Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: '10 cudownych obietnic' Kategorie


W oparach puczu

Wysłane przez: admin w dniu: 24/04/2012

Podczas piątkowej konferencji prasowej premier Donald Tusk przekonywał, że jego rząd „jest w stanie zapewnić w Polsce bezpieczeństwo i porządek”. W obliczu, rzecz jasna, nadciągającego puczu Jarosława Kaczyńskiego.

Słowa te padły z ust człowieka, który w kwietniu 2010 r. nie potrafił zapewnić „bezpieczeństwa i porządku” podczas jednodniowej wizyty głowy państwa w Katyniu. Jak więc mamy mu zaufać? Czy tak niekompetentny premier może nas uchronić przed krwawą rzezią, jaką szykują nam kaczystowscy siepacze? Kto będzie kierował obroną siedziby rządu przy Alejach Ujazdowskich? Generał Marian Janicki, legendarny weteran BOR? Kto będzie zabezpieczał polskie wybrzeże? Kadłub gawrona? Czy armię będzie stać na paliwo do czołgów i wozów bojowych? A czy ranni dostaną na czas leki i czy zostaną one zrefundowane?

Wolałbym, żeby w tych ciężkich dla demokracji chwilach za bezpieczeństwo państwa odpowiadała Hanna Gronkiewicz-Waltz, pani prezydent Warszawy, która na froncie walki z pełzającym puczem ma niebagatelne doświadczenie i nie lada sukcesy. Czyż to nie ona oczyściła Krakowskie Przedmieście z tysięcy zniczy, w których pisowscy sabotażyści umieścili zdalne detonatory? Czy to nie ona zlikwidowała - w brawurowej akcji - cały arsenał najgroźniejszej broni, którą dysponują spiskowcy: ciętych tulipanów?

Sytuacja jest naprawdę poważna i wymaga charyzmatycznego przywództwa. Jeśli nie Gronkiewicz-Waltz, to może Lech Wałęsa? „Na łamanie prawa i zasad demokracji nie wolno dalej nikomu pozwalać!” - napisał noblista w specjalnym oświadczeniu. „Apeluję do prezydenta, premiera i innych osób i struktur demokratycznego państwa, o przygotowanie stosownych sił porządkowych i gotowość do konkretnej i zgodnej z prawem odpowiedzi na te działania, które dziś mogą prowadzić nawet do fizycznej konfrontacji. (…) Mam nadzieję, że nie będę musiał jeszcze raz organizować skutecznego, porządkującego działania”.

Skuteczne, porządkujące działania pan prezydent podejmował już dwie dekady temu - „Gazeta Wyborcza oskarżała wówczas Wałęsę o próbę podważenia fundamentów demokracji. Dzisiaj „GW” jest z nim w ideologicznym sojuszu. Sam Wałęsa mówi, wypisz, wymaluj językiem generała Jaruzelskiego, który niegdyś był dla niego śmiertelnym wrogiem. O grożącym nam puczu mówił też Tadeusz Mazowiecki, swego czasu z Wałęsą głęboko skłócony. Jak widać, powszechnie panująca opinia, jakoby Jarosław Kaczyński dzielił Polaków, jest fałszywa. Kaczyński Polaków jednoczy. (Marek Magierowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 4

Skąd to zdziwienie?

Wysłane przez: admin w dniu: 05/03/2012

„Jaka szkoda, że o tych sprawach mówimy dopiero w obliczu takiej tragedii” – podsumowała refleksyjnie prezenterka jednej z całodobowych telewizji informacyjnych rozmowę z ekspertami opisującymi organizacyjne nonsensy na polskiej kolei, zaniedbania i zaniechania, zmarnowanie przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa środków unijnych i inne patologie. A ja przed telewizorem zakląłem tak samo, jak – pamiętam – klął przed laty mój tata przy komunistycznym „Dzienniku Telewizyjnym”. Właśnie, pani redaktor, dlaczegóż to nie mówiliście o tym wcześniej?

W ubiegłym roku mieliśmy cztery poważne wypadki w ruchu pasażerskim, z których każdy mógł skończyć się większymi ofiarami. Wypadków w ruchu towarowym nikt nie liczył i nie odnotowywał. Eksperci za każdym razem alarmowali o fatalnych skutkach podzielenia PKP na zbyt wielką liczbę spółek, decyzyjnych absurdach, ryzykownych oszczędnościach i marnowaniu środków unijnych. Opozycyjni dziennikarze pisali o tym wielokrotnie. Z jakiegoś powodu media elektroniczne nigdy nie szły tropem tych publikacji, a po wypadkach skwapliwie wracały do całodobowego zachwycania się władzą i bicia piany o zagrożeniu „powrotem IV RP”.

A teraz co usłyszymy? Że wypadki, niestety, wszędzie się czasem zdarzają i że państwo zdało egzamin, bo sprawnie zorganizowało pomoc dla rodzin i wypłaciło zasiłki pogrzebowe? Pochwały dla akcji ratowniczej i dla przygotowanej naprędce przez rządowych piarowców (jak należy się spodziewać) kolejnej specustawy? Ruganie prawicowych polityków i komentatorów za „granie tragedią”? Co jeszcze musi się w III RP zawalić, wybuchnąć albo spłonąć, żeby wyrwało to władzę z butnego samozadowolenia, a jej medialnych giermków skłoniło do zajęcia się dziennikarstwem zamiast propagandy? (Rafał A. Ziemkiewcz)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Komentarze: 4

Autostrada pęka. Grabarczyk umywa ręce

Wysłane przez: admin w dniu: 23/02/2012

Gdy zima odpuściła, pokazało się wiele fuszerek na autostradzie A1 między Toruniem a Strykowem i budowanej A2. Odpowiedzialny za budowę tej drogi były minister infrastruktury Cezary Grabarczyk, teraz wicemarszałek Sejmu, od sprawy się odżegnuje. W słowach jest bardzo oszczędny.

- Minister nie jeździ na plac budowy z urządzeniami do poboru próbek - mówi Grabarczyk.

Według Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad droga została źle zabezpieczona przez wykonawców na zimę. Były minister nie chce spekulować, dlaczego autostrada popękała. - Być może dopiero na określonym etapie te wady zostały ujawnione - mówi wicemarszałek Sejmu.

Po komentarz Cezary Grabarczyk odsyła do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. (gazeta.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 3

Tusk poleciał do Sopotu pobiegać. Samolot kosztował 22 tys. zł

Wysłane przez: admin w dniu: 21/02/2012

Spadające sondaże i kolejne afery z ministrami mocno się dały premierowi we znaki. Dlatego, gdy już dobiegł końca ostatni dzień pracy, w piątek tuż po godzinie 19 szef rządu wsiadł w samolot na warszawskim lotnisku Okęcie i poleciał do domu na Wybrzeże.

– Premier poleciał do domu, ale jeszcze w piątek wieczorem i w niedzielę był w pracy – tłumaczy nam rzecznik rządu Paweł Graś (48l.). Istotnie, Donald Tusk w niedzielę był już z powrotem w stolicy, gdzie brał udział w obchodach 90. urodzin Władysława Bartoszewskiego.

Za to w sobotę po trudach minionego tygodnia odpoczywał bardzo czynnie: zamiast siedzieć przed telewizorem uprawiał jogging. Szczelnie opatulony od zimna i wiatru premier długo biegał po rodzinnym Sopocie. Sportowe pasje szefa rządu są powszechnie znane, choćby ostatni tenis w godzinach pracy, ale uprawia on sport nie tylko z powodu zamiłowania do tej czy innej dyscypliny.

– W mojej pracy zawodowej, w każdej pracy zawodowej, a moja jest dość szczególna i intensywna, na pewno nie dałbym rady, gdyby nie taka zaciekłość wręcz w utrzymywaniu kondycji fizycznej. Ja bym dawno już padł w polityce, gdyby nie zdolność wymagania od własnego ciała więcej niż przeciętna – mówił premier w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Relaks premiera słono jednak kosztował. Lot embraerem ze stolicy do Gdańska i z powrotem kosztuje ok. 22 tys. złotych. Ale szef rządu wie, że dobra kondycja warta jest wszystkich pieniędzy… – Trzeba dotrzeć do końca, choć czasem już w połowie dystansu masz dosyć. Ale jeśli się nie poddasz, wiesz, że jesteś coś wart. Biegacze nie pękają – mówił Donald Tusk w wywiadzie dla magazynu dla biegaczy „Runner s World”. (Fakt.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 5

Lista wstydu. Na 100 dni rządu 10 skandali 10 ministrów (plus premier)

Wysłane przez: admin w dniu: 18/02/2012

Minister finansów nie kontroluje własnych słów na tyle, że wymyka mu się zdanie o potrzebie jak najkrótszego życia na emeryturze, co stanowić ma cel planowanego podwyższenia wieku emerytalnego.

Wicepremier i minister gospodarki przyznaje, że państwowa emerytura to pic na wodę. Sam w nią nie wierzy, więc dba o relacje z dziećmi i odkłada grosiki na starość.

Minister zdrowia daje twarz ustawie przygotowanej przez swoją poprzedniczkę – a dziś osobę numer dwa w państwie – wprowadzającą największy od lat chaos w polityce lekowej i doprowadzając do rekordowych kolejek przed aptekami.

Minister kultury z ministrem cyfryzacji prowadzą Polskę na czele groteskowego pochodu do Tokio, gdzie podpisujemy dokument, przed którym wszyscy ostrzegają i z którego za chwilę jako państwo będziemy się absurdalnie wycofywać.

Minister sportu zatrudnia znajomego właściciela salonów fryzjerskich na intratną posadę, kompromituje się w każdym publicznym wystąpieniu, a w dniu wolnym zamiast nadrabiać zaległości w kompetencjach albo chociaż pomodlić się o szczęście, wygina się przed kamerami u stóp wstydliwego stadionu.

Minister edukacji dba o to, by wyprodukować jak najwięcej ograniczonych umysłowo, dziarsko trzymając się reformatorskich urojeń swojej poprzedniczki i redukując w licealnych programach wszystko, co się da.

Minister spraw zagranicznych w Berlinie udając polskiego męża stanu wygłasza przemówienie napisane przez brytyjskiego dyplomatę i kładzie się u stóp niemieckiej kanclerz wyrażając obawę przed niemiecką bezczynnością w Europie.

Minister transportu po tym, gdy już zakupił do nowego gabinetu nowy luksusowy sprzęt RTV, ogłasza że nowych dróg na Euro nie będzie. Kilka tygodni wcześniej ogłasza, że kolei dużych prędkości, w które od lat inwestowaliśmy, też nie będzie.

Sam premier nie jest w stanie nad tym wszystkim zapanować i miota się między powietrznymi podróżami na trasie Warszawa-Gdańsk, grą w godzinach pracy w tenisa, prowadzeniem konsultacji do ustawy której nie ma (emerytalna) albo międzynarodowej umowy, z której za chwilę się wycofa (ACTA), a uczestniczeniem w europejskim szczycie, na którym po porannych groźbach, na wieczornej konferencji ogłasza sukces z miną zbitego psa.

Asystuje mu zawsze wierny minister-rzecznik, który zapomniał powiedzieć prokuraturze o własnoręcznie złożonych podpisach, w wyniku czego podatnicy łożyli na wielomiesięczne śledztwo mające ustalić kto podrobił parafki ministra.

A nad tym wszystkim unosi się coraz bardziej dokuczliwy smród kłamstwa smoleńskiego, ciągnący się za najwybitniejszymi przedstawicielami tego i poprzedniego rządu, oraz zależnych od niego służb i wojskowych.

I tylko minister skarbu, zadowolony, że koleżanki i koledzy skutecznie pracują na zainteresowanie społeczne, może spokojnie rozdzielać posady w spółkach Skarbu Państwa.

Jestem „zeszokowany” – jak mawia wspomniany na samym początku minister od „piniędzy” - że poparcie dla tej ekipy wciąż jest dwucyfrowe. (Marek Pyza)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 4

Skąd histeria premiera Tuska

Wysłane przez: admin w dniu: 15/02/2012

Zbieram podpisy pod wnioskiem o referendum, czy jesteś za tym, aby każdy w wieku nie wyższym niż 50 lat otrzymywał emeryturę nie niższą niż 5 tys. zł.

Podejrzewam, że zwolenników takiego rozwiązania będzie jeszcze więcej niż przeciwników podwyższenia wieku emerytalnego.

To, czy będziemy pracować do 65., 67. czy może 75. roku życia – jak zasugerował ostatnio premier Szwecji – ma znaczenie drugorzędne. Ważniejsze jest pytanie, czym są emerytury i jak je finansować.

Czy państwo w ogóle powinno tworzyć przymusowy, powszechny system emerytalny, a jeśli tak, to czy powinno i dlaczego utrzymywać nierówność świadczeń emerytalnych i czy nie przeczy to istocie emerytury zapewnianej przez państwo? Czy powinno ono zmuszać obywateli do oszczędzania w prywatnych instytucjach finansowych i ich faktycznego utrzymywania, a jeśli tak, to dlaczego tylko na emerytury? Może trzeba nas zmusić w ogóle do oszczędzania? Na przykład jeszcze „na zdrowie”?

Tendencja obniżania wieku emerytalnego przy wydłużającej się długości życia doprowadziła systemy emerytalne do zapaści. Generują one dług publiczny, który właśnie przygniata Europę. Ludzie żyją dłużej i chcą żyć jeszcze dłużej, w związku z czym oczekują, że rząd zapewni im nie tylko emeryturę, ale i świadczenia medyczne pozwalające życie wydłużyć.

Ale ci sami ludzie nie chcą dłużej pracować – co wymaga od rządu zwiększania wydatków. Dla ich sfinansowania zaciągane były coraz większe długi, aż doszły one do takiego poziomu, że nie sposób ich już spłacić, a nie ma wystarczająco dużo chętnych, którzy chcieliby nadal pożyczać na spłatę starych długów.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego pan premier Tusk, zapowiadając podwyższenie wieku emerytalnego, tak nagle przestał się martwić opinią zdecydowanej większości wyborców? Pewnej podpowiedzi dostarcza z lekka histeryczne stwierdzenie pana premiera, że jeśli tego nie zrobimy, to „za kilka miesięcy możemy mieć problemy”? Za kilka miesięcy? A niby dlaczego? Przecież reforma za „kilka miesięcy” nie przyniesie jeszcze żadnych efektów.

Co prawda pan premier zaraz dodał „albo za kilka lat”, ale „za kilka lat” efektów istotnych też jeszcze nie będzie. Więc ogarnęło mnie niecne podejrzenie, że może w kowenantach polskiej umowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, które zostały skrzętnie przemilczane przed opinią publiczną, jest coś na ten temat. Skoro ten sam Fundusz stawia Orbanowi warunki odstąpienia od „liniowości” opodatkowania, to może Tuskowi postawił jakieś warunki dotyczące wieku emerytalnego? (Robert Gwiazdowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu... | Brak komentarzy »

Loty Premiera z Warszawy do Gdańska: podniebne TUSK TAXI latało 100 razy

Wysłane przez: admin w dniu: 14/02/2012

Ponad dwa miliony zł kosztowały nas loty Donalda Tuska z Warszawy do Gdańska i z powrotem. Średnio niemal co cztery dni szef rządu podróżował rządowym embraerem na tej trasie. I to ma być tanie państwo, o którym mówili politycy PO?!

Dotarliśmy do dokładnej statystyki lotów Donalda Tuska rządowymi samolotami w 2011 roku. Wynika z niej jasno, że szef rządu trasę Warszawa - Gdańsk, Gdańsk - Warszawa pokonywał ponad 90 razy.

- Szacuję, że godzina lotu embraera to około 30 tysięcy złotych. W tej kwocie ujęte są koszty paliwa, smarów, eksploatacji samolotu, pensji pilotów, obsługi, a także opłat za wykorzystanie przestrzeni powietrznej i kwoty płaconej portom za start i lądowanie - ocenia mjr Michał Fiszer, ekspert lotnictwa.

Z matematycznego rachunku wynika więc, że loty premiera do domu oraz z domu do pracy kosztowały ponad 2,5 mln zł.

Zdarzało się tak, że Donald Tusk w 2011 roku latał do Gdańska już w czwartek (np. 9 czerwca), a wracał samolotem do stolicy w poniedziałek (np. 13 czerwca).

- Pan Bóg tak wymyślił świat, by ludzie przez cały tydzień pracowali, a siódmego dnia odpoczywali. Jak widać, Donald Tusk zna zupełnie inny Testament. Taki, w którym 4 dni się pracuje, a 3 odpoczywa. Temu panu już dziękujemy - komentuje loty premiera Adam Hofman (32 l.), rzecznik prasowy PiS.

Co więcej, Tusk jako jeden z pierwszych polskich polityków leciał Tu-154, bliźniaczym samolotem tego, który rozbił się pod Smoleńskiem. Do wyremontowanej maszyny szef rządu wsiadł 20 czerwca i 25 lipca. I poleciał nim… z Gdańska do Warszawy.

Ponadto rządowy samolot jak taksówkę premier traktował nie tylko na trasie do Gdańska. 12 stycznia 2011 roku embraer poleciał po premiera do Werony, by przywieźć szefa rządu z urlopu na konferencję prasową po publikacji raportu MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej. Potem oczywiście odwiózł go z powrotem na urlop. (SuperExpress)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 3

Przedwyborcze serowe obiecanki premiera

Wysłane przez: admin w dniu: 07/02/2012

Tuż przed wyborami Donald Tusk obiecywał, że naprostowanie przepisów krzywdzących producentów sera korycińskiego zajmie dwa tygodnie. Premier wybory wygrał, tygodni minęło “naście”, w sprawie serów nic się nie zmieniło.

Od kilkunastu miesięcy producenci znanego w całym kraju sera korycińskiego swoje produkty legalnie mogą sprzedawać wyłącznie w Podlaskim i przylegających do niego powiatach. To ograniczenie wynikające z rozporządzenia ministra rolnictwa, obowiązuje wszystkich producentów produktów regionalnych; nie obowiązuje natomiast handlujących nimi pośredników. Wynika podobno z dostosowania polskiego prawa do unijnych przepisów.

Gdy pod koniec września Donald Tusk wyborczym “tuskobusem” odwiedził podbiałostocki Korycin, kwestia krzywdzącego tamtejszych serowarów rozporządzenia zdominowała spotkanie. Sam premier rozporządzenie uznał za absurdalne i promujące spekulację. Obiecał też, że jeśli tylko będzie to możliwe bez wchodzenia w spór z Brukselą, rozporządzenie zmieni.

- Polska to potencjalnie kraj, w którym produkty regionalne mogą stać się istotną gałęzią gospodarki narodowej - stwierdził premier kilka dni później, po spotkaniu z producentami produktów regionalnych z całej Polski. Poinformował o powołaniu specjalnego zespołu, złożonego m.in. z przedstawicieli kilku ministerstw oraz inspektoratów sanitarnego i weterynaryjnego, który miał zająć się takim dostosowaniem przepisów, by były one jak najbardziej przyjazne dla wytwórców.

- Mam nadzieję, że efektów pracy tego zespołu można się spodziewać w ciągu dwóch tygodni. Wierzę, że zespół uwolni nieco gorset przepisów - podsumował wówczas szef rządu.

Od tamtej pory minęło blisko dwadzieścia tygodni a korycińscy serowarzy wciąż czekają. Już nawet nie na zniesienie krzywdzącego ich przepisu, ale na jakiekolwiek sygnały z prac komisji. (gazeta.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Kampania parlamentarna 2011 | Komentarze: 4

Polska w zasypie

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Poważnym kandydatem na inwestycję symbolizującą jakość i profesjonalizm rządów Platformy był dotychczas Stadion Narodowy, który dopiero otwarto (z opóźnieniem oczywiście). Koszmarnie drogi, z dachem, który nie zasuwa się podczas mrozów, dręczony niedoróbkami i otoczony bałaganem. Teraz wyrosła mu poważna konkurencja: tunel na skrzyżowaniu ulicy Puławskiej i budowanej właśnie południowej obwodnicy Warszawy.

Tunelem miała biec Puławska, jedyne bezpośrednie połączenie podwarszawskiego Piaseczna (i wielu mniejszych satelitarnych miejscowości stolicy), tak aby potężny ruch lokalny w stronę Warszawy i z powrotem nie grzązł na skrzyżowaniu z nową ekspresówką. Otóż tunel zostanie zbudowany, ale zaraz potem zostanie zasypany. Infrastrukturę drogową wokół niego miało zbudować miasto, ale nie ma pieniędzy. Miało na stadion Legii, miało na absurdalnie porozmieszczane parkingi park & ride, ale na inwestycję drogową, od której zależeć będą setki tysięcy ludzi – nie ma.

Rządy pani prezydent Gronkiewicz-Waltz (wiceprzewodniczącej PO) w Warszawie to miniaturka rządów Platformy w całym kraju. Cechuje je podobna pilność w wypełnianiu obietnic (choćby podziemne parkingi, z których nie powstał ani jeden), podobny szacunek dla obywateli, którzy nie głosowali na PO, i dla państwa w ogóle (sprawa pomnika na Krakowskim Przedmieściu), podobne podejście do kwestii wyciskania z ludzi każdego grosza (straż miejska polująca na źle zaparkowane samochody czy gigantyczne podwyżki opłat) i podobny poziom profesjonalizmu.

Mało kto spoza stolicy zapewne wie na przykład, że od paru lat działa w niej niezwykle nowoczesny i niezwykle drogi system sterowania światłami na skrzyżowaniach. Problem w tym, że system ten obejmuje jedynie ograniczony obszar w ścisłym centrum (na więcej nie było pieniędzy), wskutek czego na skrzyżowaniach granicznych tworzą się gigantyczne korki. Każdy prezydent miasta zostawia po sobie jakiś symbol. Czasem mocno kontrowersyjny, jak tunel Wisłostrady Pawła Piskorskiego, czasem szanowany przez wszystkich, jak Muzeum Powstania Warszawskiego z czasów Lecha Kaczyńskiego. Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostawi po sobie zasypany zaraz po wybudowaniu tunel. Była „Polska w budowie”. Czas na Polskę w zasypie? (Łukasz Warzecha)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Pitery, niesioły i inne palikoty | Brak komentarzy »

Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Warto było do końca obejrzeć poniedziałkową wieczorną konferencję premiera Tuska i ministra Rostowskiego. Było kilkadziesiąt minut przed północą gdy zdesperowana nowomową mówców, a może przestraszona faktem iż niewiele rozumie, jakaś reporterka cieniutkim głosem poprosiła jednak o wskazanie dlaczego pan premier zdecydował się podpisać Pakt Fiskalny.

Pytanie było słuszne. Podstawowy przecież warunek przez tegoż premiera wyznaczony i głośno wyrażany - a więc prawo Polski do uczestnictwa w szczytach eurolandu choćby w roli obserwatora - nie został spełniony. Słowem - klapa. Dociskany pan premier najpierw zareagował ironią. Stwierdził, ze przecież już wszystko wyjaśnił. Ale rozejrzał się po sali i to samo niezrozumienie znalazł najwyraźniej w oczach pozostałych dziennikarzy, bo wreszcie zaczął wymieniać. Wskazał tak naprawdę dwa powody.

Po pierwsze obietnicę, że szczyty krajów strefy euro będą z pozostałymi konsultowane. To znaczy może zadzwonią, a może wyślą mejla. Po drugie, spotkania krajów euro będą się odbywać w bezpośredniej bliskości spotkań całej 27 - chyba, że zajdą szczególne okoliczności. A to pojemna formuła.

W sumie, mówiła to nawet mina premiera, mamy bolesną klęskę. Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem. Znaczymy mało. Propaganda twardej walki o polskie prawa skończyła się smutnym obrazem odesłania do kąta wraz z innymi biedniejszymi państwami. Ale nie to jest najgorsze.

Na naszych oczach konstytuuje się Europa dwóch prędkości. Pakt fiskalny tworzy tak naprawdę wewnętrzną strukturę polityczną w Unii Europejskiej, bez prawa wstępu dla tych spoza strefy euro. Wystarczy poczekać a pojawią się też instytucje tej struktury - jakiś sekretariat, zarząd itp. A potem konsekwencje - osłabienie polityki spójności, przeniesienie części funduszy unijnych na rozwój przedsiębiorczości w państwach bogatych, kosztem polityki wyrównywania rozwoju (m.in. u nas). Może nawet, zabójcze dla polskiej gospodarki, ujednolicone podatki narzucone całej Unii.

To wszystko jest bardzo niebezpieczne. Ale zupełną katastrofą jest koszt polityki europejskich złudzeń jakimi karmił nas Donald Tusk i jego ekipa przez ostatnie lata. Postawiliśmy wszystko na Berlin. Rozbiliśmy wszelkie regionalne i poziome koalicje, zgodnie zresztą z życzeniem Angeli Merkel. Polska jest traktowana w regionie jako kraj zależny do Niemiec, niezdolny za Tuska do samodzielnej akcji. Efekt? Berlin wziął sobie władzę, my zostaliśmy samotni. I słabi. Bez szans na zbudowanie koalicji państw słabszych, co pozwoliłoby może coś ugrać. Bez zaufania partnerów. Bez wiary we własne siły.

Dlatego właśnie Tuskowi podyktowano w Brukseli co chciano, a on to grzecznie podpisał. Kartkę z własnymi warunkami musiał chyba szybko schować do kieszeni. I udawać, że wygrał jakiś kompromis, choć nie dostał dosłownie nic. Smutne. I bardzo, bardzo kosztowne. Ale polityka złudzeń, wiara we własną propagandę tak się zazwyczaj kończy. Co nie oznacza, że jutro w mediach rządowych z poważnymi minami nie ogłoszą zwycięstwa. Ale to już zupełnie inna historia. (Michał Karnowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 1 Komentarz