Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 'Analiza' Kategorie


Wpisy usunięte z profilu KPRM na Facebooku nie były wulgarne

Wysłane przez: admin w dniu: 26/01/2012

Nie pięć tysięcy, a 7774 - tyle wpisów internautów przeciwnych umowie ACTA usunęła kancelaria premiera ze swojego profilu na Facebooku. Takie informacje - które zaprzeczają twierdzeniom Centrum Informacyjnego Rządu - otrzymaliśmy od firmy zajmującej się monitorowaniem serwisów społecznościowych. Wbrew twierdzeniom rządowych urzędników, zdecydowana większość usuniętych wpisów nie była wulgarna.

Według firmy Fanpage Trender, z profilu KPRM na Facebooku usunięto w trzech wątkach 7774 posty, zamieszczone przez 3226 osób (tzw. unikalnych użytkowników).

Firma dokładnie prześwietliła wpisy także pod kątem wulgaryzmów. A to dlatego, że w piśmie, które otrzymaliśmy od Centrum Informacyjnego Rządu, urzędnicy tłumaczyli, że posty zostały usunięcie właśnie z powodu wulgaryzmów. Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane - przekonywali urzędnicy.

Analiza firmy, która się z nami skontaktowała, wykazała jednak, że te twierdzenia nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Wulgarne komentarze stanowiły jedynie ułamek wszystkich usuniętych postów - dokładnie 1,49 procent. Dla Jana Zająca z Fanpage Trender wniosek jest oczywisty: To pokazuje, że nie potrzeba ACTA, żeby wypowiedzi w internecie były cenzurowane. Co więcej, pokazuje to przede wszystkim, że kancelaria premiera ewidentnie mija się z prawdą w oficjalnych wyjaśnieniach, które przekazuje opinii publicznej. (rmf24.pl)

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA I JESZCZE WIĘCEJ KŁAMSTW… Ta ekipa kłamie nawet przez sen.

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | 1 Komentarz

Pretekst dla cenzora

Wysłane przez: admin w dniu: 25/01/2012

Usłyszałem właśnie od obrońców ACTA, że „gospodarka traci” na piractwie. Nie „gospodarka traci”, tylko niektóre koncerny tracą, dlatego starają się wprząc państwo w walkę z piractwem.

W efekcie policja, zamiast szukać złodzieja, który ukradł sąsiadowi rower, sprawdza, czy sąsiad nie ma aby na komputerze nielegalnych plików z grą, w której ścigają się kolarze. Jak ktoś ukradł rower, to ktoś już go nie ma, a ma ktoś inny. A jak ktoś „ściągnął” grę, to jej twórca ma ją nadal, lecz nie ma zysku z tego, że ktoś jej używa. Dlaczego jednak to właśnie ma być w sposób szczególny penalizowane i ścigane?

Prawa autorskie to wymysł cenzorów! W XVI-wiecznej Anglii autorzy nie byli zagrożeni przez pojawienie się prasy drukarskiej (pierwszej na świecie maszyny kopiującej). Wręcz przeciwnie. Była to dla nich wielka szansa na dotarcie ze swoimi dziełami do szerszej grupy odbiorców. To było zagrożenie dla rządu. Nowa technologia ułatwiała rozpowszechnianie dzieł „wywrotowych”. Podobnie jak dziś Internet. Utworzono więc cech prywatnych cenzorów Londyńskie Zrzeszenie Sprzedawców Papieru. W zamian za kontrolowanie tego, co było drukowane, zrzeszenie otrzymało przywilej sprzedaży wszystkich druków i konfiskaty wydanych bez pozwolenia. Gdy rząd złagodził cenzurę, członkowie zrzeszenia ukuli teorię, że autorów nie stać na rozpowszechnianie ich dzieł, więc powinni móc sprzedawać swoje prawa tym, którzy będą ich chronić! Pewnie dlatego dziś argumenty obrońców ACTA tak bardzo przypominają mowę… cenzorów.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie można przecież mówić o „stratach dla gospodarki”, bo pieniądze niewydane na jeden rodzaj dóbr są przeznaczane na coś innego. Jeśli ktoś nielegalnie skopiuje jakiś program, a wyda więcej na piwo, to gospodarka nie traci, a producenci piwa i budżet (z uwagi na podatek akcyzowy pobierany od piwa, a nie od programów komputerowych) nawet zyskują.

Równocześnie przeciwnicy „własności intelektualnej” koncentrują się tylko na jednym jej aspekcie i nie biorą pod uwagę tego, że czym innym jest kopiowanie jakiegoś utworu, a czym innym sprzedawanie go jako własnego albo robienie podróbek. Bo jednak własność istnieje. Piszę to, popijając coca-colę, i nie uważam bynajmniej, że inni producenci cieczy w podobnym kolorze powinni mieć prawo sprzedawania jej w takich samych butelkach. Tylko czy jedno i drugie powinna regulować jedna ustawa? Nie! Dlatego sądzę, że ochrona prawa do butelki może być tylko pretekstem do przywrócenia cenzury. (Robert Gwiazdowski)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 5

Kto przeprosi generałową i rodziny pilotów

Wysłane przez: admin w dniu: 17/01/2012

Ze stenogramów krakowskich ekspertów jasno wynika, że gen Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa nie było, a drugi pilot prawidłowo podawał wysokość

Uważna analiza stenogramów sporządzonych przez biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna obala tezę, że presja gen. Błasika była jednym z czynników mogących mieć wpływ na katastrofę. Nic bowiem nie wskazuje na obecność dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie Tu-154M. Trudno wszak wyobrazić sobie, iż pojawienie się w kabinie pilotów dowódcy Sił Powietrznych nie wywołuje żadnej reakcji załogi. Tymczasem reakcji takiej w krakowskich stenogramach nie sposób się dopatrzyć.

Kluczowe znaczenie ma odkrycie, że słowa przypisywane wcześniej gen. Błasikowi wypowiedział drugi pilot. Konstatacja ta obala drugą istotną tezę raportu Jerzego Millera: że załoga nie miała pojęcia, na jakiej wysokości się znajduje, bo odczytywała wskazania z niewłaściwego wysokościomierza. Okazuje się, że drugi pilot mjr Robert Grzywna prawidłowo podawał wysokość. Co więcej, komenda “odchodzimy” padła na właściwej tzw. wysokości decyzji, czyli na 100 m.

Ze stenogramu jasno też wynika, że piloci natychmiast zareagowali na komunikat systemu TAWS “pull up” (”do góry”). Tymczasem Tatiana Anodina, szefowa MAK, wspierana przez Aleksieja Morozowa, szefa rosyjskiego komitetu śledczego, przekazała światu komunikat o nietrzeźwym polskim generale wywierającym naciski na pilotów, którzy nie wiedzieli, na jakiej wysokości się znajdują i którzy lekceważą ostrzeżenie “pull up”.

Niestety, w miejsce starych kłamstw i przeinaczeń pojawiają się nowe. Tournée po stacjach telewizyjnych wykonuje płk Edmund Klich basujący rosyjskiej propagandzie. Furda, że Rosajnie kłamali, furda, że fałszowali wyniki sekcji zwłok. Tym razem koronnym dowodem na obecność gen. Błasika w kokpicie ma być rosyjska ekspertyza. Ekspertyza, która ze stron MAK zniknęła, chciałoby się powiedzieć, jak kamfora. A właściwie – jak kluczowy zapis wideorejestratora ze smoleńskiego baraku, dla niepoznaki zwanego wieżą kontroli lotów.

Ale “rękopisy nie płoną”, zwłaszcza w dobie Internetu, i słynną ekspertyzę 37 można odnaleźć. Jej lektura pozwala na konstatację, że przesłanką wyjściową była teza: słychać głos Błasika. Reszta ekspertyzy do tego jest dopasowana na wątłych dowodach.

Pytanie narzuca się samo – kto powinien przeprosić bliskich pilotów? Ja przepraszam za dziennikarzy. (Cezary Gmyz)

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą | Brak komentarzy »

Gdzie Platforma schowała swych słynnych fachowców

Wysłane przez: admin w dniu: 15/01/2012

Reforma szkolnictwa schrzaniona. Reforma służby zdrowia – rząd wycofuje się rakiem. Prokuratura –kompromitacja. Co eksperci PO zrobili z naszym państwem.

Kolejny tydzień kryzysu refundacyjnego potwierdził to, co przeczuwali jeszcze niedawno wszyscy. Ustawa refundacyjna – zmieniana w ostatnich dniach w szaleńczym tempie w Sejmie – wcale nie jest takim cudem, jak dotychczas przekonywali premier i minister zdrowia. Ba, nawet sam Grzegorz Schetyna w wywiadzie radiowym przyznał, że rząd nie poradził sobie kompletnie z przekonaniem Polaków do tego, że ta ustawa jest świetna. Dlatego musiał się z części propozycji godzących w lekarzy i aptekarzy zacząć wycofywać. Sprawa jest powszechnie znana, mnie jednak zastanawia co innego.

Kryzys refundacyjny jest bowiem i merytoryczną i wizerunkową porażką rządu. PO starała się wszak budować wizerunek fachowców, nie ideologów, ale chłopaków od ciężkiej roboty, którzy nie chcą zatruwać życia obywateli sporami, lecz chcą wziąć na siebie trud administrowania państwem, zapewnienia nam słynnej ciepłej wody w kranie. Poległa nie tylko na kolejach czy terminowym wykonaniu autostrad. Nie tylko na reformie obniżającej wiek szkolny, tak by sześciolatki szły obligatoryjnie to pierwszej klasy. Poległa nie tylko na prezydencji i obietnicach, że tylko europejski rząd PO zapewni Polsce należne nam miejsce przy stole obrad Euro Grupy. Ale poległa też w sferze służby zdrowia: kolejki wcale się nie zmniejszają, podobnie jak i długie szpitali. Reforma refundacyjna, która miała być sukcesem okazała się niewyobrażalną klęską. Okazało się też, że PO jest pijarowsko niezdolna do przykrycia swej porażki w tej dziedzinie. To naprawdę zdumiewające, bo w czym jak w czym, ale w pozyskiwaniu sobie sympatii Polaków, Platforma była niezła.

Dlatego zastanawiam się gdzie się podziali ci wszyscy fachowcy Platformy. Gdzie ich schowano? Może wysłano na urlop? Może zwolniono w ramach oszczędności? Wszak jeśli przypomnieć podstawowe cele, jakie stawia się nowoczesnemu państwu, widzimy same klęski. Podstawowe usługi publiczne to infrastruktura transportowa, edukacja, służba zdrowia i wymiar sprawiedliwości. (Michał Szułdrzyński)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Analiza | Komentarze: 3

Nienaganna dykcja Pułkownika Przybyła

Wysłane przez: admin w dniu: 12/01/2012

Nie daje mi od przedwczoraj spokoju konfrontacja jednego obrazu i jednego zapisu dźwiękowego. Obraz to komputerowa symulacja toru pocisku, który przestrzelił policzek prokuratora Przybyła, emitowana przez TVN24. Symulacja pokazuje jak pocisk wnika w policzek od wewnątrz i wychodzi na zewnątrz. Zapis dźwiękowy to króciutki wywiad pułkownika Przybyła dla Radia Zet oraz dla dziennikarza PAP, p. Rafała Pogrzebnego.

Każdy, kto wysłucha zapisów dźwiękowych tych wywiadów musi zwrócić uwagę na nieganną dykcję i artykulację głosową prokuratora Przybyła. I tu mamy problem. Problem ten skonsultowałem z moim prywatnym konsultantem społecznym, byłym funkcjonariuszem jednostki antyterrorystycznej, który z racji zawodu na broni palnej i obrażeniach, jakie ona powoduje, zna się dobrze. (…)

Jeśli prawdziwa jest hipoteza(…) o strzale z przyłożenia od zewnątrz policzka, to generał prokurator Parulski znajduje się w nader trudnej sytuacji. Kto, jak kto, ale prokurator wojskowy z trzydziestoletnim dokładnie stażem, powinien umieć przeprowadzić takie właśnie rozumowanie, jakie ja, od zawsze cywil, powyżej przeprowadziłem. Jeśli przeprowadził takie rozumowanie, a mimo to wystawił swoistą laurkę pułkownikowi Przybyłowi, to wprowadził w błąd nie tylko opinię publiczną, ale i Prezydenta Rzeczpospolitej. I powinien ponieść konsekwencje.

Dlatego nie tylko ja, ale też: Prezydent RP, Prezes Rady Ministrów, Minister Sprawiedliwości, Minister Obrony Narodowej oraz Prokurator Generalny powinni domagać się jednoznacznego komunikatu medycznego i opinii biegłych, która odpowie na pytanie: z jakiego przyłożenia postrzelił się w policzek prokurator pułkownik Przybył? (Ludwik Dorn)

Kategoria: Analiza, Nasze mordy kochane | Brak komentarzy »

Czy to była próba samobójcza? Co chciał powiedzieć pułkownik Przybył?

Wysłane przez: admin w dniu: 10/01/2012

Sprawa Mikołaja Przybyła ma bardzo dużo wątków, spróbuję odnieść się do najistotniejszych. Najpierw wrażenia. Nie daje mi spokoju kwestia zamiaru pułkownika. Przez cały dzień słyszymy o samobójczej próbie postawnego, dziarskiego, twardego zapewne oficera Wojska Polskiego, a więc zdarzeniu rzadkim, w dodatku popełnionym w tak spektakularnych okolicznościach – niemalże na oczach dziennikarzy.

W obliczu tego faktu zadaję sobie przede wszystkim pytanie: dlaczego przyszły samobójca mówi tak mało? Nie chcę bawić się w psychologa, bo nie mam do tego żadnych kompetencji, ale wszak człowiek zdesperowany, gotowy na ostateczny krok, wygłaszający swoje OSTATNIE oświadczenie powinien zachowywać się nieco inaczej i mówić nieco dosadniej. Po kilkakrotnym przeczytaniu treści jego wystąpienia, zastanawia mnie, dlaczego nie wyjawił, o co dokładnie chodzi w sporze prokuratury wojskowej z cywilną – dlaczego tak niebezpieczne ma być ich połączenie? Dlaczego nie wygarnął „urzędnikom prokuratura generalnego” wszystkiego? Dlaczego nie powiedział, które śledztwa dotyczące grabienia wojskowego mienia są zagrożone? Dlaczego, z takim przekonaniem mówił o swojej racji w materii zasadniczej – czyli uzasadnionym wnioskowaniu o billingi i treść sms-ów dziennikarzy – a jednak zdecydował się strzelić sobie w głowę?

Dodajmy do tego obrażenia pułkownika – powierzchowne, „uraz twarzoczaszki”, informację o zabiegu przeprowadzonym dopiero po dziewięciu (!) godzinach od dramatu, po półtoragodzinnym oczekiwaniu na anestezjologa zajętego innym zabiegiem, o całkowitej przytomności prokuratora i o tym, że zapewne następnego dnia opuści szpital. Czy nie ma więc podstaw do zastanowienia - oficer miał mnóstwo szczęścia, czy też wystrzelił perfekcyjnie?

Przybył z pewnością misternie przygotował występ – łącznie ze wstrząsającym finałem. Skoro – wbrew przepisom – zabrał do prokuratury prywatną broń, skoro od rana planował przerwę w konferencji (o czym mówią dziennikarze rozmawiający z nim na długo przed konferencją), skoro wreszcie wypełniał plan tak spokojnie i skrupulatnie, jak widać na filmach. (Marek Pyza)

Kategoria: Analiza | 1 Komentarz

Życie z dziurą w potylicy

Wysłane przez: admin w dniu: 07/01/2012

Profesorowie, którzy dokonali obliczeń przedstawionych przez Macierewicza są uznanymi fachowcami, ale oczywiście mogli się mylić. Tylko nikt nie przedstawia żadnych innych obliczeń, nikt z nimi nie polemizuje na argumenty i fachową wiedzę.

Jedynym powodem, dla którego mamy im nie wierzyć, jest chóralny rechot jaśnie oświeconych i fakt, że wyliczenia te przedstawił Macierewicz. Jedynym powodem, dla którego mamy nie myśleć o tragicznej zagadce, jest fakt, że „z oficjalnych materiałów śledztwa nie wynika”. Nie wiem, czy widzieli Państwo ten żenujący spektakl, jakim był wywiad Moniki Olejnik z prokuratorem Seremetem: Panie prokuratorze, a Macierewicz mówi, że tupolew się rozpadł? Z oficjalnych materiałów śledztwa to nie wynika, odpowiada prokurator. A Macierewicz mówi też… Z oficjalnych materiałów śledztwa to nie wynika… A co może, kurwa mać, wynikać z oficjalnych materiałów śledztwa, jak w nich gówno w ogóle jest?! Zero najważniejszych dowodów, zero danych, nic − co w tej samej rozmowie, kilka minut później, pan prokurator generalny sam przyznał oględnymi słowy, że „czekamy na udostępnienie przez stronę rosyjską…” Jak by niby mogło cokolwiek wynikać, skoro „oficjalne materiały” i całe „śledztwo” było tylko udowadnianiem z góry założonej tezy winy pilota, niszczeniem i ukrywaniem wszystkiego, co do niej nie pasowało, oraz fabrykowaniem różnych świństw mających sugerować „naciski”?!

Proszę wybaczyć, że się unoszę. Jak się nie unosić? Przecież wszystkie te „śledztwa”, o którym nam może opowiadać pan Seremet, to jak w tej anegdocie Suworowa: skąd pan bierze pieniądze? Z kasetki. A skąd się biorą pieniądze w kasetce? Żona wkłada. A żona skąd ma pieniądze? Ja jej daję. A pan skąd bierze pieniądze? Wyjmuję z kasetki. Kasetka nazywa się MAK, względnie generał Anodina. A wszystko, co z tej kasetki wychodzi, jest równie wiarygodne, jak tamto wyjaśnienie Stalina: „rozbiegli się. Może uciekli do Mandżurii”…

Nie, to przecież niemożliwe, żeby Putin i jego czekiści mogli robić takie rzeczy. No, otruć Litwinienkę, wysadzić parę domów w Moskwie, żeby był pretekst do zaorania Czeczenii, to jeszcze, ale nie TO. Nie można w to uwierzyć. Trzeba myśleć rozsądnie. Jasne, wszyscy chcemy myśleć rozsądnie, wszyscy chcemy wierzyć, że to niemożliwe. No, prawie wszyscy − poza smoleńskimi wdowami i poza tymi, których rozmiar tego kłamstwa tak poraził i przeszył, że, jak Ewę Stankiewicz czy Joasię Lichocką zamienił w mickiewiczowskie upiory, próbujące kąsać rodaków i zarażać ich tym, co wszak najnormalniejsze, najoczywistsze, najbardziej ludzkie, ale właśnie dlatego − nie do przyjęcia, bo burzy cały porządek świata. A przecież trzeba żyć normalnie. (…)

Próbujemy jakoś nie zauważać, że mamy dziurę w potylicy. Żyć, jakbyśmy jej nie mieli. Jednym to wychodzi lepiej, innym gorzej, ale, generalnie, okazuje się, że można. Przynajmniej przez jakiś czas. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Analiza, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Brak komentarzy »

Radość na zadupiu

Wysłane przez: admin w dniu: 25/12/2011

Boże Narodzenie to święto wiochy, oszołomstwa i obciachu. W ogóle, całe chrześcijaństwo ma taki właśnie sens.

Kamieniem węgielnym stał się ten właśnie kamień, którym budowniczowie wzgardzili i który odrzucili. Pan świata urodził się na zadupiu ówczesnej cywilizacji, w pogranicznym kraiku, a i tu nie w stolicy prowincji, tylko na wsi, w jakimś zapyziałym chlewie, w rodzinie słabo wykształconej i utrzymującej się z pracy fizycznej. Anioł poinformował o tych narodzinach tylko jakichś pastuchów, nie racząc się w ogóle pofatygować do środowisk opiniotwórczych. A i potem, kiedy Jezus dorósł i zaczął działalność publiczną, do samego końca nie było przy nim ani jednego intelektualisty, liczącego się działacza czy lidera biznesu, tylko zbieranina rybaków, celników i podobnej gołoty, nawet jakaś prostytutka.

Taki jest duch świętującego dziś chrześcijaństwa: ostatni będą pierwszymi. Można to różnie przekładać na pojęcia współczesne. Można na przykład tak: drugi obieg będzie pierwszym. A potem, z czasem (jak stało się niegdyś z kontestatorami „salonu warszawskiego”) w ogóle jedynym.

Tak, to oczywiście aluzja do filmu „Przebudzenie”, który podarowała nam pod choinkę Joanna Lichocka, i do wczorajszego artykułu Łukasza Warzechy. Nie będę dziś się wdawał ani w recenzję, ani w polemikę. Film jest zapisem zjawiska, którego tzw. elity nie zamierzają widzieć, a jeśli przyjmują coś do wiadomości, to tylko swój komentarz o nim. Zjawiska nie z tylko dziedziny polityki, z której je − co oczywiście stanowi podejście uprawnione − rozliczał Łukasz. Przede wszystkim, jest to zapis pewnego ludzkiego odruchu. Odruchu sprzeciwu wobec, jak to przy święcie ująć najdelikatniej, łajdactwa.

Przy betlejemskim żłóbku pewne sprawy powinny być proste. Żyjemy w kraju, w którym uczciwe reguły sporu, debaty publicznej i polityki, zostały złamane i są łamane coraz bardziej. W kraju do głębi niesprawiedliwym, rządzonym przez cwaniaków z wyrosłej na PRL nomenklatury. Rządzący szabrują tu dobra, które powinny być wspólną własnością i wspólnym pożytkiem wszystkich, a że granice rabunku zostały już osiągnięte, wysługują się za materialne korzyści obcym potęgom, wyprzedając dobrobyt przyszłych pokoleń. Społeczeństwo, zdemoralizowane i zagonione za zaspokojeniem najprostszych potrzeb, utrzymywane jest w bierności przekupstwem (nie wiedząc, że za pozory dobrobytu przyjdzie kiedyś zapłacić z lichwiarskim procentem) i kłamstwem. Media, zwłaszcza te najbardziej masowe, zmieniły się w jeden wielki seans nienawiści i pogardy pod adresem opozycji, w nieustające szczucie, judzenie, szydzenie i straszenie, które dzień po dniu łamać ma odruchy uczciwości i pogrążać rządzonych w apatycznym przekonaniu, że trzeba się pogodzić z podłą, głupią, nieudolną oraz złodziejską władzą, bo może być tylko jeszcze gorzej. Masa tzw. autorytetów kolaboruje w tym dziele, kłoni się przed rządzącym Towarzyszem Szmaciakiem „cnotę i mądrość jemu przypisując”, i jest za to wynagradzana. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Nasze mordy kochane | Komentarze: 6

Premier bawi się w doktora, czyli kontynuacja

Wysłane przez: admin w dniu: 15/11/2011

W dniu wyborów premier Donald Tusk zapewniał, że teraz wszystko będzie robił cztery razy szybciej, żeby fale nadciągającego kryzysu nie zalały naszej zielonej wyspy. Wszystko z wyjątkiem formowania rządu, który od ogłoszenia wyborów formuje się już 5 tygodni i jeszcze kilka dni potrwa. Widocznie rząd nie jest najważniejszy w walce z kryzysem.

Jednak jest możliwe, że krzywdzę premiera tą kpiną, bo tuż po wyborach ogłosił, że nowy rząd powstanie dopiero od przyszłego roku. Wtedy wszystko jest jasne – premier zamierzał powołać nowy rząd 20 tygodni po wyborach i wywiązuje się z obietnicy – pięć to jest cztery razy mniej niż dwadzieścia.

Wszyscy, którzy podejrzewali, że Donald Tusk nigdy nie wyrósł z dziecięcych zabaw i fascynacji, mają teraz potwierdzenie swoich obaw. Premier obejmując Ministerstwo Zdrowia, zapewnił sobie bezpośredni dostęp do akcesoriów lekarskich i personelu medycznego. A pyszna jest zabawa w doktora, sam jeszcze pamiętam z lat chłopięcych. Natomiast biorąc pod swoje skrzydła infrastrukturę, może pobawić się prawdziwymi pociągami, o czym zapewne marzył jako dzieciak, gdy z rozdziawioną buzią oglądał zabawki na wystawie sklepowej. Szkoda tylko, że precedens dziecięcych upodobań polityków jest raczej smutny – jeden psychiatra z otoczenia premiera przez cztery lata bawił się w wojsko. Skutki są gorzej niż opłakane.

Minister Rostowski usiłuje stosować się do zalecenia premiera i ułożył trzy wersje budżetu państwa na jeden rok. Co prawda, jeśli chce ściśle przestrzegać narzuconych przez Tuska reguł, to powinien dorzucić jeszcze jedną wersję. Wtedy będzie mógł popatrzeć premierowi śmiało w oczy i zameldować, że zadanie wykonane. Wyobrażam sobie, co zrobi nowy minister edukacji, żeby przypodobać się premierowi – w tym resorcie normą było kilka zmian w programach nauczania rocznie. Biedne dzieci.

Jeszcze zabawniejsza od tych gier i zabaw szefa rządu jest konfuzja prorządowych mediów, które spodziewały się, że spłoszony kryzysem premier w dwa dni utworzy rząd i reformy ruszą z kopyta. Tymczasem Tusk bawi się w doktora, a gdy mu się znudzi, to napiernicza się z kolegami w partyjnej piaskownicy. A niby dlaczego miałoby być inaczej, skoro do tej pory nicnierobienie przynosiło mu same polityczne zyski?

To rozczarowanie bezwładem Tuska w obliczu kryzysu jest tym dziwniejsze, że wszyscy jego zwolennicy pocieszali się przed wyborami, iż w wypadku zwycięstwa będzie kontynuacja. No to jest kontynuacja i to nawet bardziej zdecydowana niż w pierwszej kadencji – druga zaczęła się od zaniechania powołania nowego rządu. Rzadko można doświadczyć tak udanej kontynuacji. (Seaman)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Analiza, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Komentarze: 10

Nie mówcie, że państwo działa sprawnie

Wysłane przez: admin w dniu: 26/10/2011

Wątpliwości co do pracy Biura Ochrony Rządu pojawiały się od pierwszych chwil po katastrofie smoleńskiej. Ale wszystkie trudne pytania i zarzuty stawiane przez dziennikarzy odpierano. Dziś dowiadujemy się, iż prokuratura nie wyklucza, iż przed katastrofą doszło jednak do niedopełnienia obowiązków przez BOR.

W „Rzeczpospolitej” dziesiątki razy pisaliśmy o tym, jak źle działa aparat państwowy, jak słabe i nieudolne jest państwo. Niemal za każdym razem przedstawiciele rządu i bliskie establishmentowi politycznemu media wykpiwały takie opinie.

Dowodem na to, że polskie państwo dobrze funkcjonuje, miały być godnie i sprawnie zorganizowane pogrzeby ofiar smoleńskiej katastrofy oraz szybkie przejęcie obowiązków prezydenta przez ówczesnego marszałka Sejmu.

Niestety, to dowód wysoce niewystarczający. Państwo polskie nie zdało egzaminu ani przed katastrofą, ani po niej. Po licznych dziennikarskich publikacjach i raporcie Millera nikt już nie zaprzecza, że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego działał skandalicznie. A teraz dowiadujemy się, że być może podobna sytuacja była w Biurze Ochrony Rządu.

Czy możemy się czuć bezpiecznie w państwie, w którym rzeczy oburzające działy się w kluczowej jednostce wojskowej zajmującej się transportem najwyższych jego przedstawicieli? W którym swoich obowiązków nie dopełniała specjalistyczna formacja odpowiedzialna za bezpieczeństwo tych przedstawicieli? Na dodatek jej szef Marian Janicki dostaje w nagrodę awans?

A nie wolno zapominać, że Polska od wiele miesięcy nie jest w stanie odzyskać z Rosji czarnych skrzynek i wraku samolotu, którym leciał polski prezydent. Czego jeszcze musimy się dowiedzieć, by opinia o nieudolności i słabości polskiego państwa nie była podważana?

Przestańmy się wreszcie w imię doraźnych interesów politycznych i partyjnych rozgrywek okłamywać. Jeśli nie wyciągniemy konsekwencji z tego, co się stało, nie odrobimy wszystkich lekcji i nie wskażemy popełnionych błędów oraz osób za nie odpowiedzialnych, to następnym razem zdarzy się coś jeszcze gorszego. Choć trudno już sobie wyobrazić, co to mogłoby być. (Igor Janke)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 3