Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: styczeń 2012

Polska w zasypie

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Poważnym kandydatem na inwestycję symbolizującą jakość i profesjonalizm rządów Platformy był dotychczas Stadion Narodowy, który dopiero otwarto (z opóźnieniem oczywiście). Koszmarnie drogi, z dachem, który nie zasuwa się podczas mrozów, dręczony niedoróbkami i otoczony bałaganem. Teraz wyrosła mu poważna konkurencja: tunel na skrzyżowaniu ulicy Puławskiej i budowanej właśnie południowej obwodnicy Warszawy.

Tunelem miała biec Puławska, jedyne bezpośrednie połączenie podwarszawskiego Piaseczna (i wielu mniejszych satelitarnych miejscowości stolicy), tak aby potężny ruch lokalny w stronę Warszawy i z powrotem nie grzązł na skrzyżowaniu z nową ekspresówką. Otóż tunel zostanie zbudowany, ale zaraz potem zostanie zasypany. Infrastrukturę drogową wokół niego miało zbudować miasto, ale nie ma pieniędzy. Miało na stadion Legii, miało na absurdalnie porozmieszczane parkingi park & ride, ale na inwestycję drogową, od której zależeć będą setki tysięcy ludzi – nie ma.

Rządy pani prezydent Gronkiewicz-Waltz (wiceprzewodniczącej PO) w Warszawie to miniaturka rządów Platformy w całym kraju. Cechuje je podobna pilność w wypełnianiu obietnic (choćby podziemne parkingi, z których nie powstał ani jeden), podobny szacunek dla obywateli, którzy nie głosowali na PO, i dla państwa w ogóle (sprawa pomnika na Krakowskim Przedmieściu), podobne podejście do kwestii wyciskania z ludzi każdego grosza (straż miejska polująca na źle zaparkowane samochody czy gigantyczne podwyżki opłat) i podobny poziom profesjonalizmu.

Mało kto spoza stolicy zapewne wie na przykład, że od paru lat działa w niej niezwykle nowoczesny i niezwykle drogi system sterowania światłami na skrzyżowaniach. Problem w tym, że system ten obejmuje jedynie ograniczony obszar w ścisłym centrum (na więcej nie było pieniędzy), wskutek czego na skrzyżowaniach granicznych tworzą się gigantyczne korki. Każdy prezydent miasta zostawia po sobie jakiś symbol. Czasem mocno kontrowersyjny, jak tunel Wisłostrady Pawła Piskorskiego, czasem szanowany przez wszystkich, jak Muzeum Powstania Warszawskiego z czasów Lecha Kaczyńskiego. Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostawi po sobie zasypany zaraz po wybudowaniu tunel. Była „Polska w budowie”. Czas na Polskę w zasypie? (Łukasz Warzecha)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Pitery, niesioły i inne palikoty | Brak komentarzy »

Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem

Wysłane przez: admin w dniu: 31/01/2012

Warto było do końca obejrzeć poniedziałkową wieczorną konferencję premiera Tuska i ministra Rostowskiego. Było kilkadziesiąt minut przed północą gdy zdesperowana nowomową mówców, a może przestraszona faktem iż niewiele rozumie, jakaś reporterka cieniutkim głosem poprosiła jednak o wskazanie dlaczego pan premier zdecydował się podpisać Pakt Fiskalny.

Pytanie było słuszne. Podstawowy przecież warunek przez tegoż premiera wyznaczony i głośno wyrażany - a więc prawo Polski do uczestnictwa w szczytach eurolandu choćby w roli obserwatora - nie został spełniony. Słowem - klapa. Dociskany pan premier najpierw zareagował ironią. Stwierdził, ze przecież już wszystko wyjaśnił. Ale rozejrzał się po sali i to samo niezrozumienie znalazł najwyraźniej w oczach pozostałych dziennikarzy, bo wreszcie zaczął wymieniać. Wskazał tak naprawdę dwa powody.

Po pierwsze obietnicę, że szczyty krajów strefy euro będą z pozostałymi konsultowane. To znaczy może zadzwonią, a może wyślą mejla. Po drugie, spotkania krajów euro będą się odbywać w bezpośredniej bliskości spotkań całej 27 - chyba, że zajdą szczególne okoliczności. A to pojemna formuła.

W sumie, mówiła to nawet mina premiera, mamy bolesną klęskę. Nadęty balon wielkiej pozycji Tuska, specjalnych relacji polsko-niemieckich, przewodzenia Unii itp. pękł z hukiem. Znaczymy mało. Propaganda twardej walki o polskie prawa skończyła się smutnym obrazem odesłania do kąta wraz z innymi biedniejszymi państwami. Ale nie to jest najgorsze.

Na naszych oczach konstytuuje się Europa dwóch prędkości. Pakt fiskalny tworzy tak naprawdę wewnętrzną strukturę polityczną w Unii Europejskiej, bez prawa wstępu dla tych spoza strefy euro. Wystarczy poczekać a pojawią się też instytucje tej struktury - jakiś sekretariat, zarząd itp. A potem konsekwencje - osłabienie polityki spójności, przeniesienie części funduszy unijnych na rozwój przedsiębiorczości w państwach bogatych, kosztem polityki wyrównywania rozwoju (m.in. u nas). Może nawet, zabójcze dla polskiej gospodarki, ujednolicone podatki narzucone całej Unii.

To wszystko jest bardzo niebezpieczne. Ale zupełną katastrofą jest koszt polityki europejskich złudzeń jakimi karmił nas Donald Tusk i jego ekipa przez ostatnie lata. Postawiliśmy wszystko na Berlin. Rozbiliśmy wszelkie regionalne i poziome koalicje, zgodnie zresztą z życzeniem Angeli Merkel. Polska jest traktowana w regionie jako kraj zależny do Niemiec, niezdolny za Tuska do samodzielnej akcji. Efekt? Berlin wziął sobie władzę, my zostaliśmy samotni. I słabi. Bez szans na zbudowanie koalicji państw słabszych, co pozwoliłoby może coś ugrać. Bez zaufania partnerów. Bez wiary we własne siły.

Dlatego właśnie Tuskowi podyktowano w Brukseli co chciano, a on to grzecznie podpisał. Kartkę z własnymi warunkami musiał chyba szybko schować do kieszeni. I udawać, że wygrał jakiś kompromis, choć nie dostał dosłownie nic. Smutne. I bardzo, bardzo kosztowne. Ale polityka złudzeń, wiara we własną propagandę tak się zazwyczaj kończy. Co nie oznacza, że jutro w mediach rządowych z poważnymi minami nie ogłoszą zwycięstwa. Ale to już zupełnie inna historia. (Michał Karnowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 1 Komentarz

Masa krytyczna Tuska w Tusku

Wysłane przez: admin w dniu: 30/01/2012

Jeśli chodzi o przepowiednię, że koniec rządów partii obywatelskiej jest na wyciągnięcie ręki, to ja jestem raczej sceptyczny. Nie tylko dlatego, że zachłysnął się taką perspektywą Marek Migalski, co jest oczywiście czynnikiem ważnym, lecz niedecydującym. Przypomnę jednak, że to jest ten sam doktor politologii, który chyba w styczniu 2011 oznajmił światu ostateczny i marny koniec partii Palikota. Z jednoczesnym wskazaniem na bliski i nieubłagany sukces swojego Pejotenu. Gdzie są dzisiaj oba ugrupowania, każdy widzi. To tyle, jeśli chodzi o sukcesy europosła Migalskiego w dziedzinie jasnowidzenia politycznego.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że sypie się dotychczasowy wizerunek Donalda Tuska, a co za tym idzie, również Platformy. Po pierwsze Tusk przestał być nietykalny dla mainstreamowych mediów. Z prostej przyczyny – doszedł do takiej granicy piarowskiego fałszu, że grozi to spadkiem wiarygodności popierających go dotychczas bezkrytycznie dziennikarzy. A oni minimalnej granicy wiarygodności przekroczyć nie mogą, bo stąd mają swój chleb powszedni, a niektórzy i konfitury.

Po drugie, na przełomie obu kadencji Tusk zadarł ze wszystkimi, którzy mu się nawinęli. W języku wojskowym mówi się, że otworzył zbyt wiele frontów. Ostatnio z ludźmi bardzo młodymi, którzy nie tylko stanowią grupę potężną liczebnie, ale też – co być może ważniejsze – najbardziej „wyrywną” do publicznego protestu. Przy czym wcale nie musiał z nimi zadzierać. Umowę ACTA podpisał z czystej arogancji i złych emocji, które biorą w nim górę przy lada sprzeciwie lub obnażeniu jego niekompetencji.

I tu dochodzimy do „po trzecie”. A po trzecie jesteśmy świadkami spiętrzenia problemów Tuska, które to spiętrzenie jest rezultatem sumy niekompetencji. Ta suma właśnie zbliża się do masy krytycznej – wszystko się sypie w jednym czasie. Kompromitująca klapa z ustawą refundacyjną, wyhamowanie modernizacji infrastruktury, finansowanie przez niebogaty przecież kraj zamożnych bankrutów ze strefy euro, tragikomedia w rzekomo zreformowanej prokuraturze, nieprawdy raportu Millera, nieszczęsna umowa ACTA, paliwo po 6 złotych.

A przecież wszyscy mają jeszcze w pamięci serial drogowo-kolejowy Grabarczyka zakończony nagrodą w postaci wicemarszałkostwa. Pamiętamy uchwaloną nocną porą poprawkę ograniczającą dostęp do informacji publicznej. Dopiero co zapadły wyroki za wałbrzyskie fałszerstwo wyborcze partii Tuska. Cyrk z tłumaczeniem raportu Millera. Świeżo zakonotowaliśmy jego przedwyborczą obietnicę deregulacji państwa, a tuż po wyborach ruch w przeciwną stronę - utworzenie nowego ministerstwa cyfryzacji dla faworyta. Jawna hucpa z fasadową prezydencją unijną za sto dziesięć milionów euro. Seria ignoranckich nominacji rządowych. (…)

Jednak do końca partii obywatelskiej jeszcze daleko. Jeszcze przed nimi wiele posunięć. Mogą zreorganizować rząd raz i drugi, klasyczne zagranie. Wywalić z sań Grasia, Niesiołowskiego i kogo tam jeszcze. Zmienić koalicję. W nieskończoność boksować się w parlamencie korzystając z konstytucyjnych sztuczek. Mogą wreszcie odsunąć w cień swoje słoneczko z Sopotu. Zastąpić go jakimś innym słoneczkiem. Mogą się jeszcze szamotać w swoim bajorze. Jednak woda nad nimi już zaczyna zamarzać. (seaman)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Nasze mordy kochane | Komentarze: 4

Smoleńskie kłamstwa zaczynają palić jak rozżarzone kamienie

Wysłane przez: admin w dniu: 30/01/2012

W weekendowych audycjach politycznych skomentowano każde słowo z antyamerykańskich tyrad Palikota, oceniono każdą rządową wrzutkę propagandową o tym jak żyje nam się świetnie. No, niektórym na pewno, choć z tego co osobiście widzę i odbieram, to o pracę dawno nie było tak ciężko, a na rynku nieruchomości tak martwo. Ale skoro jest lepiej, naród zadowolony - to OK, tylko się cieszyć.

Tym razem jednak ważniejsze jest to, czego nie komentowano (a jeśli już to niezwykle pobieżnie) - o sypaniu się smoleńskiego kłamstwa. Temat to niewygodny bo w tych właśnie audycjach często utrwalano i powielano nieprawdy, na poważnie brano najgłupszą nawet wrzutkę rosyjskiej agentury wpływu (”tak lądują debeściaki” itp. kłamstwa). Wielu ma więc powody by teraz o Smoleńsku milczeć.

Nawet więc ujawnienie kolejnej porcji taśm Klicha, ze zdaniami wskazującymi na zaplanowaną od początku manipulację najważniejszym śledztwem w sprawie największej tragedii po 1945 roku, nie powoduje trzęsienia ziemi.

I trzeba sobie powiedzieć szczerze, że nic jej już nigdy nie spowoduje - prawda o Smoleńsku będzie przebijała się powoli, krok po kroku. Tam gdzie pęka jedna bariera kłamstw i manipulacji, tam natychmiast - tylko kilka metrów dalej - tworzona jest nowa zasłona dymna, kopane są kolejne propagandowe umocnienia. I kłamie się od nowa. Trudno. Nie ma innego wyjścia jak krok po kroku bić się o prawdę, pytać, zestawiać fakty. Obnażać fałsz. Czy tak będzie bez końca? Nie, choć długo.

Trzeba się niestety liczyć także z tym, że nawet oczywiste nieprawdy będą jeszcze przez jakiś czas powielane przez najbardziej zatwardziałych propagandzistów. Przykładem niedawne radiowe wystąpienia Radosława Markowskiego i Janiny Paradowskiej, twierdzących wbrew podstawowym ustaleniom, że piloci tupolewa w Smoleńsku… lądowali.

Ale mimo wszystko wyraźnie widać, że uparta presja, praca nad odsłonięciem tego co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, ma wielki sens. Pracę tę wykonują dziennikarze, eksperci, politycy (wbrew szyderstwom wielką rolę pełni tu Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza). Za wcześnie by ogłaszać sukces, ale jest już dziś pewne, że kiedyś także i rządowi dziennikarze będą nas przekonywać, że oni nigdy w tę rosyjską wersję, powieloną potem zasadniczo przez komisję Millera, nie wierzyli. Z wyjątkiem Paradowskiej, Markowskiego i ludzi “Wyborczej” oczywiście, oni zdania nie zmienią nigdy.

Ale większość smoleńskie kłamstwa zaczynają już dziś palić jak rozżarzone kamienie. Jeśli w końcu dołączą do tych, którzy odrzucają manipulację i domagają się prawdy, to dobrze. (Michał Karnowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | Brak komentarzy »

Ryba pruje się od głowy

Wysłane przez: admin w dniu: 27/01/2012

Trudno nie zauważyć, że oglądany od kilku dni spektakl ma w sobie logikę, która oglądana była w różnych zakątkach świata, w różnym natężeniu już nie jeden raz. Schemat można w skrócie przedstawić następująco. Oto okazuje się, że władza, która w niewzruszonym niczym stylu rządzi od lat, traci kontakt z rzeczywistością i zdolność obiektywnej oceny nastrojów społecznych. W związku z tym fasuje obywatelom jakiś mega prezent, który adresatom niezbyt albo i wcale się nie podoba, czemu daje, początkowo dość nieśmiało wyraz. W efekcie władza jasno i stanowczo daje do rozumienia, gdzie ma opinię społeczeństwa i posuwa się do gróźb („nie poddamy się szantażowi!”).

Skutkiem takiego zachowania jest najpierw zdecydowany wzrost napięcia z nieśmiałymi próbami reakcji, owocujący szczególnie widocznymi przejawami arogancji ludzi władzy („Dziękuję panom [i paniom] hakerom za test strony MSZ”.) a następnie wybuch. Tego, co dzieje się i pewnie jeszcze dziać się będzie na ulicach naszych miast, w kontekście Kielc a jeszcze bardziej Poznania, nazwać inaczej nie można.

Z tego wybuchu zaś bierze się panika. Jeśli wierzyć przekazom medialnym, za posiedzeniu rządu wszyscy byli „krytycznie nastawienie do ACTA” a jakiś rządowy ekspert oświadczył, ze wali to i idzie sobie. Tak usłyszałem w „zaprzyjaźnionej stacji” i od razu do głowy przyszła mi myśl „To kto, do cehauja, wcisnął nam ten podpisany „szit”?!!!!. Za co ta banda palantów bierze kasę?!!!” Tu przy okazji ujawnił się kawałeczek drobny tego mechanizmu, którego drugi koniec był w tych butelkach rzucanych w siedzibę „lepszej drużyny”. Ale wróćmy do paniki. W ekipach, które nagle ze stanu „jesteśmy najlepsi, wszyscy nas kochają, wolno nam wszystko” zjeżdżają do pozycji embrionalnej w okolicy parapetu, gdy wokół lecą szyby, pierwszym, i uważanym za załatwiający sprawę jest rzucenie wkurzonym jakiegoś ochłapu. Wytypowanego naprędce politycznego truchła.

Jak usłyszałem i wyczytałem, do tej roli sposobiony jest ponoć pan Minister Zdrojewski. (…)

Problem w tym, że jak dotąd nazwisko to wcale albo z rzadka tylko pojawiało się w kontekście ACTA. Było schowane za twardą miną Admina1 czy za bredzeniem pana Boniego. Zatem może się stać tak, jak stało się, gdy Ludwik XVI rzucił tłumowi Bruno Neckera. Nie chodzi mi o to, że Anonimowi zaraz poleca zdobywać jakąś Bastylię. Raczej o to, że odczytają rzecz całą jako dowód na to, co o nich myśli pan Donald Tusk.

Przy okazji pozwolę sobie zauważyć, że ten krzywy „dialog władzy ze społeczeństwem” odbywa się głownie na linii Platforma – jej najbardziej żelazny elektorat. I jeśli w wyniku tego „dialogu” ktokolwiek ucierpi, to raczej nie cała klasa polityczna. Tylko ta ryba, która pruje się właśnie w sposób spektakularny. I to pruje się od samej głowy. (rosemann)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Brak komentarzy »

Wpisy usunięte z profilu KPRM na Facebooku nie były wulgarne

Wysłane przez: admin w dniu: 26/01/2012

Nie pięć tysięcy, a 7774 - tyle wpisów internautów przeciwnych umowie ACTA usunęła kancelaria premiera ze swojego profilu na Facebooku. Takie informacje - które zaprzeczają twierdzeniom Centrum Informacyjnego Rządu - otrzymaliśmy od firmy zajmującej się monitorowaniem serwisów społecznościowych. Wbrew twierdzeniom rządowych urzędników, zdecydowana większość usuniętych wpisów nie była wulgarna.

Według firmy Fanpage Trender, z profilu KPRM na Facebooku usunięto w trzech wątkach 7774 posty, zamieszczone przez 3226 osób (tzw. unikalnych użytkowników).

Firma dokładnie prześwietliła wpisy także pod kątem wulgaryzmów. A to dlatego, że w piśmie, które otrzymaliśmy od Centrum Informacyjnego Rządu, urzędnicy tłumaczyli, że posty zostały usunięcie właśnie z powodu wulgaryzmów. Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane - przekonywali urzędnicy.

Analiza firmy, która się z nami skontaktowała, wykazała jednak, że te twierdzenia nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Wulgarne komentarze stanowiły jedynie ułamek wszystkich usuniętych postów - dokładnie 1,49 procent. Dla Jana Zająca z Fanpage Trender wniosek jest oczywisty: To pokazuje, że nie potrzeba ACTA, żeby wypowiedzi w internecie były cenzurowane. Co więcej, pokazuje to przede wszystkim, że kancelaria premiera ewidentnie mija się z prawdą w oficjalnych wyjaśnieniach, które przekazuje opinii publicznej. (rmf24.pl)

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA I JESZCZE WIĘCEJ KŁAMSTW… Ta ekipa kłamie nawet przez sen.

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | 1 Komentarz

To dziennikarze zapraszają Stefana Niesiołowskiego

Wysłane przez: admin w dniu: 26/01/2012

Od dawna zdumiewa mnie ten fakt. Dlaczego Stefan Niesiołowski nie schodzi z ekranów telewizyjnych ?

Wg zasad sztuki dziennikarskiej do programów tv i audycji radiowych zaprasza się gości z bardzo określonych powodów. Sam fakt, że ktoś pełni jakąś funkcję to za mało. Musi mieć szczególną wiedzę, kompetencje, być bohaterem, uczestnikiem, świadkiem jakiegoś aktualnego zdarzenia, o którym robi się dany program.

Marszałek Stefan Niesiołowski nigdy nie jest pytany o pracę Prezydium Sejmu czy Konwentu Seniorów. Co poza prowadzeniem obrad robi ? Nie wiemy.

Natomiast pytany jest o wszystko inne. W każdej sprawie, w każdej dziedzinie. Zabawne, gdy ostatnio miał się wypowiedzieć na temat ACTA i konsekwencji tych regulacji dla internautów. Człowiek, który publicznie przyznał, że ma kłopoty z obsługą telefonu komórkowego.

Jego wiedza i kompetencja zresztą nie mają znaczenia, bo marszałek to nagrana płyta. Przycisk - pytanie, wszystko jedno , jakie, bo za chwilę wystrzelą zbitki słowne o Kaczyńskim, Macierewiczu, nieukach z Ameryki, szkodniku, jakim jest PiS itp.

Poseł, który nie ma nic do powiedzenia poza wyrażaniem nienawiści do jednej konkretnej partii i jej prezesa zagospodarowuje swoimi wypowiedziami nasz czas. Każdy widzi, że to patologia. Dlaczego więc dziennikarze nam ją w tak silnej dawce serwują ? Oto jest pytanie. (Janina Jankowska)

Kategoria: Media (po)mogą, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 3

KPRM przyznaje: Usunęliśmy z sieci 5 tysięcy wpisów ws. ACTA

Wysłane przez: admin w dniu: 25/01/2012

Z profilu kancelarii premiera na Facebooku usunięto wczoraj około 5 tysięcy wpisów osób, sprzeciwiających się podpisaniu przez Polskę umowy ACTA - potwierdza Centrum Informacyjne Rządu. O sprawie poinformował nas jeden z internautów. Autorom krytycznych wpisów zablokowano też możliwość komentowania jakichkolwiek treści na facebookowej stronie KPRM. Internauci pytają więc, czy to jeszcze wolność słowa, czy już cenzura.

Po sygnale od naszego słuchacza zapytaliśmy Centrum Informacyjne Rządu, czy prawdą jest, że z profilu kancelarii premiera na Facebooku usunięto wpisy krytyczne wobec ACTA, a jeśli tak - to kto i dlaczego o tym zdecydował. CIR potwierdziło usunięcie wpisów.

W piśmie wyjaśniającym urzędnicy tłumaczyli: Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane.

Zdumienie może jednak budzić wymieniana przez internautę, który poinformował nas o sprawie, liczba wpisów: około pięciu tysięcy. Czy to możliwe, że do netykiety nie stosowali się wszyscy ich autorzy? Czy każda z pięciu tysięcy osób, sprzeciwiając się podpisaniu ACTA, używała wulgaryzmów? Czy usunięcie całego wątku, który zawierał te głosy, nie zasługuje na miano cenzury? (rmf24.pl)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 6

Pretekst dla cenzora

Wysłane przez: admin w dniu: 25/01/2012

Usłyszałem właśnie od obrońców ACTA, że „gospodarka traci” na piractwie. Nie „gospodarka traci”, tylko niektóre koncerny tracą, dlatego starają się wprząc państwo w walkę z piractwem.

W efekcie policja, zamiast szukać złodzieja, który ukradł sąsiadowi rower, sprawdza, czy sąsiad nie ma aby na komputerze nielegalnych plików z grą, w której ścigają się kolarze. Jak ktoś ukradł rower, to ktoś już go nie ma, a ma ktoś inny. A jak ktoś „ściągnął” grę, to jej twórca ma ją nadal, lecz nie ma zysku z tego, że ktoś jej używa. Dlaczego jednak to właśnie ma być w sposób szczególny penalizowane i ścigane?

Prawa autorskie to wymysł cenzorów! W XVI-wiecznej Anglii autorzy nie byli zagrożeni przez pojawienie się prasy drukarskiej (pierwszej na świecie maszyny kopiującej). Wręcz przeciwnie. Była to dla nich wielka szansa na dotarcie ze swoimi dziełami do szerszej grupy odbiorców. To było zagrożenie dla rządu. Nowa technologia ułatwiała rozpowszechnianie dzieł „wywrotowych”. Podobnie jak dziś Internet. Utworzono więc cech prywatnych cenzorów Londyńskie Zrzeszenie Sprzedawców Papieru. W zamian za kontrolowanie tego, co było drukowane, zrzeszenie otrzymało przywilej sprzedaży wszystkich druków i konfiskaty wydanych bez pozwolenia. Gdy rząd złagodził cenzurę, członkowie zrzeszenia ukuli teorię, że autorów nie stać na rozpowszechnianie ich dzieł, więc powinni móc sprzedawać swoje prawa tym, którzy będą ich chronić! Pewnie dlatego dziś argumenty obrońców ACTA tak bardzo przypominają mowę… cenzorów.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie można przecież mówić o „stratach dla gospodarki”, bo pieniądze niewydane na jeden rodzaj dóbr są przeznaczane na coś innego. Jeśli ktoś nielegalnie skopiuje jakiś program, a wyda więcej na piwo, to gospodarka nie traci, a producenci piwa i budżet (z uwagi na podatek akcyzowy pobierany od piwa, a nie od programów komputerowych) nawet zyskują.

Równocześnie przeciwnicy „własności intelektualnej” koncentrują się tylko na jednym jej aspekcie i nie biorą pod uwagę tego, że czym innym jest kopiowanie jakiegoś utworu, a czym innym sprzedawanie go jako własnego albo robienie podróbek. Bo jednak własność istnieje. Piszę to, popijając coca-colę, i nie uważam bynajmniej, że inni producenci cieczy w podobnym kolorze powinni mieć prawo sprzedawania jej w takich samych butelkach. Tylko czy jedno i drugie powinna regulować jedna ustawa? Nie! Dlatego sądzę, że ochrona prawa do butelki może być tylko pretekstem do przywrócenia cenzury. (Robert Gwiazdowski)

Kategoria: Analiza | Komentarze: 5

Wezmą miliard z mandatów. Tylko facet latający na weekendy rządowym samolotem może coś takiego zrobić kierowcom

Wysłane przez: admin w dniu: 25/01/2012

W roku 2007, tuż przed wyborami, w charakterystycznym stylu totalnej opozycyjności i w szyderczym tonie Donald Tusk, wówczas lider opozycji, mówił:

Każde dziecko wie, że wypadków jest więcej, bo jest więcej samochodów, a dobrych dróg nie przybywa. Nieudacznicy z rządu PiS tej prawdy nie pojęli. Zauważyłem też fenomen. Drogi są coraz gorsze, ale na ulicach pojawiły się fotoradary. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu ich skontrolować wszystkich bez wyjątku. To jest filozofia PiS. Tylko facet który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi.

A dziś? Dziś oto “Fakt” donosi, że minister finansów Jacek Rostowski chwali się w piśmie do Brukseli, że zwiększy dochody z mandatów nakładanych na kierowców o 2514 procent. Tak - o dwa tysiące pięćset czternaście procent! A ma to dać rządowi ponad miliard dodatkowych złotych do budżetu. Dziennik stwierdza:

Już wiemy, po co rządowi współfinansowany przez Unię Europejską zakup nowych radarów za ponad 200 mln zł. To element planu, który ma przynieść rządowi ok. 1,2 mld zł w rok. Taką sumę z mandatów dla kierowców zapisał minister finansów w budżecie państwa na 2012 rok! Tę samą kwotę wymienia także w liście do wiceprezydenta Komisji Europejskiej, w którym tłumaczy, skąd weźmie środki na łatanie polskiego deficytu.

To, że fotoradary są maszynką do robienia pieniędzy, udowodniły już polskie samorządy, które inwestowały w te urządzenia nabijając gminną kasę. Jednym z rekordzistów była gmina Biały Bór w województwie zachodniopomorskim, która w 2009 roku zarobiła dzięki radarom ok. 7 mln zł. Dla porównania w tym samym roku 124 radary policyjne w całej Polsce przyniosły wpływy w wysokości 27 mln zł.

Nowych radarów stanąć ma 300. Cóż, tylko tylko facet latający na weekendy do Gdańska rządowym samolotem może coś takiego zrobić kierowcom. (wPolityce.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 2