Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

 

Ścierwolityka

Wysłane przez admin w dniu 14/05/2012 o godz. 07:30

Nie po raz pierwszy zobaczyliśmy posła Niesiołowskiego obrażającego, obelżywego, uciekającego się do przemocy wobec dziennikarzy – w piątek wobec niezależnej producentki i reżyserki Ewy Stankiewicz, której usiłował wyrwać kamerę. Krzyczał do niej: „Won stąd!”, a do zebranych posłów miał wołać: „PiS-owskie ścierwo”. Nie po raz pierwszy padły też epitety pod adresem naszych kolegów. „Ziemkiewicz, Wildstein, Zaremba, Mazurek czy Karnowscy. To są pisowskie lizusy” – powiedział poseł PO w rozmowie z portalem Gazeta.pl.

Do niedawna puentowaliśmy podobne objawy prostactwa kpinami, a dziennikarze sprzyjający koalicji rządzącej kontratakowali – PiS-owscy też potrafią być niemili.

Pewnie rację mają ci, którzy twierdzą, że arogancja jest ponadpartyjna. Antoni Macierewicz, Janusz Palikot – to wszystko ta sama liga. Bezczelność elit władzy. Zamkniętego środowiska ludzi przekonanych o swojej nietykalności. Posłów takich jak Niesiołowski, którzy swój wybór zawdzięczają pokracznej metodologii systemu wyborczego, gdzie do minimum ograniczona została odpowiedzialność przed wyborcami, a punkty i miejsca na liście partyjnej dostaje się za właśnie za lizusostwo, panie pośle. Za odgrywanie roli szalonego staruszka. Okładającego laską po kostkach przechodniów, w czasie kiedy kieszonkowcy mogą robić swoje. Odwracającego uwagę od debaty politycznej, protestów, głosów organizacji społecznych, dziennikarzy zadających niewygodne pytania. To człowiek, w którym jest nieporównanie więcej służalczości niż u jakiegokolwiek dziennikarza, którego znam.

Żałosne upartyjnienie, którego nijak nie da się porównać z konserwatywnymi, ale stabilnymi, poglądami Roberta Mazurka, Piotra Zaremby, Rafała Ziemkiewicza, po wielokroć demaskującymi hipokryzję zarówno PO, jak i PiS. Dziennikarzy „Uważam Rze” Jacka i Michała Karnowskich, Bronisława Wildsteina, którym na pewno nie można przypisać wiotkości poglądów posła Niesiołowskiego. Uczciwość, wierność wartościom to nie są dziś cechy polityków.

Ale pal licho idee. Tu chodzi o zwykły polityczny oportunizm. Polityk, którego dziś nie sposób złapać na jakiejkolwiek merytorycznej wypowiedzi, okazuje się głosem sumienia największego ugrupowania w parlamencie. Im mniej ma wyborcom do zaproponowania, im mniej sam rozumie z tego, co dzieje się wokół, tym staje się agresywniejszy i tym silniejsza staje się jego partyjna pozycja. Chamskie odzywki, a od niedawna przemoc mają przykryć ich intelektualną bezsilność, a służalstwo gwarantować im comiesięczną wypłatę w Sejmie, na którą na wolnym rynku pracy pewnie nigdy by nie zasłużyli.

Skoro poseł użył już słowa „ścierwo”, to może dobra okazja, żeby ukuć nowy termin w polskiej polityce – „ścierwolityka”. Służalstwo wobec politycznych bossów doprowadzone do granic upodlenia. Deptanie godności przeciwników politycznych czy dociekliwych dziennikarzy w zamian za stanowiska w rządzie czy miejsca w parlamencie. Jedyną pożywką ścierwolityki jest rozgłos. Oni już swoją godność dawno zastawili za stanowisko, także nie boli ich oburzenie wyborców i zniesmaczenie ulicy. Wszystko, z czego muszą się rozliczyć, to liczba prostackich zachowań na partyjne zamówienie. (Tomasz Wróblewski)

Kategoria: Media (po)mogą, Pitery, niesioły i inne palikoty, Polityka miłości stosowana | 1 komentarz

W oparach puczu

Wysłane przez admin w dniu 24/04/2012 o godz. 19:32

Podczas piątkowej konferencji prasowej premier Donald Tusk przekonywał, że jego rząd „jest w stanie zapewnić w Polsce bezpieczeństwo i porządek”. W obliczu, rzecz jasna, nadciągającego puczu Jarosława Kaczyńskiego.

Słowa te padły z ust człowieka, który w kwietniu 2010 r. nie potrafił zapewnić „bezpieczeństwa i porządku” podczas jednodniowej wizyty głowy państwa w Katyniu. Jak więc mamy mu zaufać? Czy tak niekompetentny premier może nas uchronić przed krwawą rzezią, jaką szykują nam kaczystowscy siepacze? Kto będzie kierował obroną siedziby rządu przy Alejach Ujazdowskich? Generał Marian Janicki, legendarny weteran BOR? Kto będzie zabezpieczał polskie wybrzeże? Kadłub gawrona? Czy armię będzie stać na paliwo do czołgów i wozów bojowych? A czy ranni dostaną na czas leki i czy zostaną one zrefundowane?

Wolałbym, żeby w tych ciężkich dla demokracji chwilach za bezpieczeństwo państwa odpowiadała Hanna Gronkiewicz-Waltz, pani prezydent Warszawy, która na froncie walki z pełzającym puczem ma niebagatelne doświadczenie i nie lada sukcesy. Czyż to nie ona oczyściła Krakowskie Przedmieście z tysięcy zniczy, w których pisowscy sabotażyści umieścili zdalne detonatory? Czy to nie ona zlikwidowała - w brawurowej akcji - cały arsenał najgroźniejszej broni, którą dysponują spiskowcy: ciętych tulipanów?

Sytuacja jest naprawdę poważna i wymaga charyzmatycznego przywództwa. Jeśli nie Gronkiewicz-Waltz, to może Lech Wałęsa? „Na łamanie prawa i zasad demokracji nie wolno dalej nikomu pozwalać!” - napisał noblista w specjalnym oświadczeniu. „Apeluję do prezydenta, premiera i innych osób i struktur demokratycznego państwa, o przygotowanie stosownych sił porządkowych i gotowość do konkretnej i zgodnej z prawem odpowiedzi na te działania, które dziś mogą prowadzić nawet do fizycznej konfrontacji. (…) Mam nadzieję, że nie będę musiał jeszcze raz organizować skutecznego, porządkującego działania”.

Skuteczne, porządkujące działania pan prezydent podejmował już dwie dekady temu - „Gazeta Wyborcza oskarżała wówczas Wałęsę o próbę podważenia fundamentów demokracji. Dzisiaj „GW” jest z nim w ideologicznym sojuszu. Sam Wałęsa mówi, wypisz, wymaluj językiem generała Jaruzelskiego, który niegdyś był dla niego śmiertelnym wrogiem. O grożącym nam puczu mówił też Tadeusz Mazowiecki, swego czasu z Wałęsą głęboko skłócony. Jak widać, powszechnie panująca opinia, jakoby Jarosław Kaczyński dzielił Polaków, jest fałszywa. Kaczyński Polaków jednoczy. (Marek Magierowski)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Pitery, niesioły i inne palikoty | 4 komentarze

Tusk kłamie, czyli kto rozdzielił wizyty

Wysłane przez admin w dniu 20/04/2012 o godz. 19:59

Premier Donald Tusk powiedział na dzisiejszej konferencji prasowej, że katastrofa smoleńska obrasta “kłamstwami” tych, którzy chcą wmówić Polakom, że była ona “wynikiem zamachu i spisku”. Wśród tych rzekomych kłamstw Tusk wymienił “tezę o rozdzieleniu wizyt” premiera i prezydenta w Katyniu w kwietniu 2010 r.

Odnosząc się do “tezy o rozdzieleniu wizyt” w Katyniu, Tusk powiedział: Prezydent Kaczyński nie przewidywał, nie miałem żadnego takiego sygnału, ani takiej informacji, że zamierza wspólnie ze mną lub z rządem obchodzić rocznicę katyńską. Jeśli zatem pozwolić sobie na tezę, której ja nie podzielam, że doszło do rozdzielenia wizyt to precyzyjnie nazwałbym tak. Po ustaleniu, że jest wizyta premiera polskiego rządu na zaproszenie premiera rosyjskiego rządu, by wspólnie uczcić ofiary katyńskie, pojawił się także konkretny projekt drugiej wizyty.

Przypominamy więc premierowi, jak doszło do rozdzielenia wizyt:

1.09.2009 r. – Na molo w Sopocie, choć oficjalny plan przewidywał spotkanie w hotelu, rozmawiali w cztery oczy (po niemiecku) premierzy Tusk i Putin. Szczegóły ustaleń nie zostały ujawnione, lecz rzecznik rządu Paweł Graś wyjawił, że po raz pierwszy rozmawiano o obchodach katyńskich.

27.01.2010 r. – Kancelaria Prezydenta rozesłała – m.in. do MSZ i ambasady Rosji – pisma informujące, że Lech Kaczyński planuje udać się do Katynia. Nie podano w nim daty wizyty.

Koniec stycznia 2010 r. – Tomasz Arabski, szef Kancelarii Premiera, który odgrywał kluczową rolę w całej operacji rozdzielenia wizyt, spotkał się z przedstawicielami władz rosyjskich. Nie są znane szczegóły jego spotkań z Rosjanami, lecz wiadomo, że Arabski prowadził z nimi nieoficjalne rozmowy. Wbrew procedurom były one prowadzone bez świadków i nie były protokołowane.

3.02.2010 r. – Putin w rozmowie telefonicznej zaprosił Tuska na spotkanie w Katyniu. Data 7 kwietnia została ustalona kilka dni później, jednak prezydent Kaczyński nie został o tym poinformowany. Widać więc, że ogłoszenie decyzji o spotkaniu Putin-Tusk nastąpiło PO, a nie PRZED zadeklarowaniem przez prezydenta Kaczyńskiego chęci wyjazdu do Katynia.

20.02.2010 r. – Rosjanie cały czas udawali, że nie wiedzą nic o zamiarach prezydenta Kaczyńskiego. Ambasador Rosji w Polsce Władimir Grinin publicznie skłamał, że nie otrzymał pisma Kancelarii Prezydenta z 27 stycznia. Dopiero gdy Kancelaria Prezydenta zadeklarowała, że dysponuje potwierdzeniem odbioru pisma przez ambasadę FR, Rosjanie przyznali się do otrzymania listu. „Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że jesteśmy poddawani atakowi ze strony mediów czy polityków PO, ale włączenie się ambasady rosyjskiej w ten spór było już czymś całkowicie niesłychanym” – skomentował Jacek Sasin z Kancelarii Prezydenta.

23.02.2010 r. – Po raz pierwszy pada oficjalnie data 10 kwietnia. W pilnym piśmie do Kancelarii Prezydenta MSZ stwierdza, że obchody odbędą się tego właśnie dnia i zwraca się o niezwłoczne i ostateczne „potwierdzenie gotowości Prezydenta RP do uczestniczenia w tych uroczystościach i przewodniczenia delegacji polskiej”. Pismo MSZ to wyraźna próba wymuszenia na Lechu Kaczyńskim oficjalnej deklaracji wylotu 10 kwietnia.

2.03.2010 r. – Prezydent wciąż jednak wstrzymywał się z potwierdzeniem tej daty, czekając na deklarację premiera Tuska. Do akcji włączył się więc 2 marca ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Wysłał do Kancelarii Prezydenta pismo z prośbą o „umożliwienie posłom skorzystania z miejsc w samolocie”. Była to zapewne kolejna próba nakłonienia Lecha Kaczyńskiego do potwierdzenia daty 10 kwietnia. Tym razem udana, gdyż Kancelaria Prezydenta zwróciła się o rezerwację przelotów samolotem specjalnym Tu-154M do Smoleńska na 10 kwietnia.

3.03.2010 r. – Natychmiast po otrzymaniu tej informacji Donald Tusk ogłosił, że Putin zaproponował mu spotkanie 7 kwietnia. Od tego momentu stało się jasne, że obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej będą przebiegały dwuetapowo – najpierw z udziałem premiera, a trzy dni później prezydenta.

17.03.2010 r. – Tomasz Arabski jedzie do Moskwy, gdzie spotka się z Rosjanami, lecz nie w tamtejszym MSZ, ale w restauracji. Rozmówcą Arabskiego był Jurij Uszakow, prawa ręka Władimira Putina. Uszakow to absolwent słynnego Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych – MGIMO, kuźni kadr wywiadu zagranicznego KGB.

Poniżej dokument ukazujący kłamstwo Tuska i udowadniające, że MSZ wiedział o planach Lecha Kaczyńskiego. Podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik informuje o planach głowy państwa Andrzeja Kremera z resortu spraw zagranicznych. Pismo pochodzi z 27 stycznia 2010 r. (niezalezna.pl)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Smoleńsk | 6 komentarzy

Czuchnowski grozi świętującym rocznicę

Wysłane przez admin w dniu 11/04/2012 o godz. 08:29

Gdy brak argumentów, gdy ma się świadomość, że środowisko zamotało się we własne kłamstwa pozostają groźby. I właśnie do tej metody ucieka się obecnie „Gazeta Wyborcza”, która piórem Wojciecha Czuchnowskiego zaczyna już grozić środowisku „Gazety Polskiej”. I nie ma co lekceważyć tych gróźb pamiętając, że środowiska zwolenników kłamstwa smoleńskiego mają już krew na rękach.

Metoda opisu wydarzeń jest w przypadku „Gazety Wyborczej” zawsze ta sama. Znajduje się jakiś napis, którego treść może się nie podobać (chociaż akurat te przytaczane przez Czuchnowskiego nie są przesadnie ostre, a i opinie uznawane za skandaliczne specjalnego skandalu nie wywołują), a potem wzorem mistrza Adama Michnika opatruje się je ostrym, oskarżającym i emocjonalnym komentarzem, który ma w czytelnikach wywołać wrażenie, że zło czai się u bram.

Tym razem owym złem jest środowisko „Gazety Polskiej”. A zarzuty jakie mu się stawia aż mrożą krew w żyłach. „Organizatorami smoleńskich miesięcznic i rocznic są środowiska skupione wokół tygodnika ”Gazeta Polska”. Odpowiadając na pytanie, ”kto zyskał na tragedii”, należy wskazać właśnie w ich stronę. Po 10 kwietnia 2010 r. osiągnęli rynkowy sukces - zwielokrotnili sprzedaż swojego pisma, uruchomili dziennik. Chwilami wydaje się, że podporządkowali sobie nawet Jarosława Kaczyńskiego” - opisuje Czuchnowski. I niestety nie wyjaśnia, dlaczego stworzenie dziennika ma być zbrodnią? Nie jest też jasne, co złego jest w zwielokrotnieniu sprzedaży, które opiera się na tym, że „GP” była jednym z nielicznych mediów drukowanych, który zwyczajnie szukał informacji o katastrofie, a nie zadowalał się przedrukami z postsowieckiej propagandy?

Dalej też jest po gazetowyborczemu. Dużo mocnych przymiotników i czasowników, które jasno pokazują stan emocjonalny piszącego. „We wtorek i w poniedziałek ze świętoszkowatym uśmiechem podjudzali tłum, by krzyczał jeszcze mocniej” - grzmi Czuchnowski, nie wyjaśniając jednak, czym różni się uśmiech świętoszkowaty od zwyczajnego, i na czym polegać miało podjudzanie (panie Czuchnowski, czy przypadkiem stosowanie takich słów nie jest antysemityzmem?). A na koniec zachowuje istotę swojego przekazu posuwając się już do groźby. „Widok tych władców dusz pod Pałacem i ambasadą przypomniał mi scenę zebrania rewolucjonistów z ”Biesów” Dostojewskiego, w której wykłada się teorię ”puszczania dreszczy” w lud, ”tak by jedni zaczęli pożerać drugich”. To właśnie oni robią. Z krzyżem w ręku i modlitwą na ustach rozpętują nienawiść między Polakami. Kiedyś ta nienawiść obróci się przeciwko nim” - oznajmia cyngiel z „Gazety Wyborczej”.

Te słowa można by traktować oczywiście jedynie jako publicystyczny chwyt, gdyby nie jeden drobny fakt. Otóż ponad rok temu też mówiono o rozpętanej przez PiS nienawiści, która zwróciła się przeciw PiS-owi. Jej ofiarą był Marek Rosiak. Czuchnowski zaś otwarcie wskazuje, że następne ma być środowisko „Gazety Polskiej”. Jeśli komuś rzeczywiście stanie się krzywda, jeśli wywoływana takimi tekstami nienawiść do części polskiej opinii publicznej rzeczywiście zwróci się przeciw środowisku „Gazety Polskiej” Czuchnowski nie będzie mógł udawać, że nie ma krwi na rękach… (Tomasz Terlikowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Smoleńsk | 2 komentarze

Wicepremier Donald Tusk

Wysłane przez admin w dniu 03/04/2012 o godz. 06:04

Po pięciu latach wspólnego administrowania Polską PO i PSL zawiązały koalicję. Tyle że to koalicja PSL–PO

W ostatnich tygodniach wiele razy pytano mnie: czy koalicja PO–PSL się rozpadnie? Odpowiadałem konsekwentnie: jak się może rozpaść coś, co nigdy nie zostało zawarte, ergo: coś, co nie istnieje? Oczywiście coś takiego – nieistniejącego – rozpaść się po prostu nie może.

A koalicja rządząca Polską nie została zawarta przez Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka ani po wyborach w roku 2007 (kiedy to podpisali jedynie mętną „deklarację polityczną”), ani po wyborach w roku 2011 (gdy nie podpisali nawet takiej deklaracji).

Liderzy Platformy i Stronnictwa jedynie podzielili się wówczas stanowiskami w administracji państwowej i w spółkach Skarbu Państwa i wszędzie tam, gdzie się dało. I to wszystko. Nie było żadnego porozumienia programowego, dotyczącego na przykład tych reform, które PO i PSL chciałyby w kadencji 2007–2011, a potem w kadencji 2011–2015 wspólnie przeprowadzić.

A potem był dyktat Donalda Tuska, eufemistycznie nazywany exposé premiera. Otóż nowy-stary szef rządu, komunikując w listopadzie 2011 r. w Sejmie plan działań swego gabinetu, uzgodniony chyba tylko z najbliższymi współpracownikami, po prostu ogłosił, czego chce, aby w tej kadencji parlamentarzyści PO i PSL pokornie przegłosowali. I o ile posłowie oraz senatorowie Platformy nie mają (na razie) wielkiego wyboru i muszą temu dyktatowi ulec, o tyle parlamentarni politycy PSL mogą (co było i jest widać) uciec się do całkiem innego rozwiązania.

I oto, w rezultacie, proszę. Wreszcie, na naszych oczach – powoli, w politycznych bólach i męczarniach – zawiązała się koalicja rządząca naszą wspaniałą zieloną wyspą. Aż chciałoby się zakrzyknąć: Lepiej późno niż wcale! To naprawdę koniec z życiem Platformy z PSL na kartę rowerową oraz Donalda Tuska z Waldemarem Pawlakiem na kocią łapę.

Tyle tylko, że – po pierwsze – na razie jest to koalicja do załatwienia tylko jednej sprawy, czyli wydłużenia wieku emerytalnego. A po drugie, jak się okazuje, nie jest to koalicja PO–PSL, lecz PSL–PO. Z ustaleń dotyczących emerytur czarno na białym wynika, że Waldemar Pawlak (jak zwykle?) koncertowo ograł Donalda Tuska.

O ile bowiem pieniądze wypłacane na emerytury częściowe wyborców partii Tuska pomniejszą kapitał na ich emerytury właściwe (czyli zmniejszą wysokość ich emerytur), to wyborców partii Pawlaka rozwiązanie to nie dotknie nawet w najmniejszym stopniu: emerytury docelowe KRUS-owców wskutek wypłacania im wcześniej emerytur częściowych nie zmaleją nawet o złotówkę. I kto tu jest prawdziwym premierem, wicepremierze Tusk? (Piotr Gabryel)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu... | 4 komentarze

Wymyślić trolla

Wysłane przez admin w dniu 26/03/2012 o godz. 07:46

W medialnych połajankach Salonu szerzy się jak pożar nowy obyczaj.

Oto, kiedy publicysta nie jest w stanie ukąsić przeciwnika, nie może podważyć jego argumentacji ani zdyskredytować osoby, skupia uwagę na komentarzach umieszczanych pod jego tekstem przez anonimów, zwanych internautami. Jeśli wynajdzie wśród nich coś głupiego albo chamskiego, a najlepiej antysemickiego, ma już właściwie tekst gotowy. Wskazawszy autora lub tytuł, z którym polemizuje, pomija całkowitym milczeniem meritum sprawy i błyskotliwie wykazuje, że głupota, chamstwo, a najlepiej antysemityzm zawarty w anonimowym komentarzu pod tekstem zasługują na jednoznaczne potępienie.

Wariantem tej metody jest propagandowe dyskredytowanie wrogiego medium poprzez cytowanie i krytykowanie znalezionych na nim komentarzy. Tą dość prymitywną metodą posłużyła się ostatnio „Gazeta Wyborcza”, atakując prawicowy portal Wpolityce.pl. W zacietrzewieniu posuniętym do straszenia prokuratorem redaktor z Czerskiej podłożył jednak niechcący własny portal, gazeta.pl, na którym zaraz po tej publikacji wskazano wiele wpisów nie tylko obrzydliwie antysemickich i nawołujących do zbrodni, ale, co najważniejsze, wiszących tam sobie spokojnie od prawie dwóch lat.

Prymitywne i chamskie komentarze w sieci są problemem takim samym jak pijacy wymiotujący w nocnych autobusach – sprawiają oni kłopoty wszystkim. Próba robienia z tego amunicji przeciwko ideowemu czy politycznemu przeciwnikowi jest żałosną tandetą. A może czymś gorszym, bo przecież anonimowość oburzających, a tak dla salonu poręcznych wpisów daje pole do podejrzeń, czy aby nie zostały one dokonane właśnie po to, by dać pretekst do łatwego ataku… Stara rzymska zasada każe przecież podejrzewać o sprawstwo tego, kto odnosi korzyść. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Media (po)mogą | 5 komentarzy

Znowu dorsz za 8,50…

Wysłane przez admin w dniu 19/03/2012 o godz. 10:14

Jeśli zapowiedź, iż przed złożeniem wniosku o postawienie Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Staniu PO będzie jeszcze konsultować się z konstytucjonalistami oznaczać ma nie tylko odwleczenie sprawy, ale skazanie jej na śmierć gdzieś w szufladzie, to trzeba tę decyzję ocenić pozytywnie.

Bo decyzja o wycofaniu się z pomysłu, aby ponad pięć lat po zmianie władzy represjonować czołowych przedstawicieli opozycji, których w międzyczasie kolejne prokuratury i sądy oczyszczały z kolejnych podnoszonych przez obecnie rządzących zarzutów, jest niezależnie od przyczyn jej podjęcia decyzją dobrą. Tak jak dobre jest każde działanie bądź zaniechanie, łagodzące niszczącą kraj polsko-polską wojnę polityczną.

Stwierdziwszy to, zastanówmy się jednak nad przyczynami jej podjęcia.

Choć ostatnio rządzący dają nam kolejne przykłady braku komunikacji i chyba po prostu bałaganu, panującego w najwyższych kręgach obozu władzy (najnowszy przykład to stwierdzenie Jacka Rostowskiego, że nie zna pomysłu wprowadzenia odpisu podatkowego na Kościół) to mimo wszystko nie wierzę w to, aby inicjatywa Rafała Grupińskiego powstała naprawdę poza wiedzą Donalda Tuska. Skoro tak, to zasadne jest pytanie: dlaczego premier najpierw „wszedł w temat”, by po paru dnach z niego wyjść?

Można oczywiście powiedzieć, że cel i tak został osiągnięty. Bo w sytuacji spadających sondaży troszeczkę podsyciło się przygasający ogień „wojny ze strasznym PiS-em”, która przez kilka lat niosła Platformę, a nie trzeba było płacić kosztów autentycznego procesu przed Trybunałem Stanu. Chodzi przede wszystkim o możliwość powstania wrażenia, że Kaczyński i Ziobro są ofiarą prześladowań i nagonki. To by było z punktu widzenia PO ryzykowne, bo Polacy bywają przekorni.

Ale nie sądzę, aby była to główna przyczyna. Chociażby dlatego, że punkty zdobyte na podsyceniu atmosfery wojny łatwo mogą być utracone na skutek wrażenia niezdecydowania. Na skutek czego najbardziej antypisowscy wyborcy mogą łatwo poszukać sobie bardziej odpowiadających ich emocjom politycznych alternatyw.

Myślę, że istotną częścią odpowiedzi jest zachowanie Jarosława Gowina. Stanowczość, z jaką urzędujący minister zapowiedział, iż nie poprze wniosku swojego klubu, była bowiem zwiastunem poważnych kłopotów dla Tuska. Platforma i tak nie jest już tym monolitem, który pamiętamy sprzed niewielu lat. I tak w partii entuzjazmu mało, a sam premier nie jest już w niej postrzegany jako oczywisty motor zwycięstwa. W tej sytuacji lepiej nie zadrażniać wewnątrzpartyjnych stosunków.

Tak czy inaczej, zwolennicy rozliczenia IV RP mają kolejny powód do goryczy. Spodziewali się – wreszcie! – trybunałów, sądów doraźnych i ostatecznej demaskacji strasznych tajemnic kaczystowskich lochów, a zostali – jak zwykle – z kolejną edycją słynnego dorsza za 8,50… (Piotr Skwieciński)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | 5 komentarzy

Jeśli Trybunał Stanu, to raczej dla Donalda Tuska

Wysłane przez admin w dniu 15/03/2012 o godz. 07:07

Socjolog, profesor Jadwiga Staniszkis komentuje dla portalu money.pl wniosek Platformy Obywatelskiej o Trybunał Stanu dla Kaczyńskiego i Ziobry. Według Staniszkis znalazłoby się dużo więcej powodów, aby to Donald Tusk stanął przed trybunałem.

Rząd słabnie i chce na wszelki wypadek wydusić konkurentów. To tym bardziej kuriozalne, że przyglądając się poczynaniom Donalda Tuska można znaleźć kilka spraw, które mają poważny kaliber i - moim zdaniem - zasługują na Trybunał Stanu.

Staniszkis wymienia pięć powodów dla których to Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu:

Po pierwsze, ciągle nie została wyjaśniona sprawa przecieku w aferze hazardowej. Uczestniczyło w niej bardzo wąskie grono, w którym był Donald Tusk.

Druga rzecz to arbitralne i pozaproceduralne podejmowanie zobowiązań w ciemno. Tak było w sprawie paktu Euro Plus, tak jest w sprawie unii fiskalnej.

Trzecia sprawa, to znaczne ograniczenie kapitałowego charakteru systemu emerytalnego. (…)

Czwarta rzecz, to coś, co obserwujemy teraz w Islandii. Tam mówi się o postawieniu premiera przed sądem za wadliwą strategię w czasie kryzysu. (…) Widać, że coś w tej walce z kryzysem nie jest tak. Rzeczywisty stan gospodarki jest ukrywany. (…)

Wreszcie ostatnia i być może najważniejsza sprawa kwalifikująca się przed Trybunał Stanu to kwestia odpowiedzialności premiera za wybór formuły prawnej śledztwa smoleńskiego, złe zakwalifikowanie lotu jako cywilnego i niewyciąganie jakichkolwiek personalnych odpowiedzialności po raporcie NIK, w którym są wskazane konkretne nazwiska.

Socjolog nie ukrywa swojego zażenowania tą sprawą:

Taka skala braku odpowiedzialności, bezkarności, działania wbrew interesowi państwa i naruszania godności państwa, to zaniedbania, które kwalifikują się do wyciągnięcia odpowiedzialności politycznej, a taką jest postawienie przed Trybunałem Stanu. Gdybym była na miejscu opozycji, to odpowiednie wnioski już dawno bym przedstawiła. (Rzeczpospolita)

Kategoria: Donaldu, Donaldu... | Brak komentarzy

Koniec bajki

Wysłane przez admin w dniu 12/03/2012 o godz. 08:07

Jeśli zapowiedzi europejskiej komisarz ds. klimatu Connie Hedegaard, że polskie weto zostanie zignorowane, nie są rzucaniem słów na wiatr, to mamy kolejny dowód, że zjednoczona Europa niewiele ma wspólnego z uwodząco piękną bajką, opowiedzianą swego czasu przez Bronisława Geremka, w której polskie elity zakochały się do zupełnej zatraty zdrowego rozsądku.

Nie miejsce tu, by po raz kolejny udowadniać, iż rzekome decydujące znaczenie ograniczania emisji CO2 dla przyszłości Ziemi to gigantyczny humbug, ani że, gdyby nawet, dramatyczne jej obniżenie przez Europę zaowocuje tylko zwiększeniem w innych częściach świata. Nawet ideologiczni maniacy przyznają półgębkiem, że przyczyną, dla której Unia Europejska postanowiła prześcignąć cały świat w gorliwości „walki o klimat”, są interesy nie tyle „planety”, ile konkretnych europejskich rządów i korporacji.

Mówiąc najkrócej, „polityka klimatyczna”, podniesiona do rangi nowej religii, jest tylko dogodnym pretekstem do gospodarczego strawienia europejskich peryferiów przez europejskie centrum. Planeta może niekoniecznie na tym cokolwiek zyska, ale ci, którzy dysponują nowoczesnymi technologiami, skolonizują zawczasu potencjalnych konkurentów, a starzejące się i zadłużone ponad stan unijne społeczeństwa przerzucą część kosztów swej dekadencji na nowo przyjętych naiwnych.

Po pakiecie „fiskalnym” będzie zapowiadany pakiet „klimatyczny” drugim rażącym złamaniem wartości, na których teoretycznie opierać się miała Wspólnota. Z bajki o europejskiej solidarności wyszła cyniczna dominacja i ten sam „koncert mocarstw”, który zagrano na wiedeńskich salonach 200 lat temu, po upadku Napoleona. Niestety, elity III RP zupełnie takiej sytuacji nie przewidziały i nie mają cienia pomysłu, jak się w niej zachować. (Rafał A. Ziemkiewicz)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 3 komentarze

Skąd to zdziwienie?

Wysłane przez admin w dniu 05/03/2012 o godz. 07:05

„Jaka szkoda, że o tych sprawach mówimy dopiero w obliczu takiej tragedii” – podsumowała refleksyjnie prezenterka jednej z całodobowych telewizji informacyjnych rozmowę z ekspertami opisującymi organizacyjne nonsensy na polskiej kolei, zaniedbania i zaniechania, zmarnowanie przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa środków unijnych i inne patologie. A ja przed telewizorem zakląłem tak samo, jak – pamiętam – klął przed laty mój tata przy komunistycznym „Dzienniku Telewizyjnym”. Właśnie, pani redaktor, dlaczegóż to nie mówiliście o tym wcześniej?

W ubiegłym roku mieliśmy cztery poważne wypadki w ruchu pasażerskim, z których każdy mógł skończyć się większymi ofiarami. Wypadków w ruchu towarowym nikt nie liczył i nie odnotowywał. Eksperci za każdym razem alarmowali o fatalnych skutkach podzielenia PKP na zbyt wielką liczbę spółek, decyzyjnych absurdach, ryzykownych oszczędnościach i marnowaniu środków unijnych. Opozycyjni dziennikarze pisali o tym wielokrotnie. Z jakiegoś powodu media elektroniczne nigdy nie szły tropem tych publikacji, a po wypadkach skwapliwie wracały do całodobowego zachwycania się władzą i bicia piany o zagrożeniu „powrotem IV RP”.

A teraz co usłyszymy? Że wypadki, niestety, wszędzie się czasem zdarzają i że państwo zdało egzamin, bo sprawnie zorganizowało pomoc dla rodzin i wypłaciło zasiłki pogrzebowe? Pochwały dla akcji ratowniczej i dla przygotowanej naprędce przez rządowych piarowców (jak należy się spodziewać) kolejnej specustawy? Ruganie prawicowych polityków i komentatorów za „granie tragedią”? Co jeszcze musi się w III RP zawalić, wybuchnąć albo spłonąć, żeby wyrwało to władzę z butnego samozadowolenia, a jej medialnych giermków skłoniło do zajęcia się dziennikarstwem zamiast propagandy? (Rafał A. Ziemkiewcz)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | 4 komentarze