Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: 31/05/2010

Gospodin Tusk wyrolowany

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Nie cierpię ludzi, którzy mówią „a nie mówiłem”, więc już nic nie powiem. Poza jednym − że cokolwiek teraz Tusk zrobi, nie ma większego znaczenia.

Wszystko, co można było zrobić, odpuścił nazajutrz po katastrofie, kiedy to pojechał tam, jak się zdaje, bez jakiegokolwiek przygotowania, chyba nie wiedząc nawet o polsko-rosyjskiej umowie z roku 1993, i podpisał, co mu dano do podpisania. Mniej więcej tak samo by pacholę załatwiło sprawy spadkowe z kancelarią prawną bogatego wuja, wzruszone, że osobiście pofatygował się on z kondolencjami.

Czy Rosjanie nie chcą nam czegokolwiek przekazać? Ależ skąd. To przecież polski rząd zadecyduje, jaką część kopii zapisów, które ma otrzymać (nikt już nawet nie śmie zapytać o poświadczenie zgodności tych kopii z oryginałem) publicznie ujawnić. No, oczywiście, strona rosyjska zastrzega sobie, że też ma tu coś do powiedzenia, ale tak przecież wynika z konwencji chicagowskiej, na którą Polacy ochoczo się zgodzili, choć jak w pysk jest w niej napisane, że dotyczy tylko lotnictwa cywilnego.

Jeśli wynika to z konwencji, na którą rząd już się zgodził, to dlaczego minister Miller musiał drugi raz podpisywać to samo? Dlatego, żeby mu pokazać. I nam też. Gdyby nie podpisał, to w ogóle by wrócił z Moskwy z kwitkiem. A tak rząd może jeszcze robić dobrą minę, udawać, że wszystko spoko i w porzo, a cały chórek salonowych propagandystów będzie jeszcze głośniej krzyczał, że mamy wgląd w śledztwo na każdym jego etapie i wszystko wiemy, teorie spiskowe zostały definitywnie skompromitowane przeciekami a śledztwo „przecież musi” trwać wiele miesięcy, bo „zawsze” trwa długo. Zamiast czarnych skrzynek możemy sobie przecież w każdej chwili odsłuchać Edmunda Klicha. To nawet ciekawsze, bo, w przeciwieństwie do zapisu magnetycznego, Edmund Klich za każdym razem mówi co innego.

Zmuszony jestem powtórzyć: tajemnica śledztwa ma sens tam, gdzie jest nieujęty jeszcze podejrzany i zachodzi obawa matactw albo niszczenia dowodów. W tej sprawie nie ma najmniejszego powodu zatajać czegokolwiek. Proszę nie kazać mi wierzyć, że rosyjscy dysponenci śledztwa kierują się troską o rodziny pilotów, których od pierwszych chwil obciążają wyłączną winą za katastrofę, posuwając się przy tym nawet do prymitywnych kłamstw, jak to o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania.

Jednego można być pewnym: gdyby na taśmach było cokolwiek wskazującego na winę śp. Lecha Kaczyńskiego, to zostałoby to ujawnione już dawno. Więc o cokolwiek chodzi, to na pewno o coś innego.

Tak zupełnie nie a propos − polscy archeolodzy, którzy zgodnie z obietnicą premiera mieli pojechać do Smoleńska sprawdzić, co się tam jeszcze poniewiera w błocie, wciąż czekają na rosyjskie zezwolenie. Sprawa jest w załatwianiu. Życzliwym, oczywiście. Przecież jesteśmy teraz przyjaciółmi. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 37

Doradca Tuska zainkasował gigantyczną odprawę

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Najbardziej zaufany współpracownik premiera Igor Ostachowicz otrzymał prawie 280 tys. zł od firmy Polskie Sieci Elektronergetyczn - ustalił tygodnik “Newsweek”. W spółce tej — która dziś nosi nazwę Polska Grupa Energetyczna — Ostachowicz pracował do lata 2007 r., tuż przed związaniem się z ekipą Donalda Tuska.

Ta historia bardzo przypomina skandal z udziałem szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, który pracując dla rządu rówocześnie otrzymywał setki tysięcy od swego poprzedniego pracodawcy — sieci Era GSM.

Ostachowicz jest postacią tajemniczą, czy wręcz tajemną. Cała, dość płytka zresztą, wiedza o nim nosi zastrzeżenie „podobno”. Podobno to on jest owym głównym, mitycznym specem, który kształtuje wizerunek premiera. Podobno to ona ma największy wpływ na Tuska i jego decyzje. Podobno to on wymyślił masę politycznych i retorycznych sztuczek, dzięki którym premier jest wciąż na topie.

Przy tym wszystkim jest Ostachowicz postacią obsesyjnie skrytą. Nie wypowiada się publicznie, a gdy widzi kamerę, odwraca się plecami. (wp.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Nasze mordy kochane | Komentarze: 6

Platforma Obywatelska może się przekształcić w partię “salonu”?

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Coraz więcej ludzi z dawnej Unii Wolności dołącza do ugrupowania Donalda Tuska. To zjawisko może zmienić charakter PO

Prezentacja Komitetu Honorowego Bronisława Komorowskiego nie wzbudziła zachwytu Donalda Tuska. Nie tylko dlatego, że premier był porażony kompromitującymi wypowiedziami niektórych członków Komitetu. – To już nawet nie jest Unia Wolności, to czysta Unia Demokratyczna -  miał wysyczeć Tusk do swoich najbliższych współpracowników.

Ale proces dołączania ludzi z dawnej UW i obecnej Partii Demokratycznej zaczął się na długo przed wyborami prezydenckimi. Jego przejawem było wystawienie w wyborach europejskich Róży Thun czy poparcie związanego z PD (a także z liberalną częścią lewicy) Jerzego Hausnera do Rady Polityki Pieniężnej.

Pozornie może to wyglądać jako oportunistyczna ucieczka z obumierającego środowiska do potężnej partii władzy. To wrażenie wzmacniają wiernopoddańcze oświadczenia kierownictwa Partii Demokratycznej. Trudno odróżnić retorykę PD od PO, gdy przewodnicząca Demokratów wzywa Andrzeja Olechowskiego do rezygnacji z udziału w wyborach, bo “nie warto torpedować kampanii Komorowskiego kilkuprocentowym wynikiem”.

Druga strona chętnie przyjmuje ludzi z tego kręgu, nawet jeśli wcześniej z nimi wojowała. Politycy PO pytani, dlaczego to robią, odpowiadają najczęściej, że z wyborczej kalkulacji. Aby wygrać, jeśli się da, w pierwszej turze i na stałe zagospodarować elektorat centrolewicowy. Stąd wskazanie na członka PD Marka Belkę jako szefa NBP.

Następną przyczyną jest naturalna skłonność Komorowskiego do współpracy z ludźmi, z którymi zna się z dawnych lat. Do 1997 r. sam był członkiem UD i UW. Dlatego nikogo nie zdziwiło, że mianował Jacka Michałowskiego szefem Kancelarii Prezydenta po tragicznej śmierci Władysława Stasiaka.

Niektórzy politycy PO mówią z zaniepokojeniem o tej inklinacji Komorowskiego. Podejrzewają, że buduje własny obóz, który po zdobyciu przez niego prezydentury może się stać konkurencją dla związanej z Tuskiem części Platformy.

Nie wszyscy w PO są zachwyceni napływem ludzi z dawnej UW. Uważają, że Platforma nie powinna się stać partią “salonu”, bo straci zbyt wielką część elektoratu. Platformerscy przeciwnicy dawnej UW chcą tylko tymczasowego sojuszu na czas wyborów. – Nie możemy mieć kompleksów wobec “salonu” – słychać z ich strony. Bo według nich niektórzy liderzy PO, pamiętający swe upokorzenia z lat 90. ze strony ówczesnego establishmentu UD i UW, teraz to odreagowują. Grzegorz Schetyna miał z dumą opowiadać, że to on jest promotorem kariery politycznej Thun.

Choć tych krytycznych głosów jest całkiem sporo, zbliżenie nadal będzie trwało. Na razie PO nie poniosła z tego powodu żadnej wymiernej straty. Otwarcie na PD jest mocno wspierane przez niektóre wpływowe media, np. “Gazetę Wyborczą” i “Politykę”. W czasie wyborów prezydenckich, a także gdy zbliżają się wybory samorządowe i parlamentarne, Platformie trudno będzie zrezygnować z takiego wsparcia. (Piotr Gursztyn)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 13

Wpadka za wpadką marszałka. I co z tego?

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Irasiad, Borubar - chyba nawet dzieci wiedzą, że to najsłynniejsze językowe lapsusy Lecha Kaczyńskiego. Przez kilka tygodni kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Bronisław Komorowski zanotował ich już chyba więcej. Tylko co z tego?

“Wydaje się, że gafa popełniona przez Lecha Kaczyńskiego miała większe znaczenie i była częściej wyśmiewana niż teraz gafy Komorowskiego, bo są osoby, które stereotypowo kojarzy się z błędami i modniej jest je obśmiewać” – mówi Tomasz Łysakowski, medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Bardziej znane są słowa Komorowskiego sprzed lat. Najbardziej te o polskim lotniku, który poleci nawet na drzwiach od stodoły. Teraz inne słowa z przeszłości są wykorzystywane jako broń politycznych przeciwników. Szczególnie tekst o kiepskim snajperze, który nie trafił w samochód prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji w sierpniu 2008 r. Czy nazwanie duńskich kobiet “kaszalotami”. Ale niemal każdego dnia marszałek Sejmu dostarcza nowej amunicji.  (…)

Taka seria nie może być przypadkiem. “Jego wpadki biorą się głównie z tego, że do niedawna zupełnie nie musiał uważać na to, co mówi” – uważa Tomasz Łysakowski. Nasuwa się pytanie, dlaczego jemu taka liczba słownych wpadek uchodzi raczej płazem. “Reakcje mediów na gafy i lapsusy to moment, w którym polityk zbiera owoce swoich wcześniejszych relacji z mediami” – uważa dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jarosław Kaczyński w tej kampanii chyba żadnej gafy jeszcze nie popełnił. Jak tłumaczy rzeczniczka sztabu marszałka Sejmu, Komorowski ma wpadki, bo dużo robi. (dziennik.pl)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 5