Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

Archiwum: maj 2010

Gospodin Tusk wyrolowany

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Nie cierpię ludzi, którzy mówią „a nie mówiłem”, więc już nic nie powiem. Poza jednym − że cokolwiek teraz Tusk zrobi, nie ma większego znaczenia.

Wszystko, co można było zrobić, odpuścił nazajutrz po katastrofie, kiedy to pojechał tam, jak się zdaje, bez jakiegokolwiek przygotowania, chyba nie wiedząc nawet o polsko-rosyjskiej umowie z roku 1993, i podpisał, co mu dano do podpisania. Mniej więcej tak samo by pacholę załatwiło sprawy spadkowe z kancelarią prawną bogatego wuja, wzruszone, że osobiście pofatygował się on z kondolencjami.

Czy Rosjanie nie chcą nam czegokolwiek przekazać? Ależ skąd. To przecież polski rząd zadecyduje, jaką część kopii zapisów, które ma otrzymać (nikt już nawet nie śmie zapytać o poświadczenie zgodności tych kopii z oryginałem) publicznie ujawnić. No, oczywiście, strona rosyjska zastrzega sobie, że też ma tu coś do powiedzenia, ale tak przecież wynika z konwencji chicagowskiej, na którą Polacy ochoczo się zgodzili, choć jak w pysk jest w niej napisane, że dotyczy tylko lotnictwa cywilnego.

Jeśli wynika to z konwencji, na którą rząd już się zgodził, to dlaczego minister Miller musiał drugi raz podpisywać to samo? Dlatego, żeby mu pokazać. I nam też. Gdyby nie podpisał, to w ogóle by wrócił z Moskwy z kwitkiem. A tak rząd może jeszcze robić dobrą minę, udawać, że wszystko spoko i w porzo, a cały chórek salonowych propagandystów będzie jeszcze głośniej krzyczał, że mamy wgląd w śledztwo na każdym jego etapie i wszystko wiemy, teorie spiskowe zostały definitywnie skompromitowane przeciekami a śledztwo „przecież musi” trwać wiele miesięcy, bo „zawsze” trwa długo. Zamiast czarnych skrzynek możemy sobie przecież w każdej chwili odsłuchać Edmunda Klicha. To nawet ciekawsze, bo, w przeciwieństwie do zapisu magnetycznego, Edmund Klich za każdym razem mówi co innego.

Zmuszony jestem powtórzyć: tajemnica śledztwa ma sens tam, gdzie jest nieujęty jeszcze podejrzany i zachodzi obawa matactw albo niszczenia dowodów. W tej sprawie nie ma najmniejszego powodu zatajać czegokolwiek. Proszę nie kazać mi wierzyć, że rosyjscy dysponenci śledztwa kierują się troską o rodziny pilotów, których od pierwszych chwil obciążają wyłączną winą za katastrofę, posuwając się przy tym nawet do prymitywnych kłamstw, jak to o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania.

Jednego można być pewnym: gdyby na taśmach było cokolwiek wskazującego na winę śp. Lecha Kaczyńskiego, to zostałoby to ujawnione już dawno. Więc o cokolwiek chodzi, to na pewno o coś innego.

Tak zupełnie nie a propos − polscy archeolodzy, którzy zgodnie z obietnicą premiera mieli pojechać do Smoleńska sprawdzić, co się tam jeszcze poniewiera w błocie, wciąż czekają na rosyjskie zezwolenie. Sprawa jest w załatwianiu. Życzliwym, oczywiście. Przecież jesteśmy teraz przyjaciółmi. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 37

Doradca Tuska zainkasował gigantyczną odprawę

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Najbardziej zaufany współpracownik premiera Igor Ostachowicz otrzymał prawie 280 tys. zł od firmy Polskie Sieci Elektronergetyczn - ustalił tygodnik “Newsweek”. W spółce tej — która dziś nosi nazwę Polska Grupa Energetyczna — Ostachowicz pracował do lata 2007 r., tuż przed związaniem się z ekipą Donalda Tuska.

Ta historia bardzo przypomina skandal z udziałem szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, który pracując dla rządu rówocześnie otrzymywał setki tysięcy od swego poprzedniego pracodawcy — sieci Era GSM.

Ostachowicz jest postacią tajemniczą, czy wręcz tajemną. Cała, dość płytka zresztą, wiedza o nim nosi zastrzeżenie „podobno”. Podobno to on jest owym głównym, mitycznym specem, który kształtuje wizerunek premiera. Podobno to ona ma największy wpływ na Tuska i jego decyzje. Podobno to on wymyślił masę politycznych i retorycznych sztuczek, dzięki którym premier jest wciąż na topie.

Przy tym wszystkim jest Ostachowicz postacią obsesyjnie skrytą. Nie wypowiada się publicznie, a gdy widzi kamerę, odwraca się plecami. (wp.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Nasze mordy kochane | Komentarze: 6

Platforma Obywatelska może się przekształcić w partię “salonu”?

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Coraz więcej ludzi z dawnej Unii Wolności dołącza do ugrupowania Donalda Tuska. To zjawisko może zmienić charakter PO

Prezentacja Komitetu Honorowego Bronisława Komorowskiego nie wzbudziła zachwytu Donalda Tuska. Nie tylko dlatego, że premier był porażony kompromitującymi wypowiedziami niektórych członków Komitetu. – To już nawet nie jest Unia Wolności, to czysta Unia Demokratyczna -  miał wysyczeć Tusk do swoich najbliższych współpracowników.

Ale proces dołączania ludzi z dawnej UW i obecnej Partii Demokratycznej zaczął się na długo przed wyborami prezydenckimi. Jego przejawem było wystawienie w wyborach europejskich Róży Thun czy poparcie związanego z PD (a także z liberalną częścią lewicy) Jerzego Hausnera do Rady Polityki Pieniężnej.

Pozornie może to wyglądać jako oportunistyczna ucieczka z obumierającego środowiska do potężnej partii władzy. To wrażenie wzmacniają wiernopoddańcze oświadczenia kierownictwa Partii Demokratycznej. Trudno odróżnić retorykę PD od PO, gdy przewodnicząca Demokratów wzywa Andrzeja Olechowskiego do rezygnacji z udziału w wyborach, bo “nie warto torpedować kampanii Komorowskiego kilkuprocentowym wynikiem”.

Druga strona chętnie przyjmuje ludzi z tego kręgu, nawet jeśli wcześniej z nimi wojowała. Politycy PO pytani, dlaczego to robią, odpowiadają najczęściej, że z wyborczej kalkulacji. Aby wygrać, jeśli się da, w pierwszej turze i na stałe zagospodarować elektorat centrolewicowy. Stąd wskazanie na członka PD Marka Belkę jako szefa NBP.

Następną przyczyną jest naturalna skłonność Komorowskiego do współpracy z ludźmi, z którymi zna się z dawnych lat. Do 1997 r. sam był członkiem UD i UW. Dlatego nikogo nie zdziwiło, że mianował Jacka Michałowskiego szefem Kancelarii Prezydenta po tragicznej śmierci Władysława Stasiaka.

Niektórzy politycy PO mówią z zaniepokojeniem o tej inklinacji Komorowskiego. Podejrzewają, że buduje własny obóz, który po zdobyciu przez niego prezydentury może się stać konkurencją dla związanej z Tuskiem części Platformy.

Nie wszyscy w PO są zachwyceni napływem ludzi z dawnej UW. Uważają, że Platforma nie powinna się stać partią “salonu”, bo straci zbyt wielką część elektoratu. Platformerscy przeciwnicy dawnej UW chcą tylko tymczasowego sojuszu na czas wyborów. – Nie możemy mieć kompleksów wobec “salonu” – słychać z ich strony. Bo według nich niektórzy liderzy PO, pamiętający swe upokorzenia z lat 90. ze strony ówczesnego establishmentu UD i UW, teraz to odreagowują. Grzegorz Schetyna miał z dumą opowiadać, że to on jest promotorem kariery politycznej Thun.

Choć tych krytycznych głosów jest całkiem sporo, zbliżenie nadal będzie trwało. Na razie PO nie poniosła z tego powodu żadnej wymiernej straty. Otwarcie na PD jest mocno wspierane przez niektóre wpływowe media, np. “Gazetę Wyborczą” i “Politykę”. W czasie wyborów prezydenckich, a także gdy zbliżają się wybory samorządowe i parlamentarne, Platformie trudno będzie zrezygnować z takiego wsparcia. (Piotr Gursztyn)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 13

Wpadka za wpadką marszałka. I co z tego?

Wysłane przez: admin w dniu: 31/05/2010

Irasiad, Borubar - chyba nawet dzieci wiedzą, że to najsłynniejsze językowe lapsusy Lecha Kaczyńskiego. Przez kilka tygodni kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Bronisław Komorowski zanotował ich już chyba więcej. Tylko co z tego?

“Wydaje się, że gafa popełniona przez Lecha Kaczyńskiego miała większe znaczenie i była częściej wyśmiewana niż teraz gafy Komorowskiego, bo są osoby, które stereotypowo kojarzy się z błędami i modniej jest je obśmiewać” – mówi Tomasz Łysakowski, medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Bardziej znane są słowa Komorowskiego sprzed lat. Najbardziej te o polskim lotniku, który poleci nawet na drzwiach od stodoły. Teraz inne słowa z przeszłości są wykorzystywane jako broń politycznych przeciwników. Szczególnie tekst o kiepskim snajperze, który nie trafił w samochód prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji w sierpniu 2008 r. Czy nazwanie duńskich kobiet “kaszalotami”. Ale niemal każdego dnia marszałek Sejmu dostarcza nowej amunicji.  (…)

Taka seria nie może być przypadkiem. “Jego wpadki biorą się głównie z tego, że do niedawna zupełnie nie musiał uważać na to, co mówi” – uważa Tomasz Łysakowski. Nasuwa się pytanie, dlaczego jemu taka liczba słownych wpadek uchodzi raczej płazem. “Reakcje mediów na gafy i lapsusy to moment, w którym polityk zbiera owoce swoich wcześniejszych relacji z mediami” – uważa dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jarosław Kaczyński w tej kampanii chyba żadnej gafy jeszcze nie popełnił. Jak tłumaczy rzeczniczka sztabu marszałka Sejmu, Komorowski ma wpadki, bo dużo robi. (dziennik.pl)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 5

Między Żakowskim a Paradowską czyli pluralizm III RP

Wysłane przez: admin w dniu: 30/05/2010

Igor Janke został usunięty z Tok FM gdyż naruszał dopuszczalne granice pluralizmu tego radia. Każdy kto słyszał parę rozmów prowadzonych przez Jankego czy czytał artykuły jego autorstwa, musi zdać sobie sprawę, że jest on wcieleniem umiaru.

Taki już ma temperament i charakter. I dlatego nie zmieścił się w rozgłośni, której pluralizm wyznaczają jego właściciele: “Gazeta Wyborcza” i “Polityka”. Z rozbrajającą szczerością ogłosił to Jacek Żakowski stwierdzając, że Polakom powinna wystarczyć alternatywa między nim, a Janiną Paradowską – równie zasłużoną dziennikarką III RP.

Od dawna wiemy, że na tym właśnie polega projekt III RP. Zaskoczyć może, że tak otwarcie został on ogłoszony. I to nie raz. Andrzej Wajda na wiecu wyborczym Bronisława Komorowskiego w Łazienkach oburzał się, że TVP nie jest “z nami” równie zaprzyjaźniona jak TVN czy Polsat, czyli “druga prywatna telewizja”. Wprawdzie w TVP postaci w rodzaju Żakowskiego czy Tomasza Lisa jest chyba więcej niż niezależnych dziennikarzy, ale fakt, że ci drudzy istnieją w ogóle, wprawia salon w furię. Dopóki “Wiadomości” różnić się będą od “Faktów”, dopóty nie spocznie zjednoczony front “twórców” wspierany przez PO, która chce im “oddać telewizję”, aby, jak w niedawnych czasach, Polacy posiadali ją za ich pośrednictwem.

Rządząca większość zrobi więc wszystko, aby odrzucić sprawozdanie KRRiTV na czas, tak, aby mógł je jeszcze odrzucić p.o. prezydenta, gdyż zwłoka doprowadziłaby do sytuacji, w której o sprawie zadecydowałby wybrany prezydent, a naród polski może pomylić się w wyborach…

Dlatego trzeba śpieszyć się, aby zdążyć wybrać wszystkich członków najwyższej władzy medialnej i aby nie trafił tam nikt niepowołany. W ten sposób KRRiTV zostanie odpolityczniona poprzez mianowanie tam wyłącznie “przyjaciół” PO i Wajdy, tak jak odpolityczniono już IPN, CBA i co się tylko da, a obecnie trwa odpolitycznienie NBP.

A kiedy wszystko zostanie już odpolitycznione, zapanuje pluralizm, a Polacy będą mogli zachłystywać się wyborem pomiędzy Donaldem Tuskiem i Bronisławem Komorowskim, między Lisem, a Żakowskim. Bo przecież pluralizm to nie dzielenie Polaków tylko Front Jedności Narodowej… no, może o trochę innej nazwie, w każdym razie nikt nie będzie oskarżał nikogo o brak patriotyzmu, bo PiS zostanie zdelegalizowane, mohery zakazane, siewcom nienawiści zamknie się gębę, a z czasem i Internet.

Dlatego słusznie “Polityka” wzywa do broni, a Wajda ogłasza wojnę domową o wszystko. Trzeba ostatecznie zniszczyć wrogów pluralizmu, aby mógł on zapanować bez reszty. Nie wolno tolerować tych, którzy mylą nieodpowiedzialność z wolnością słowa, tych którzy pod płaszczykiem debaty chcą zamachnąć się na zasady III RP i jej autorytety, tych, którzy poważają się krytykować konstytucję i Bartoszewskiego. Może czas już sformalizować instytucję, która ścigała będzie i eliminowała wrogów pluralizmu? (Bronisław Wildstein)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010, Media (po)mogą | Komentarze: 14

Komorowski zmienił zdanie

Wysłane przez: admin w dniu: 28/05/2010

W 1997 r. Bronisław Komorowski krytykował rząd SLD za niewprowadzenie stanu wyjątkowego, jednak dziś nie wymaga takiej decyzji od PO - wypomina kandydatowi na prezydenta “Rzeczpospolita”.

- W moim przekonaniu, jeśli istnieją instrumenty prawne, które stwarzają przynajmniej szansę na to, że ludzie będą się czuli zabezpieczeni, że ktoś w sposób nadzwyczajny działa, a tego oczekiwano w Polsce, to należało z takich instrumentów skorzystać - mówił w 1997 r. Bronisław Komorowski.

- Zastanawiałem się także, skąd się bierze taka niechęć do przepisów stanu wyjątkowego. Myślę, że to jest trochę tak, że z przepisów stanu wyjątkowego na pewno by wynikało jedno: wzięcie pełnej odpowiedzialności przez administrację państwową, rząd, za to, co się dzieje na terenach objętych klęską powodzi - dodawał.

Komorowski krytykował działania ówczesnego rządu SLD. - Państwo polskie poniosło klęskę, i to klęskę bardzo dotkliwą. Powoływanie się na bohaterstwo i zasługi uczestników biorących udział w akcji przeciwpowodziowej nie może przesłonić ujawnionej słabości państwa - przekonywał. W imieniu Koła Konserwatywno-Ludowego domagał się w sejmie powołania komisji nadzwyczajnej do zbadania działalności organów państwa odpowiedzialnych za akcję antypowodziową

W trakcie obecnej powodzi Komorowski, tak jak inni politycy PO, opowiedział się przeciwko wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej - akcentuje “Rzeczpospolita”. (wp.pl)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 35

IPN w platformerskim czyśćcu

Wysłane przez: admin w dniu: 27/05/2010

Powódź sparaliżowała wybór nowego szefa Instytutu Pamięci Narodowej. Wskutek atmosferycznych perturbacji przez ostatnie dni z Krajowego Rejestru Karnego nie sposób było uzyskać zaświadczenia o niekaralności i żaden z pięciu kandydatów nie mógł złożyć kompletu wymaganych dokumentów.

Tymczasem w czwartek wchodzi w życie nowelizacja ustawy o IPN. I – co charakterystyczne dla obecnej atmosfery wokół instytutu – nikomu z niczym się nie spieszy. Kiedy zostanie wybrany nowy prezes? Gdy zbierze się rada, w której skład wejdą przedstawiciele wyższych uczelni. Kiedy zbierze się rada? Gdy premier podpisze przepisy wykonawcze do ustawy. A kiedy szef rządu je podpisze? Tego nikt nie wie.

Trudno nie ulec wrażeniu, że dopóki na czele IPN stał Janusz Kurtyka (a zaprzyjaźniony z Platformą Lech Wałęsa głosił, że każdy dzień rządów tego prezesa w IPN to dla niego dyshonor), dopóty politycy PO działali w pośpiechu. Gdy jednak uznali, że IPN “został wzięty”, na szybkim powołaniu nowego szefa przestało im zależeć. I można podejrzewać, że nie zostanie on wybrany do końca roku. Bo niby dlaczego profesorowie wyższych uczelni, którzy w większości nie kryli niechęci do lustracji, mają teraz z zapałem wybierać szefa IPN? Zwłaszcza że kompromisowy kandydat i tak ostatecznie zostanie zapewne wyłoniony po konsultacjach z dworem Donalda Tuska. Dotychczasowe doświadczenia pokazują bowiem, że premier tylko wtedy lubi politykę historyczną, gdy ją w pełni kontroluje.

Do tej nowej, wychłodzonej atmosfery wokół IPN doskonale pasuje werdykt Sądu Najwyższego, który orzekł, że instytut nie może ścigać większości zbrodni komunistycznych, bo te już się przedawniły.

Co zatem będzie z IPN w międzyczasie? Nic takiego. Instytut jakoś będzie musiał sobie radzić. Ot, taki platformerski czyściec dla nielubianej instytucji. Widać ktoś uznał, że na razie IPN nie trzeba mordować – bez wyrazistego prezesa sam wystarczająco zblednie, aż nadejdzie “apolityczny” wybraniec polskich uczelnianych elit. (Piotr Semka)

Kategoria: 10 cudownych obietnic | Komentarze: 17

Dom przy wale, czyli jak się buduje poseł PO

Wysłane przez: admin w dniu: 26/05/2010

Czy można postawić dom tuż przy wale przeciwpowodziowym? Nie jest to niemożliwe, mimo że prawo tego zabrania. Bo jest furtka: inwestycja może ruszyć, jeśli zgodzi się na nią starosta czy marszałek województwa. Taką zgodę dostał Stanisław Huskowski, poseł PO, były prezydent Wrocławia.

Jego nowa willa, której budowa zaczęła się w 2005 r., stoi w strefie ochrony wałów. Zgodnie z przepisami na tym terenie nie wolno sadzić drzew, kopać studni, sadzawek, wbijać pali czy nawet jeździć konno. Nie wolno robić niczego, co mogłoby osłabić wał lub grunt obok niego.

Te zastrzeżenia nie dotyczą jednak domu byłego prezydenta Wrocławia. “To prawda, że mój dom stoi w strefie ochrony wałów, ale eksperci dokonywali odwiertów na mojej działce i sprawdzali, czy budowa nie naruszy gruntu. Ich badania wykazały, że jest wręcz odwrotnie. Budowa wzmacnia stabilność tego terenu” - przekonuje Stanisław Huskowski.

Dokonanie odwiertów było warunkiem otrzymania zgody na budowę. Ostatecznie wydał ją Dolnośląski Urząd Marszałkowski, który zmienił miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Zmiana była konieczna, bo w 2003 r. miejsce, w którym stanął dom Huskowskiego, miało być parkiem.

Wszystko jest więc zgodne z prawem. Tyle tylko, że na sąsiednich działkach nowe domy nie powstały. Przy ul. Wojtkiewicza we Wrocławiu wille co prawda stoją, ale były one budowane zanim w 2001 r. zostało uchwalone prawo wodne. Dodatkowo władze miejskie wyjątkowo niechętnie patrzą na inwestycje przy wałach od czasu powodzi z 1997 r. “Prawda jest taka, że przepisy są nieścisłe. W okolicach wałów jedni dostają pozwolenia na budowę, a inni nie. Maluczcy zwykle nie dostają” - mówi wprost Ryszard Majewicz, były dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

Huskowski tłumaczy, że gdy kupował działkę na Biskupinie, w jednej z najbardziej luksusowych dzielnic miasta, była ona już zakwalifikowana jako budowlana. “Gdybym nie mógł na niej budować poniósłbym stratę” - mówi.

Rzeczywiście kilka działek przy tej ulicy zostało zakwalifikowanych jako budowlane, ale jeszcze przed powodzią z 1997 r. Po niej władze Wrocławia chciały zabronić stawiania tam domów. Właściciele parceli zaczęli jednak głośno protestować, a gmina ustąpiła. Urzędnicy obawiali się, że będą musieli wypłacić setki tysięcy złotych odszkodowań. (dziennik.pl)

Kategoria: Nasze mordy kochane | Komentarze: 19

Oddaj babci dowód, sprawdź swój portfel

Wysłane przez: admin w dniu: 26/05/2010

Wybory miały być plebiscytem za lub przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu. Teraz mogą stać się plebiscytem za lub przeciw ponad dwuletnim rządom Platformy.

Ten zupełnie nowy akt kampanii nieświadomie sprowokowała sama Platforma. Od tygodnia premier Donald Tusk pojawia się m.in. na wałach wespół z marszałkiem Bronisławem Komorowskim. Ten tandem ma przekonać wyborców, iż zgoda pomiędzy nimi będzie „budować” Polskę.

Odpowiedź PiS wydaje się niepozorna w formie, ale to ciężkie armaty, jeśli chodzi o strategię. Pojawiły się humorystyczne plakaty z hasłem: „Dalej czekasz na cud Tuska, lepiej oddaj babci dowód”.Pod nim zaś m.in. porównanie PKB za czasów rządów PiS vs. Platformy.

PiS będzie starało się teraz przekonywać Polaków do tego, iż te wybory to rozliczenie z obietnic wyborczych Platformy, ocena dotychczasowych działań rządu. Tandem Tuska-Komorowskiego można poznać po jego dotychczasowych owocach, realizacji obiecywanych cudów. Wedle tej narracji, alternatywą jest dobrobyt z czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego, pełne lodówki i portfele (więcej o polityce portfelowej m.in. 1 2).

To kolejny dobry pomysł PiS w tej kampanii. Ze względu na duży elektorat negatywny, plebiscyt za czy przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu, jest niefortunny dla tej partii. Bardziej korzystny jest plebiscyt na to – jakie były rządy Platformy, gdyż tu jest więcej przeciwników niż zwolenników.

Dobry pomysł w tej kampanii, gdy społeczeństwo jest spolaryzowane, nie oznacza wywrócenia się sondaży, ale zebranie kilku dodatkowych punktów poparcia. Tym bardziej, że PiS nie potrafiło wykorzystać kwestii zasobnych portfeli Polaków w wyborach w 2007 roku. Pamięć ludzka jest ulotna. Ważniejsze jest to, jak tandem Tuska i Komorowskiego poradzi sobie z pomocą ludziom, którzy powracają teraz do zniszczonych domów. Jeśli nie wywiążą się szybko z dzisiejszych obietnic pomocy finansowej, to zapomniania będzie zielona wyspa, zaś w głowach wyborców królować będzie obraz Tuska i Komorowskiego z długim nosem Pinokia, cuda. (Norbert Maliszewski)

Kategoria: Kampania prezydencka 2010 | Komentarze: 2

Według urzędników MSWiA miały być jedynie podtopienia. Premier: Nie mam pretensji

Wysłane przez: admin w dniu: 25/05/2010

Dzień przed początkiem powodzi w Polsce urzędnicy MSWiA uspokajali, że “wielka woda” nam nie grozi. Hydrolog IMiGW dodawała, że “dojdzie jedynie do lokalnych podtopień”. - Nie mam do nikogo pretensji o to, że deszcz był tak intensywny, że prognozy okazały się nietrafione - zauważył premier Donald Tusk.

W niedzielę, 16 maja - pomimo, że na rzekach na południu kraju niebezpiecznie podnosił się poziom wody, a pierwsze budynki były już zalewane - z MSWiA płynął uspokajający komunikat. W informacji rozesłanej wtedy do mediów czytamy, że “sytuacja hydrologiczna w kraju jest stabilna”. - W tym momencie nie występuje zagrożenie powodziowe - uspokajała rzecznik prasowa resortu Małgorzata Woźniak i informowała o niewielkich podtopieniach piwnic w województwach opolskim, małopolskim, śląskim i podkarpackim. Teraz tłumaczy, że ta “uspokajająca” informacja dotyczyła tylko koryt głównych polskich rzek, a te wtedy nie wskazywały na stan alarmowy.

Ale w niedzielę nie była to jedyna taka informacja. Mimo ostrzeżeniach o intensywnych opadach deszczu na południu kraju i o wzrastającym poziomie wody w rzekach wydanych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej - hydrolog Marianna Sasin w wywiadzie dla Informacyjnej Agencji Radiowej stwierdziła, że o “wielkiej wodzie nie ma mowy, gdyż pojemność retencyjna rzek doprowadzi jedynie do lokalnych podtopień”. - Te opady do niedzielnego poranka jeszcze nie stanowiły zagrożenia. Więc w tamtej chwili nie było mowy o powodzi - wyjaśnia teraz w rozmowie z TOK FM Marianna Sasin. (TokFM)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu... | Komentarze: 11