Kampania przemądrzałych chamów
Wysłane przez: admin w dniu: 08/06/2010
Kampania Komorowskiego jest z punktu widzenia marketingu kompletną masakrą: pałace, dyżurne udeckie autorytety, te same co już w „wojnie na górze”, tylko w jeszcze głębszej demencji, „straszny dziadunio” - słowem, powtórka z Unii Demokratycznej. (…)
Nie przewidziałem jednego: że w sukurs Kaczyńskiemu przyjdzie sam Komorowski, wspierające go autorytety oraz platformerscy „sztabowcy”. W przeciwieństwie do sprytnej i skutecznej kampanii Tuska z 2007 r., kampania Komorowskiego jest z punktu widzenia marketingu kompletną masakrą. Pałace, dyżurne udeckie autorytety, te same co już w „wojnie na górze”, tylko w jeszcze głębszej demencji, „straszny dziadunio”, który nie dość, że głupio ubliża, to potem jeszcze (w wywiadzie dla „Faktu”) oznajmia, że kto nie rozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru, ten widocznie jest ciemniakiem − słowem, powtórka z Unii Demokratycznej, z jej ulubioną metodą perswazji „musisz wybrać nas, bo przecież jesteśmy lepsi, nasza wyższość jest tak oczywista, że nie trzeba jej udowadniać, jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest głąb”.
Wzorzec szefów kampanii działa. Gdy kandydat PO intensywnie „pałacuje” (określenie Roberta Mazurka) z obrazami w złoconych ramach, szablami i akselbantami w tle, kibicujący mu publicyści wzmacniają przekaz. Przykład niedawny − niejaki Kontek z „Faktu”. Gdy krótko wypunktowałem, gdzie widzę główne wady Komorowskiego, ten odpowiedział, że „różnej maści Ziemkiewicze, Sakiewicze i Rydzykiewicze” to chamy wywijające cepami. Piękny obraz − tu pan hrabia z flintą, a tu chłopstwo z cepami. Oparłem się pokusie przypomnienia, że zdarzało się już nam chamom niejednego jaśnie pana pogonić, zauważyłem tylko, że ubliżając mi czy Sakiewiczowi, Kontek sam pokazuje, iż merytorycznie obronić swego faworyta nie jest w stanie. Co on na to? Jeszcze raz mi nabluzgał i wytknął, żem nie hrabia. W „Fakcie”! Po prostu miodzio!
Bo, rzecz najważniejsza, co najbardziej imponuje salonom? Wbrew stereotypowi - chamstwo. Salonowcom wydaje się, że jeśli dosadnie, od serca, bluzgną, nazwą adwersarzy grubym słowem, to zgnębią ich już do cna, jak ten profesor, co się publicznie kazał IPN-owi całować w de. I nie potrafią się powstrzymać. A tak, powiedzieć tej hołocie do słuchu, i dodać, że są wiochą, ćwokami, motłochem, który za fawor sobie poczytywać winien, że jaśnie państwo gotowi są mu pozwolić na siebie głosować! Tak! (Rafał A. Ziemkiewicz)
Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 11

