki lemur, jeden z drugim, naprawdę nie dostrzega stuprocentowej fikcji transferu Arłukowicza i tego, że tak samo Tusk „naprawdę” oddaje mu we władanie problemy wykluczonych, jak Arłukowicz „naprawdę” chce się nimi zająć? Na każde trudniejsze pytanie: skąd ta wolta, co z bilingami działaczy PO zamieszanych w aferę hazardową, od kiedy prowadził negocjacje z partią rządzącą, czy będzie wyborczą „jedynką” w Szczecinie – Arłukowicz odpowiada: „Nie chcę mówić, chcę robić” i pędzi sejmowym korytarzem. Byle dalej od mikrofonów, które – jak mawiają radiowcy – wychwycą każdy fałsz. Czy tego też lemury nie widzą?

Zatem mam pytanie, bo może rzeczywiście to ja mam klapki na oczach. Co to znaczy, że Arłukowicz zajmie się wykluczonymi? Kim konkretnie - Mirem i Zbychem? Czy oni chcą takiego opiekuna? A może chodzi o te sześć milionów Polaków, które według badań społecznych żyją dziś na skraju ubóstwa? Czy to nie są ludzie wykluczeni? Tak samo jak ich dzieci, które nie mają podręczników, ale macha im się przed oczami laptopem? Albo dziadkowie bez szansy na choćby tygodniowe wakacje po latach przeharowanych w PRL i III RP? A może chodzi o wykluczonych inaczej? O tych chorych, którzy nie doczekają reformy służby zdrowia? Czy nimi także ma się zająć Arłukowicz? Tyle problemów na barkach jednego człowieka?

Nie mam złudzeń. Owszem, będzie kilka spektakularnych sukcesów. Pani Jadzia z Falenicy odzyska prawa do działki leśnej, pani Bożena, matka ośmiorga, dostanie 200 złotych na śpioszki dla dzieci, choć najmłodsze będzie miało 8 lat, a w przychodni weterynaryjnej pod Suwałkami pan doktor otworzy gabinet godzinę wcześniej niż zazwyczaj. Wszystko w obecności kamer i przyjaciół ze stacji telewizyjnych, bo nawet, jeśli premier nie da rady uświetnić osobiście, już Arłukowicz zadba, by był obecny duchem. Byle do wyborów. No, chyba że szefowi rządu chodzi o jeszcze innych wykluczonych. Tych, który wyklucza sam Arłukowicz, mówiąc, że jego najważniejszym zadaniem jest sprawić, aby Jarosław Kaczyński nie wrócił do władzy. Jeśli nowy minister - nie tylko bez teki - będzie tu tak samo skuteczny, jak w wyciąganiu platformerskich bilingów, pisowski elektorat może spać spokojnie. (Krzysztof Feusette)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Analiza, Media (po)mogą | Komentarze: 9

Premier, który się boi

Wysłane przez: admin w dniu: 30/03/2011

Tusk swoje dawne poglądy wyrzucił na śmietnik. Dziś niczego mu się nie chce. Niczego nie pragnie. I nie robi nic - pisze Robert Krasowski

Premierostwo Tuska przypomina występ na rodeo, gdzie cel jest jeden: byle nie wypaść z siodła. Mimo z pozoru minimalistycznego celu, efekt jest jednak imponujący. Polski premier przestał być symbolem słabości, pochyłym drzewem, na które każdy polityczny awanturnik może sobie wskoczyć. Po raz pierwszy od 1989 roku premier jest realnie podmiotowy. Jest rzeczywistym szefem państwa. Swojej władzy z nikim już dzielić nie musi, wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje sam, nie pytając o zgodę ani prezydenta, ani koalicjanta, ani własnej partii. (…)

Tusk nie jest wizjonerem, nie jest przywódcą, jest rzemieślnikiem władzy, który starannie kolekcjonuje wszelkie dostępne techniki dające rządowi niewywrotność. I buduje z nich zupełnie nową praktykę rządzenia. (…)

Premier Tusk opowiadający bajki o zielonej wyspie, która jest tak zielona, że trzeba Polakom odebrać emerytury, nie jest oszustem, ale wykonawcą zlecenia. Serwuje ludziom dokładnie to, czego się domagają. Tusk wie, w przeciwieństwie do jego krytyków, że wyborcy potrzebują nie pieniędzy, ale ich obietnicy, nie pomocy, ale jej iluzji, nie działań, ale terapii. Jednym słowem – mieszkańcy demokracji chcą żyć w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. (…)

Krytykę Tuska warto ograniczyć do jego realnych przewin. A wtedy podstawowy zarzut brzmiałby tak – w budowaniu nowego modelu polityki Donald Tusk zatracił miarę, posunął się za daleko. Bo przecież premier nie tyle mało robi, on nie robi nic. Powstrzymywanie się od aktywności zamiast być wskazówką miarkującą nadmierne ambicje, stało się dogmatem paraliżującym każdy ruch.

Premier poszedł zatem znacznie dalej, niż nakazują postpolityczne realia. Demokratyczna większość nie zabrania władzy wszelkiej aktywności, istnieją wielkie sfery niekontrowersyjnego wysiłku, jak choćby budowa autostrad czy aktywna dyplomacja. I w takich obszarach realizują się dziś ambicje polityczne zachodnich przywódców. Ale nie Tuska. (…)

Tuskowi niczego się nie chce. Niczego nie pragnie. Mówi, że nie myśli o przyszłych pokoleniach, że nie chce się zapisać w podręcznikach. Ewidentnie premier ma poczucie, że on pierwszy politycznej ambicji nadał dojrzałą miarę. Kłopot w tym, że jego miara wcale nie jest dojrzała. Bo podyktował ją Tuskowi nie rozum, ale emocje. W których rozżalenie miesza się z lękiem przed kolejną społeczną karą. Taką jak niewybranie KLD do Sejmu czy podwójna porażka wyborcza z 2005 roku. (…)

Donald Tusk urząd premiera uczynił silnym i stabilnym. Ale z narzędzia, które stworzył, sam nie skorzystał. Ani razu. Bo nie miał wystarczającej odwagi. Nigdy w III RP nie było premiera aż tak spiętego, aż tak ostrożnego, aż tak obawiającego się porażek. Bo nigdy jeszcze władzy nie sprawował polityk, który rządzenia najnormalniej się boi. (Robert Krasowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Analiza, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 14

Pocieszne wykwintnisie

Wysłane przez: admin w dniu: 25/03/2011

Taki Tartuffe czy Grzegorz Dyndała mieli swego Moliera, złośnica Katarzyna – swego Szekspira, a Joannie Kluzik-Rostkowskiej czy Adamowi Bielanowi musi wystarczyć Mazurek. No cóż, jaki bohater, taki Molier.

Tragikomiczna epopeja PJN zasługuje jednak nie na kpiny, lecz na chwilę zadumy, tym bardziej że nijak się skończyć nie chce. Kiedy już wydawało się, że zawieszane i wykluczane z PiS Jakubiak i Kluzik-Rostkowska nie mogą wymyślić niczego bardziej groteskowego niż zawieszanie i wykluczanie Bielana, okazało się, iż to dopiero uwertura do tej opery komicznej. Panie postąpiły bowiem zgodnie z regułą Hitchcocka (rzadko robił komedie, najśmieszniejsza to ta o ptakach), że na początku jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

I tak mamy ukradzione przez Bielana i przechowywane w tajemniczej torebeczce kody dostępu do strony internetowej PJN, co brzmi równie poważnie, jakby przechowywał tam kod dostępu do walizki atomowej Obamy. Są też zaginione listy wszystkich trzech członków nowej partii oraz cała litania łez, żali i wysyłanych do dziennikarzy esemesów z wzajemnymi złośliwościami.

Adam Słomka, to jest, przepraszam, Adam Bielan, którego brano za spryciulę, liczy teraz na nowe rozdanie. Ono z pewnością kiedyś nastąpi, tyle tylko, że każda nowa partia przyjmująca Bielana będzie musiała z nim podpisać intercyzę.

Ale generalnie i tak mamy postęp. Był już bowiem w polskiej polityce i spór między dwiema KPN rozstrzygany za pomocą wiertarki udarowej, był ROP Jana Olszewskiego powstały w wyniku podziału w ROP właściwym, z którego to ROP Olszewskiego odszedł w końcu (albo i został wykluczony za zdradę i spiskowanie z Ruskimi) sam Olszewski. Ale – i to wkład Kluzik oraz Bielana w rozwój polskiej prawicy – kodów dostępu jeszcze nie było. Jest to więc postęp technologiczny.

Mówią, że historia jest nauczycielką życia. Cóż, pjonki musiały w czasie tych lekcji wagarować. Naszych bohaterów farsy jakoś mi nie żal. Żal, że znów, jak w latach 90., będzie człowiek mógł głosować albo na złodziei, albo na wariatów.

Ech, bardzo to wszystko zabawne, tylko smutne jakieś. (Robert Mazurek)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 5

Debata emerytalna: chaos i propaganda

Wysłane przez: admin w dniu: 22/03/2011

Dwaj znani profesorowie ekonomii, dwaj politycy i dwa zupełnie różne podejścia do gospodarki. Jeden mówiący o zasadach, teorii ekonomii, martwiący się o przyszłość i drugi, dla którego ważne jest przede wszystkim tu i teraz. Obaj wzajemnie niesłuchający się i stale sobie przerywający.

To porównanie to jedyne, co większość telewidzów wyniosła z obserwacji debaty o zmianach w systemie emerytalnym pomiędzy byłym wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem a ministrem finansów Jackiem Rostowskim.

Poza tym panowie nie tylko nie rozstrzygnęli żadnego z dzielących ich sporów, ale też nie wyjaśnili telewidzom żadnego z problemów wiążących się z proponowanymi przez rząd zmianami.

Debata była prowadzona na tych samych zasadach, co cała publiczna telewizja. Nie było żadnego planu, kolejności omawiania problemów, które trzeba by rozwiązać albo choćby wytłumaczyć.

Nic z tego. Tematy zmieniały się co chwila. Żadnego nie omówiono w pełni. Moim zdaniem debatę wygrał nieznacznie Leszek Balcerowicz. Próbował, przynajmniej początkowo, ją uporządkować. Odwoływał się do zagranicznych przykładów. Natomiast Jacek Rostowski usiłował sprowadzić swego adwersarza z piedestału wielkiego reformatora do swojego poziomu.

Zwracał się do niego poufale – Leszku, choć Balcerowicz cały czas zachowywał dystans.

Pomysł ministra Rostowskiego na debatę zakładał, jak się wydaje, doprowadzenie do przeciwstawienia wad obecnego systemu korzyściom, jakie może przynieść zmiana przeprowadzana przez rząd. Według Rostowskiego ograniczenie roli funduszy emerytalnych umożliwi m.in. zwiększenie wydatków na infrastrukturę, naukę, spłatę długu, a w przyszłości także zmniejszenie podatków. Można było odnieść wrażenie, że rząd chce wprowadzić te zmiany po to, by zwiększyć wydatki na inne cele. Minister tylko raz wspomniał o tym, że mamy kryzys, ale też przypominał o swoich sukcesach w zmniejszaniu deficytu finansów publicznych.

Balcerowicz natomiast podkreślał znacznie faktu, że obecny system w dużej mierze jest oparty na prawdziwych oszczędnościach, że pozytywnie wpłynie na świadczenia przyszłych emerytów i na całą gospodarkę. Ten przekaz był jaśniejszy i bardziej wyrażał troskę o Polaków.

Mimo chaotycznego sposobu prowadzenia debata była potrzebna. Wielu Polaków miało okazję posłuchać argumentów dotyczących rządowych propozycji, które dotkną ich przyszłych emerytur. Myślę, że warto byłoby nawet powtórzyć taką dyskusję. Potrzebne są jednak do tego profesjonalna telewizja i prowadzący, dla których najważniejsze jest dobro widzów, a nie eksponowanie własnej osoby. (Paweł Jabłoński)

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą | Komentarze: 9

Zagadka 10.IV.2010

Wysłane przez: admin w dniu: 20/01/2011

Nie, nie chodzi tutaj o przyczyny katastrofy smoleńskiej, w każdym razie nie bezpośrednio. Chodzi o to gdzie byli i jak wracali do Warszawy Premier Tusk i Marszałek Komorowski po otrzymaniu informacji o katastrofie.

PYTANIE 1: JAKIM ŚRODKIEM TRANSPORTU WRACAŁ DO WARSZAWY PREMIER TUSK?

Donald Tusk w Sejmie w dniu 19.01.2011:
“Nie wiem, jakiego typu tempa pani oczekuje od BOR, jeśli chodzi o przewóz samochodem na trasie Gdańsk – Warszawa. Posiedzenie Rady Ministrów rozpoczęło się w Warszawie o godz. 13.40, tzn. w momencie, kiedy wszyscy ministrowie dotarli na miejsce. W przeciwieństwie do niektórych polityków ja  wtedy, kiedy jadę samochodem rządowym, nie zastępuję kierowcy BOR i nie dyktuję mu warunków, jak szybko ma jechać, ale wydaje się, że…
(Gwar na sali)
(Głos z sali: Bardzo śmieszne.)
…dwie i pół godziny jazdy z Gdańska do Warszawy daje wyobrażenie, jak bardzo służby starały się możliwie szybko dowieźć premiera do Warszawy.”

Kalendarium wydarzeń na gazeta.pl:
“godz. 9.50 Premier Donald Tusk leci z Gdańska do Warszawy - poinformowało Centrum Informacyjne Rządu.”
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752573,Prezydent_Lech_Kaczynski_nie_zyje__Katastrofa_samolotu.html?as=10&startsz=x

Kalendarium wydarzeń Newsweek’a:
“godz. 9.49 - Premier Donald Tusk przerwał odpoczynek i leci z Gdańska do Warszawy”
http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:UETEsHqUDaMJ:www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/katastrofa-prezydenckiego-samolotu–kalendarium-zdarzen,56515,1+10+kwietnia+tusk+%22do+warszawy%22+nadzwyczajne&cd=2&hl=pl&ct=clnk&gl=pl

Kalendarium na portalu mmtrojmiasto.pl:
“Godz. 10.09 Premier rządowym śmigłowcem wraca z Trójmiasta do Warszawy”
http://www.mmtrojmiasto.pl/blog/entry/5239/Katastrofa+w+Smole%C5%84sku+minuta+po+minucie.html

PYTANIE 2: SKĄD WRACAŁ DO WARSZAWY MARSZAŁEK KOMOROWSKI?

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski wraca z Trójmiasta do Warszawy - poinformowała kancelaria marszałka.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752599,Marszalek_Sejmu_jedzie_do_Warszawy__Bedzie_pelnil.html

Kalendarium wydarzeń na tvn24.pl:
“Godz. 10:25 - Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski wraca Trójmiasta do Warszawy - informuje kancelaria marszałka”
http://www.tvn24.pl/12690,1651579,0,1,katastrofa-minuta-po-minucie,wiadomosc.html

Portal blogmedia.pl:
Bloger stan34 cytuje wywiad Komorowskiego w “Le Monde”, gdzie ten opowiada, że “w chwili otrzymania wiadomości od Sikorskiego, przebywał…. wraz z synem na urlopie na Mazurach. Poprosił syna o wyprasowanie koszuli, ubrał ciemny garnitur i udał się samochodem do Warszawy”.
http://blogmedia24.pl/node/43386

Autor linkuje również do wywiadu Komorowskiego z J.Żakowskim, w którym dziennikarz pisze: “Kiedy prezydencki samolot rozbił się pod Smoleńskiem, marszałek był w swoim letnim domu w Budach Ruskich na Pojezierzu Suwalskim. Dobre cztery godziny jazdy od Warszawy”.
http://archiwum.polityka.pl/art/czy-marszalek-daje-rade,427786.html

Tymczasem już o godz. 12:03 wg rzecznika rządu P. Grasia: “Marszałek Bronisław Komorowski już automatycznie przejął obowiązki prezydenta”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752573,Prezydent_Lech_Kaczynski_nie_zyje__Katastrofa_samolotu.html?as=8&startsz=x

Proszę odliczyć 4 godziny. A więc Komorowski nie mógł przejąć obowiązków głowy państwa osobiście - bo wg jego własnych słów - jechał wtedy do Warszawy samochodem z Mazur. Chyba że…

FASCYNUJĄCE.

Kategoria: Analiza, Donaldu, Donaldu..., Wpadka Komorowski | Komentarze: 21

Kryminał górą

Wysłane przez: admin w dniu: 06/12/2010

Polityczne wnioski z wyborów samorządowych nie są jednoznaczne. Po II turze mam wrażenie, że sukces odniosła filozofia “naszości” kandydata. Dla partii politycznych to rzecz ponad wszystko, a wyborcy nie krępują się głosując na ludzi, którzy mają problem z wymiarem sprawiedliwości.

Wiem, wygrał tylko Karnowski w Sopocie. Małḱowski w Olsztynie, Bartyla w Bytomiu - przegrali. Ale minimalnie! Oskarżony o gwałt i molestowanie niezależny kandydat z Olsztyna, podejrzani o korupcję z Sopotu (medialne poparcie PO, premiera) i Bytomia (oficjalne poparcie PiS) radziliby sobie chyba nieco gorzej, gdyby główne partie zadeklarowały, że domniemanie niewinności w tej sferze nie obowiązuje, że do polityki wracać wolno po prawomocnym uniewinnieniu.

Jeszcze Łódź, sztab PO i migawka: Mirosław Drzewiecki przedziera się ku Hannie Zdanowskiej, by triumfalnie rzucić się jej na szyję. Wiem, to formalnie inna bajka: Drzewiecki nie jest o nic podejrzany. Ale stenogramy powinny były wystarczyć, by zniknął ze sceny. Jego obecność w mediach i w klubie poselskim PO to sygnał czytelniejszy nawet niż sopocki. Aczkolwiek Sławomir Nowak zrobił wczoraj wiele, by zmienić te proporcje: po triumfie Karnowskiego radośnie opowiadał do kamer, że “progres jest wyraźny”, a ludzie “chcą spokoju i wybierają stabilność”.

W kategoriach politycznych po II turze, tak jak po I, żadna z głównych partii nie ma powodów do radości. PiS poniosło spektakularne porażki na Ścianie Wschodniej. Platforma - mniej głośne, ale liczne na Śląsku i w Zagłębiu. Ważne, że nie były to rywalizacje “peowca” z “pisowcem”, nieliczne w II turze. Jedni i drudzy przegrywali z niezależnymi i kandydatami SLD. To z lewicą PiS przegrało w Łomży i Włocławku, a Platforma poniosła klęskę w Częstochowie oraz porażki w Koninie, Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej. (Krzysztof Leski)

Kategoria: Analiza, Nasze mordy kochane | Komentarze: 5

I kto tu jest politycznym samobójcą?

Wysłane przez: admin w dniu: 22/11/2010

Na zewnątrz działacze Platformy Obywatelskiej będą oczywiście prezentowali swoje wyniki jako sukces. Wewnątrz znajdą dziesiątki usprawiedliwień, w tym ten prezentowany już przez ich medialnych sympatyków: ludzie nie czuli strachu przed powrotem PiS do władzy (na marginesie - skąd ta teza o strachu się bierze, nie wiem. Strach niektórych redaktorów i oligarchów to jeszcze nie strach ludzi).

Ale rzut oka na wyniki wyborów do sejmików wojewódzkich i kilka innych starć w wielkich miastach pokazuje, że czas dominacji PO się kończy. To wprawdzie wprost partia numer 1, ale już nie jedyny pretendent do wygranej i nie oczywisty twórca kolejnego rządu. Z trudem, ale jednak można sobie wyobrazić inne rozwiązania koalicyjne. Jeśli nawet z Donaldem Tuskiem w roki kolejnego premiera, to z silnym partnerem koalicyjnym. Na ile znam Grzegorza Schetynę, na ile rozumiem Donalda Tuska, to oni też to rozumieją i szampana pić nie będą. (…)

Ale nie miejmy złudzeń. Od dawna wiadomo, że nie jest ważne jak głosują Polacy. Liczy się kto ich wybory polityczne komentuje. W jednym z radiowych wieczorów wyborczych chór komentatorów, już po ogłoszeniu wyników wyborów, nadal nadawał o “samobójczej” strategii Jarosława Kaczyńskiego…

Ha! Popatrzmy jeszcze raz na wyniki i zapytajmy - kto tu jest politycznym samobójcą? I czyja strategia, czyje rządy za kilka miesięcy mogą okazać się beznadziejne? (Michał Karnowski)

Kategoria: Analiza, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 4