Wysłane przez: admin w dniu: 10/03/2010
Strach pomyśleć, czego nauczył działaczy PO.
W lutym czołowi politycy lubelskiej Platformy - wicewojewoda Henryka Strojnowska, marszałek Krzysztof Grabczuk, wicemarszałek Jacek Sobczak, członek Zarządu Województwa Marek Flasiński oraz poseł Stanisław Żmijan - szkolili się z zakresu marketingu politycznego. W tym miesiącu swoje nowe umiejętności wykorzystują w akcji “Rozwój Obszarów Wiejskich”, w ramach której spotykają się z wyborcami.
Przygotowywał ich - bezpłatnie - Andrzej D., marketingowiec, który doradzał Januszowi Palikotowi na początku jego kariery politycznej. I bardzo wpływowy człowiek, od lat utrzymujący znajomości z wierchuszką PO, były szef Rady Nadzorczej Polskiego Radia, cieszący się opinię zręcznego lobbysty - czytamy na łamach “Dziennika Wschodniego”.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą warto o nim wiedzieć. W 2006 roku Andrzej D. został oskarżony o pranie brudnych pieniędzy, udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz wyłudzanie podatku VAT. Co bardzo interesujące: jego proces do dziś nie ruszył. Dlaczego? Nie wiadomo.
Politycy Platformy zachwalają Andrzeja D. jako wybitnego specjalistę w dziedzinie, którą się zajmuje. Być może tak jest w rzeczywistości. Mimo to współpraca z nim wizerunku lubelskiej PO raczej nie poprawi. Wręcz przeciwnie. Palikot naprawdę nie mógł znaleźć kolegom trenera, który nie jest oskarżony o poważne przestępstwa? (pardon.pl)
Kategoria: Nasze mordy kochane, Pitery, niesioły i inne palikoty | Komentarze: 5
Wysłane przez: admin w dniu: 10/03/2010
Zapowiadane przez Platformę Obywatelską obniżenie wieku wyborczego do 16 lat (na razie w wyborach lokalnych, ale z czasem…) wpisuje się dobrze w wyborczą strategię tej partii i popierających ją sił opiniotwórczych. Oprócz dopuszczenia do urn nastolatków w skład kompleksu dyskutowanych i lansowanych rozwiązań wchodzi przede wszystkim głosowanie przez Internet i wydłużenie czasu trwania wyborów na dwa dni.
Intencja sugerowanych zmian bije po oczach – chodzi o zwiększenie odsetka wyborców z grup uważanych za bardziej proplatformerskie (czy raczej: antypisowskie, ale jak dotąd to jedynie teoretyczne rozróżnienie). Czyli – właśnie – wyborców najmłodszych. Czyli wyborców wielkomiejskich i bogatszych, którzy często spędzają weekend poza domem i trudno im się wybrać do lokalu. Czyli wszystkich tych, którzy nie mają we krwi odruchu, aby w wyborczą niedzielę wprowadzić do swego kalendarza wizyty w komisji.
A wśród takich właśnie wyborców mamy, z różnych przyczyn, nadreprezentację przeciwników PiS i w ogóle wyborców skłonnych do wsparcia swym głosem kandydatów i ugrupowań kojarzących się raczej z afirmacją, a nie kontestacją współczesności. (…)
Zwróćmy uwagę na podstawową cechę nastolatka, jaką jest wielka zmienność. Wielu z nas z czasów licealnych pamięta następujące zjawisko: inteligentny i chłonny intelektualnie kolega, bardzo szybko rozwijający się umysłowo, który w ciągu dwóch lat potrafił być najpierw radykalnym narodowcem, potem liberałem, by wreszcie stać się trockistą.
Zapewniam, że czasy obecne nie zmniejszyły częstotliwości występowania tego skądinąd sympatycznego fenomenu. Bo to jedna z cech wieku nastoletniego – niestałość. Niestałość emocjonalna i intelektualna. Zjawisko zrozumiałe, tylko czy chcemy więcej takich wyborców? (…)
Warto też zauważyć rzecz zasadniczą. Otrzymanie praw wyborczych łączy się z osiągnięciem pełnoletności, jest tej pełnoletności elementem ważnym, ale niejedynym. Uzyskując pełnoletność, człowiek zyskuje zdolność do czynności prawnych oraz możność korzystania z pewnych praw, np. wyborczego. Niektóre inne prawa otrzymuje jednak jeszcze przed uzyskaniem pełnoletności. Na przykład jeszcze jako niepełnoletni może, od pewnego momentu i pod pewnymi warunkami, prowadzić samochód czy należeć do stowarzyszenia. (Piotr Skwieciński)
Kategoria: 10 cudownych obietnic, Analiza | Komentarze: 4
Wysłane przez: admin w dniu: 10/03/2010
“Osiągnięte ustalenia kończą dziesięciolecie nieporozumień i otwierają perspektywę owocnej współpracy” - mówił pod koniec stycznia w Moskwie Michał Szubski, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa.
W ten sposób wyrażał swoją radość z zakończenia negocjacji z Gazpromem w sprawie dostaw gazu do Polski. Gdyby szef PGNiG podobnie podszedł do informacji, które publikuje dziś “Polska”, a wcześniej “Financial Times” i amerykańskie koncerny w swoich raportach giełdowych, powinien wpaść w nie mniejszą euforię, niż miało to miejsce półtora miesiąca temu. “Odkrycie złóż gazu łupkowego oraz technologie, które umożliwiają ich eksploatację, sprawiają, że Polska może się uniezależnić od importu gazu. To otwiera nowe perspektywy dla polskiej gospodarki” - powinien powiedzieć dziś szef spółki, która ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Czy powie?
Gotów jestem się założyć, że znajdą się legiony ekologów, którzy będą twierdzić, że nowy sposób wydobycia gazu zniszczy polskie góry, krajobraz i zatruje źródła wody pitnej. Przekonywać, że tylko jeszcze większy import rosyjskiego gazu jest najlepszy dla ludzi i środowiska. Znajdą się również tacy, którzy wzorem zachodnich pacyfistów z lat 80. (żądających rezygnacji z rozmieszczenia amerykańskich rakiet w Europie) zaczną dowodzić, że tylko ustępstwa wobec Moskwy mogą zapewnić bezpieczeństwo Europie. Jednak czy powinniśmy im wierzyć?
Podczas zeszłorocznych negocjacji z Gazpromem Polska znalazła się w trudnej sytuacji. Po rezygnacji przez Moskwę z usług ukraińskiego pośrednika Polsce groził deficyt rzędu 2 mld metrów sześc. gazu rocznie (przy łącznym zużyciu ok. 14 mld metrów sześc.). Ta kwestia odgrywała także rolę podczas wizyty Władimira Putina na Westerplatte. Opracowana do perfekcji przez rosyjskich negocjatorów sztuka opóźniania negocjacji i wykorzystywanie nadciągającej zimy do presji na partnera okazały się skuteczne. Zamiast krótkiego aneksu do polsko-rosyjskiej umowy przewidującego wyłącznie odpowiednie zwiększenie dostaw z Rosji przedłużono całą umowę aż o 17 lat (do 2037 r.). Czy naprawdę nie dało się inaczej?
Według oficjalnych zapowiedzi podpisanie polsko-rosyjskiej umowy ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu. Według nieoficjalnych informacji żaden z rządowych urzędników nie kwapi się, by firmować kontrakt, który dla polskich gospodarstw oznaczać będzie wyższe rachunki za gaz. Także kwestie związane z interesem narodowym każą bardzo ostrożnie podchodzić do umowy z Gazpromem. Jaki jest sens wiązać się z jednym dostawcą na prawie trzydzieści lat? Dlaczego mamy decydować się na to akurat w czasie, kiedy zmieniają się zasady handlu gazem (coraz częściej zaczynają obowiązywać umowy krótkoterminowe - podobnie jak na rynku ropy), a Polska może się stać gazowym mocarstwem? (Andrzej Godlewski)
Kategoria: Co tam Panie w koalicji | Komentarze: 4