Tomasz Sakiewicz: Nie spodziewałem się pozytywnej decyzji ze strony rządu Donalda Tuska w sprawie tarczy antyrakietowej. Po wyborach nastąpił ostry zwrot w polityce zagranicznej, której podstawą była zmiana głównego sojusznika z USA na Niemcy. Wprawdzie obydwa państwa należą do NATO ale mają wobec Polski rozbieżne interesy w wielu kluczowych sprawach. Przede wszystkim Niemcy, chcąc by Polska uważała ich za głównego sujusznika, nie akceptują dalszego umacniania naszych więzi z USA. Nie oznacza to wcale, że Niemcy chcą mieć złe stosunki ze Stanami. Wręcz przeciwnie, obecnie stosunki Berlin-Waszyngton poprawią się.
Rzeczywista różnica polega na tym, że nasze stosunki z USA stają się bardziej emanacją polityki zachodniego sąsiada. Retoryka europejska, silna w propagandzie rządu Donalda Tuska, jest jedynie usprawiedliwieniem nowego kursu politycznego. Gdyby prześledzić kolejne decyzje tego rządu, to do retoryki europejskiej odwołuje się w momencie gdy realizuje politykę umacniania Polski jako słabszego koalicjanta Niemiec. Nie widać takiej retoryki, gdy Niemcy wyłamują się ze wspólnego interesu europejskiego. Szczególnie niebezpiecznym elementem nowej polityki rządu Tuska jest przyjęcie jako własnej wschodniej polityki Niemiec. Dla Niemiec ekspansja Rosji nie jest tak niebezpieczna jak dla Polski. W optyce niemieckiej Ukraina czy Gruzja to problem rosyjski. Tymczasem interesy Polski na na Wschodzie w znacznej mierze pokrywają się z interesami amerykańskimi.
Poważne zachwianie w stosunkach z USA to więc powód do satysfakcji dla Berlina, ale i święto dla Moskwy. Polska wraca do szeregu. Nasza polityka będzie coraz bardziej przewidywalna, bo zgodna z wolą największego sąsiada na Zachodzie i miła najsilniejszemu sąsiadowi na Wschodzie. Wracamy do XVIII wiecznych korzeni polityki spolegliwej i spokojnej. Ponad pół wieku nasi przodkowie cieszyli się dobrotliwym spokojem saskiego dworu.
Piotr Semka: Od dwóch lat ścierają się w Polsce dwie koncepcje w kwestii tarczy antyrakietowej. Jeden z obozów - skupiony wokół PiS - uważał, że obecność wojskowych instalacji amerykańskich w naszym kraju jest zabezpieczeniem naszej suwerenności. Dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest to wartość na tyle cenna, że nie należy jej narażać zbytnim uporem przy wyznaczaniu Amerykanom ceny za tarczę.
Druga strona - początkowo skupiona w SLD i dawnej Unii Wolności - od początku obawiała się, że amerykańska tarcza zrazi do nas głównych unijnych graczy i rozdrażni Rosję.
Gdzieś między tymi dwiema stronami wydawała się być Platforma Obywatelska. Tarczy nie odrzucała, ale też podkreślała, że należy domagać się wysokich opłat za użyczenie US Army polskiej ziemi.
Dziś stoimy wobec kryzysu dotychczasowych negocjacji. Tej sytuacji nie da się ocenić w oderwaniu od pytania, czy tarcza jest bardziej potrzebna nam czy Amerykanom. Bo od tego zależy, czy Amerykanie dają za mało czy w sam raz. Nasi sąsiedzi Czesi i Litwini uznali, że przyjęcie tarczy na swoje terytorium opłaci się bez względu na warunki finansowe tej transakcji z Waszyngtonem.
A czy tarczy chce główna partia rządowa Platforma Obywatelska? Jaki jest pogląd Donalda Tuska w tej kwestii? Trudno się było zorientować zarówno przed piątkowym wystąpieniem premiera, jak i po nim. Nadal nie wiadomo, jak bardzo rząd PO jest wrażliwy na europejskie podejrzenia, że Polska z tarczą będzie amerykańskim koniem trojańskim. Dlaczego gabinet Tuska wobec unijnych partnerów potrafi być tak otwarty, a w stosunkach z USA wykazuje - nietypowe dla siebie - zdecydowanie? Czy to element politycznej rozgrywki z prezydentem Kaczyńskim? A może Tusk zakłada, że większość Polaków nie chce tarczy, i liczy, że odrzucając amerykańskie propozycje, zyska wyborcze punkty?
Wszystkie pytania pozostały bez jednoznacznych odpowiedzi. Donald Tusk znów wybrał uniki zamiast jasnych decyzji.
Dziś wyraźniejsza jest tylko wizja przesunięcia tarczy na Litwę. Ale to wywołuje kolejne pytanie. Czy Polska nie robi strategicznego błędu, który zaważy na jej przyszłych losach?